Pielęgniarki zostały na lodzie
Ostatni strajk pielęgniarek i położnych w Radomskim Szpitalu Specjalistycznym skupił jak w soczewce podstawowe problemy tej grupy zawodowej: niskie wynagrodzenia, przeciążenie pracą, brak perspektyw na przyszłość. Można się też spodziewać, że podobne akcje strajkowe ogarną kolejne szpitale, bo pielęgniarki przestały już wierzyć, że bez ostrych nacisków na dyrektorów wywalczą sobie podwyżki wynagrodzeń.
Problem jest poważny i nie dotyczy tylko podwyżek płac. Choć zawód pielęgniarki nadal cieszy się ogromnym prestiżem społecznym, to chce go wykonywać coraz mniej młodych kobiet. Luka pokoleniowa rośnie z roku na rok i za jakiś czas może się okazać, że nie będzie komu opiekować się chorymi w szpitalach, co oczywiście sparaliżuje całą służbę zdrowia. Co z tego, że będziemy mieli nowoczesny sprzęt medyczny, skoro nie będzie można go dobrze wykorzystać, a kolejki czekających na operację czy na przyjęcie do szpitala będą jeszcze dłuższe niż teraz. Państwo nie ma wyjścia, musi zadbać o godziwe wynagrodzenia dla pielęgniarek, bo inaczej szybko ich zabraknie.
Obietnice gonią obietnice
Pielęgniarki obok lekarzy to kluczowa grupa zawodowa w ochronie zdrowia, ale niestety od lat słabo wynagradzana. Tak było w czasach PRL i niewiele się pod tym względem zmieniło w wolnej Polsce. Pielęgniarki wciąż zarabiają stosunkowo niewiele, nie tylko na tle lekarzy.
Pod koniec ubiegłego roku w czasie protestów w służbie zdrowia Ministerstwo Zdrowia poinformowało oficjalnie posłów, że w okresie od listopada 2007 r. do czerwca 2008 r. przeciętne wynagrodzenie z tytułu umowy o pracę w przypadku pielęgniarek i położnych wzrosło o 10,7 proc. i wynosi ponad 3 tys. zł brutto. „Dla porównania można wskazać, że zgodnie z ustawą budżetową wskaźnik przyrostu wynagrodzeń w sferze budżetowej na cały 2008 r. określony został na 2,3 proc., zaś maksymalny roczny wskaźnik przyrostu przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia u przedsiębiorców w 2008 r. wynosi 6,0 proc.” – informowało ministerstwo. Teoretycznie więc obraz wynagrodzeń pielęgniarek nie jest taki zły, bo co prawda ich przeciętna pensja jest wciąż niższa niż średnia krajowa, ale ta różnica wynosi „tylko” kilkaset złotych. To jednak tylko dane uśrednione, co więcej – wiele pielęgniarek przekonuje, że nigdy na oczy nie widziało takich pieniędzy. Pielęgniarka, która podejmuje pracę po zakończeniu nauki, może liczyć z reguły, nawet w dużych szpitalach, najwyżej na 1500 zł brutto miesięcznie. Tysiące pielęgniarek i położnych z 25-30-letnim stażem musi się zadowolić zarobkami w granicach 1800-2200 złotych na rękę. Odchodząc na emeryturę, otrzymują jedne z najniższych świadczeń pracowniczych. W dodatku ich frustrację potęguje fakt, że każdy kolejny rząd obiecuje poprawę ich losu. Na ironię zakrawa fakt, że pielęgniarki wiązały ogromne nadzieje w tej kwestii właśnie z ekipą Donalda Tuska. W pamięci miały przecież polityków Platformy popierających postulaty pielęgniarek podczas „białego miasteczka” zorganizowanego przed kancelarią premiera Jarosława Kaczyńskiego przez Ogólnopolski Związek Zawodowy Pielęgniarek i Położnych. A właśnie o podwyżkach płac mówiono wtedy najczęściej. Miasteczko odwiedzała także w świetle kamer poseł PO, a obecnie minister zdrowia Ewa Kopacz. I choć rząd Tuska będzie niedługo obchodził drugą rocznicę powstania, to jednak nie potrafił przez ten czas rozwiązać problemu niskich wynagrodzeń pielęgniarek. I wątpliwe, aby się to szybko udało.
Lekarze swoje dostali
Protestujące pielęgniarki nie kryją swojej irytacji i rozżalenia, bo czują się oszukane. Podkreślają, że bardzo wysokie podwyżki wywalczyli dla siebie lekarze, a dla nich znowu zabrakło pieniędzy. Pielęgniarki przypominają, że „białe miasteczko” przyniosło znaczący sukces, bo Sejm uchwalił nowelizację ustawy, która miała zagwarantować podwyżki w ochronie zdrowia. Niestety, w wielu przypadkach dyrektorzy szpitali rozdysponowali te pieniądze niemal wyłącznie pomiędzy lekarzy, których naciski okazały się po prostu skuteczniejsze. – Pielęgniarki znowu coś wywalczyły, ale wyszło jak zwykle, bo pieniądze dostali lekarze – w taki sposób komentowała gorzko wiele razy przyczyny protestów swoich koleżanek Dorota Gardias, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych. I dodawała, że pieniądze na podwyżki powinny być dzielone pomiędzy wszystkich pracowników w porozumieniu ze związkami zawodowymi, ale w wielu szpitalach tego nie robiono. Pielęgniarki oskarżały nawet dyrektorów szpitali o łamanie prawa w tym przypadku, ale niewiele to dało.
O protestach lekarzy już nie słychać, bo ich postulaty zostały spełnione, a pielęgniarki nadal walczą o wyższe wynagrodzenia. Na ich korzyść ma przemawiać, że wykonują nie mniej odpowiedzialną pracę niż lekarze, że to one ponoszą główny ciężar opieki nad chorymi na oddziałach szpitalnych. Nie mają też takich możliwości prowadzenia prywatnej praktyki zawodowej jak lekarze i praca w szpitalu to dla nich zazwyczaj jedyne źródło utrzymania. W dodatku można było mieć nieodparte wrażenie, że od pielęgniarek i położnych wymaga się większych wyrzeczeń finansowych niż od lekarzy, to one miały zrozumieć, że szpitale nie mają pieniędzy, że nie ma ich cała służba zdrowia i podwyżki trzeba odłożyć na później.
Dlatego też pielęgniarki są tak zdeterminowane w dążeniu do wywalczenia wyższych wynagrodzeń, bo obawiają się, że ponowne cierpliwe oczekiwanie na realizację obietnic finansowych skończy się tym, że nie dostaną ani złotówki, bo na deklaracjach jak zwykle się skończy. Mają po prostu przykre doświadczenia z przeszłości i w żadne obietnice już nie wierzą, zwłaszcza że sytuacja ekonomiczna szpitali w kolejnych latach może się jeszcze bardziej pogorszyć. Z powodu kryzysu będą zmniejszać się wpływy ze składek do budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia, który mniej pieniędzy będzie przekazywał szpitalom. Jeżeli natomiast siostry uzyskają w tym roku korzystne zapisy finansowe, nie będzie można ich już cofnąć. Z miesiąca na miesiąc takie negocjacje będą coraz trudniejsze, a więc i ryzyko strajków niezadowolonych pielęgniarek będzie rosło.
Pielęgniarek coraz mniej
Niewąt pliwie niskie zarobki to główny powód, dla którego do uczelni medycznych zgłasza się coraz mniej kandydatek na kierunki pielęgniarskie i położnicze, co sprawia, że uczelnie te zmuszone są ogłaszać drugi nabór na wspomniane kierunki. Jeszcze nie tak dawno temu było to nie do pomyślenia, bo liczba kandydatek przewyższała ilość miejsc, jakie oferowały szkoły. Jednak młodzi ludzie doskonale orientują się, jaki zawód daje nie tylko ciekawą, ale i dobrze płatną pracę, a ponieważ pielęgniarstwo do nich nie należy, jest omijane szerokim łukiem. I trudno się temu dziwić, bo gdy osoby zainteresowane wykonywaniem tego wspaniałego zawodu posłuchają skarg pielęgniarek i położnych, to nie widzą dla siebie perspektyw w tym zawodzie. Wolą studiować na uniwersytecie medycznym taki kierunek jak kosmetologia, bo daje on perspektywę osiągania wyższych dochodów przy mniej absorbującej i mniej odpowiedzialnej pracy. W dodatku musimy mieć świadomość, że wielu studentów kierunków pielęgniarskich wybrało ten kierunek, ale od razu z założeniem, że po zakończeniu nauki nie będą pracować w Polsce, tylko wyjadą za granicę. W wielu krajach brakuje właśnie średniego personelu medycznego. Wkrótce zacznie go dramatycznie brakować również w Polsce.
Eksperci zajmujący się rynkiem medycznym przekonują, że będzie on potrzebował coraz więcej pielęgniarek i absolwentów pokrewnych studiów. Jesteśmy społeczeństwem, które niestety się starzeje, a to oznacza konieczność poszerzania katalogu usług medycznych, bo ludzie częściej statystycznie będą leczeni w szpitalach, będą poddawani rehabilitacji i ktoś musi im taką opiekę zapewnić. Skoro zaś pielęgniarek będzie ubywać, mogą być z tym ogromne problemy.
Podobnie przedstawia się sytuacja z położnymi, których rola w systemie opieki nad matką i dzieckiem będzie, wedle specjalistów, rosnąć. Tak jak to bywało w przeszłości, to położna, a nie lekarz ma przejąć główne zadania związane z prowadzeniem ciąży, to ona ma przede wszystkim być z kobietą podczas porodu i połogu. Na Zachodzie coraz więcej kobiet chce rodzić dzieci w domu (szacuje się, że za kilka lat w niektórych krajach takie porody mogą stanowić nawet 10-15 proc. wszystkich urodzeń) i na pewno ten trend dotrze także do Polski. Jak na razie profesja położnej jako osoby wykonującej wolny zawód, samodzielnie, jeszcze u nas nie funkcjonuje, a jeśli będziemy chcieli ją wprowadzić, może się okazać, że zabraknie chętnych do jej wykonywania.
Odzywają się też głosy ostrzegawcze, że jeśli sytuacja w ochronie zdrowia się nie poprawi, to będziemy zmuszeni albo zamykać szpitale z powodu braku personelu pielęgniarskiego, albo importować pracowników zza wschodniej granicy, co wcale nie musi zakończyć się sukcesem.
Jedyna nadzieja w tym, że pielęgniarki i położne zaczną być lepiej opłacane, a wtedy te zawody znowu wrócą do łask. Innej drogi nie ma. Dopóki młodzi ludzie nie zostaną przekonani, że idąc do szpitala, będą dobrze zarabiać, dopóty nie wykażą zainteresowania zdobywaniem takiego zawodu i będą w tym na pewno utwierdzani przez rodziców. Rozżalone pielęgniarki nie kryją wszak, że odradzają swoim córkom kontynuowanie rodzinnych tradycji (w wielu przypadkach ten zawód przechodził w rodzinach z matki na córkę) właśnie z powodów ekonomicznych. Ukończenie studiów lekarskich daje – co prawda dopiero po odbyciu specjalizacji, ale jednak – perspektywę osiągania nie tylko zawodowej satysfakcji, ale także dobrych zarobków. Pora, aby to samo dotyczyło pielęgniarek. Siostry nie oczekują, że będą zarabiały tyle samo co lekarze, chcą jednak proporcjonalnych dochodów, bo te proporcje już dawno zostały zachwiane na ich niekorzyść.
Prognozy na przyszłość
Wzrost wynagrodzeń pielęgniarek i położnych zależy od stanu finansów Narodowego Funduszu Zdrowia, który podpisuje kontrakty ze szpitalami. Jeśli te umowy pod względem finansowym nie wzrosną, dyrektorzy nie zgodzą się na żadne podwyżki. Z pierwszego planu finansowego NFZ na 2010 rok wynika, że szpitale mogą w przyszłym roku otrzymać nawet o 2 mld zł mniej niż w obecnym. I chociaż plan NFZ odrzuciła minister zdrowia Ewa Kopacz, to jednak trudno oczekiwać, aby Fundusz nagle otrzymał dodatkowe pieniądze. W dodatku dojdzie do zmiany algorytmu, co wywoła protesty, bo więcej pieniędzy pójdzie do województw ze „ściany wschodniej”, a stracą na tym choćby szpitale ze Śląska czy Mazowsza, które też borykają się z kłopotami finansowymi. Będzie to więc w dalszym ciągu dzielenie biedy. Oczywiście obecne wynagrodzenia dla wszystkich grup zawodowych są zagwarantowane, jednak między bajki można włożyć plany podwyżek, tym bardziej że wiele szpitali jest zadłużonych i nie ma widoków na to, aby ich budżety na tyle wzrosły, by wystarczyło pieniędzy zarówno na spłatę wierzycieli, jak i na wyższe pensje dla pielęgniarek. Zabraknie i na jedno, i na drugie. Przekonamy się o tym już w październiku, gdy szpitale rozpoczną negocjacje kontraktów z NFZ na 2010 rok. Trudno tu mówić zresztą o negocjacjach, bo tak jak dotychczas szpitale staną wobec dyktatu Funduszu: albo podpisujecie to, co wam proponujemy, albo nici z umowy i nie macie pieniędzy na leczenie pacjentów w przyszłym roku. Wielu dyrektorów obawia się nawet znaczącego obniżenia kontraktów na przyszły rok, bo NFZ otrzyma mniej pieniędzy ze składek zdrowotnych. Chyba że jeszcze przyszłoroczny budżet uratują środki z tzw. funduszu zapasowego, a także dodatkowe pieniądze, jakie wpłynęły do NFZ w 2008 roku. Razem to prawie 4 mld zł – kwota, która umożliwi przetrwanie szpitalom jedynie na dotychczasowych warunkach. O dodatkowych środkach na podwyżki nie ma co marzyć. Czy w związku z tym pozostanie nam nadal obserwować z niepokojem odpływ kadr pielęgniarskich i martwić się, że wakaty te będzie coraz trudniej zapełnić?
Krzysztof Losz
