Parytety, czyli współczesna wieża Babel

W drugiej połowie czerwca br. odbył się w Warszawie Kongres Kobiet Polskich. Kilka tysięcy uczestniczek dwudniowego spotkania sformułowało jako najważniejszy postulat parytet 50 proc. miejsc na listach wyborczych do Sejmu i na wszystkich szczeblach samorządu. Natychmiast po Kongresie media sprzyjające opcji feministycznej i lewicowej podjęły temat z rewolucyjnym zapałem.

Inicjatywę gorąco popiera Sojusz Lewicy Demokratycznej, jest jej również przychylny minister Sławomir Nowak, szef gabinetu politycznego premiera Donalda Tuska. Sam szef rządu jest „za”, a nawet „przeciw”, bo po spotkaniu z organizatorkami Kongresu Kobiet zadeklarował poparcie dla ustawy wprowadzającej parytety, a jednocześnie zaznaczył, że tego rodzaju rozwiązanie nie ma większości w PO, co jest piłatowym gestem umycia rąk. Wiadomo przecież, że gdy Donald Tusk czegoś bardzo chce, to zdanie Klubu Parlamentarnego PO nie ma znaczenia.
Organizatorki Kongresu spotkały się również z Lechem Kaczyńskim. Prezydent zadeklarował, że jeśli ustawa dotycząca parytetów trafi na jego biurko, to z pewnością ją podpisze. Być może wielu obywateli ta informacja zaskoczyła, bo prezydent uchodzi za polityka „prawicowego”, a tu nagle wsparcie dla lewicowo-feministycznej propozycji. Lecz wśród obserwatorów nie wywołało to zaskoczenia, bo Lech Kaczyński nigdy nie ukrywał i nie ukrywa, że ideowo bliska jest mu lewicowa, niepodległościowa tradycja przedwojennego PPS. Jest jej konsekwentnie wierny i przy tym niechętny tradycji narodowej i konserwatywnej.

Kto ma środki produkcji, ten ma władzę
Uczestniczki Kongresu sugerowały, że kobiety w Polsce są uciskaną mniejszością. Po sformułowaniu postulatu parytetu, zgodnego z feministyczno-lewicową inżynierią społeczną, sprzyjające tej opcji media zaczęły uprawiać propagandę faktów dokonanych. Zaczęto lansować parytety jako sprawę tak oczywistą, że jedynym problemem wymagającym doprecyzowania jest odpowiedź na pytanie, od kiedy parytety mają być wprowadzone: czy dopiero przy najbliższych wyborach parlamentarnych, które konstytucyjnie wypadają w 2011 roku, czy już w wyborach samorządowych, a więc jesienią 2010 roku.
Zaangażowana w sprawę „Gazeta Wyborcza” opublikowała w lipcu sondaż, z którego wynika, że 61 procent Polaków jest za parytetem dla kobiet na listach wyborczych. Według sondażu „GW”, wprowadzenie parytetu popiera 70 procent kobiet i 52 procent mężczyzn. Przeciw jest 27 procent badanych. Za parytetem opowiada się więcej osób z wykształceniem podstawowym – 72 proc., i zawodowym – 63 proc., niż średnim – 59 proc., czy wyższym – 42 procent. Na wsi parytet budzi większy entuzjazm – 64 proc., niż w dużych miastach – 57 procent.
Charakterystyczne, że podczas Kongresu sprawy naprawdę ważne dla kobiet i społeczeństwa – m.in. takie jak możliwość wyboru przez kobietę, czy chce się realizować przez pracę zawodową czy przez pracę w domu i wychowanie dzieci, z jednoczesną gwarancją, że zarówno ona, jak i jej rodzina nie będą dyskryminowani społecznie i ekonomicznie czy problem ochrony godności kobiety traktowanej przez współczesną reklamę i kulturę masową instrumentalnie, jako obiekt seksualny – nie mogły się przebić na plan pierwszy. A przecież elastyczne formy zatrudnienia ze względu na czas, miejsce i zakres pracy, umożliwiające kobiecie wybór oraz pogodzenie funkcji rodzinnych z realizowaniem się w pracy zawodowej, świadczą o nowoczesności i są wyznacznikiem współczesnych tendencji w krajach wysokorozwiniętych, na które tak bardzo środowiska „postępowe” lubią się powoływać.
Parytety zostały sarkastycznie, a niekiedy ironicznie skomentowanie w prasie zdroworozsądkowej. Jednak ta sprawa to nie tylko temat zastępczy wakacyjnego sezonu ogórkowego, ale coś znacznie poważniejszego. Za inicjatywą parytetów i „wyrównywania szans” kryje się szerszy projekt na przemodelowanie społeczeństwa. Kongres, a następnie jego medialna recepcja były wyraźnie zdominowane przez nurt feministyczny, który relacje między płciami rozpatruje na płaszczyźnie ideologicznej i politycznej. Takie podejście jest silnie zakorzenione w tradycji marksistowskiej. O ile istotą myśli Marksa była walka klas, o tyle istotą feminizmu ideologicznego jest walka między czynnikiem męskim a żeńskim. Niektóre odłamy feminizmu głoszą nawet, że kobieta dysponuje „środkiem produkcji”, a kto ma środki produkcji, ten ma władzę i dlatego rola mężczyzny ma być ograniczona do funkcji inseminatora lub przy wykorzystaniu nowoczesnych technik medycznych dawcy nasienia, w stosunku do którego stosuje się kryteria „klasowej” selekcji. Nierzadko zdarza się, że działaczki feministyczne same posiadają negatywne doświadczenia życia rodzinnego i swoje osobiste problemy przenoszą na całokształt relacji między płciami, szkodząc samym kobietom i społeczeństwu.

Kobiety ofiarami oszustwa
Feminizm bazuje na przekonaniu, że dotychczasowe stosunki międzyludzkie krzywdziły kobietę (klasa uciemiężona), toteż w imię sprawiedliwości społecznej należy przemodelować zastane struktury społeczne z instytucją małżeństwa i rodziny włącznie, a także przewartościować nawyki i tradycje kulturowe. Radykalne feministki postulują zniesienie różnic między kobietami a mężczyznami, odrzucają naturalne odczytanie powołania, godności oraz wartość bycia mężczyzną czy kobietą. Przy czym wylewają dziecko z kąpielą, gdyż proponują kobietom bezkrytyczne naśladownictwo na sposób mężczyzn, w zastępstwie mężczyzn czy wreszcie bez mężczyzn, uznając tym samym ich dominację.
Problemem jest, że Polska i oficjalne instytucje europejskie w kwestiach związanych z rodziną są zainfekowane radykalną odmianą ideologii równouprawnienia i teorią płci kulturowej (gender), które są pokłosiem inspirowanego marksizmem lewicującego feminizmu. W świetle tej ideologii wyzwoleniem dla kobiet ma być praca zawodowa i pełna wymienialność – we wszystkich przejawach i aspektach życia – ról mężczyzny i kobiety. Zamiast komplementarności, czyli ubogacającego uzupełniania odmienności płci oraz ról matki i ojca, ma być ujednolicanie i standaryzowanie społecznych, kulturowych i ekonomicznych ról kobiety i mężczyzny.
Tymczasem, jak wskazują badania, większość kobiet chce się realizować jako żony i matki, a dopiero w następnej kolejności łączyć macierzyństwo z osobistą realizacją w przestrzeni społecznej. Dlatego państwo powinno stwarzać kobiecie możliwość wyboru, a nie narzucać jej jako obowiązujący model ekonomiczny przymus pracy. Przy czym należy podkreślić, że kobieta pracująca wcale nie jest efektem feminizmu, a jedynie feminizm ma ideologicznie uzasadnić i stanowić alibi dla faktu, że praca zawodowa kobiet wynika z realiów ekonomicznych. Najzwyczajniej pensja pracującego mężczyzny nie wystarcza już na utrzymanie rodziny. Profesor Elizabeth Fox-Genovese (1941-2007), amerykańska historyk wyspecjalizowana w tematyce kobiecej, w swoich pracach podkreślała, że dzisiejsza batalia toczy się zatem między dziećmi a pracą, i to nie kobiety, a dzieci są największymi jej poszkodowanymi.
Polskie feministki mentalnie pozostają w klimacie lat 60. i tzw. rewolucji seksualnej. Tymczasem w USA – o czym pisał w marcu w „Rzeczpospolitej” Jakub Lubelski – nasila się krytyka feminizmu ze strony przedstawicielek środowisk kobiecych, które zarzucają działaczkom ruchu feministycznego ideologizację kobiecości. Według nich, „oficjalny” feminizm pozostaje obojętny na realne problemy kobiet, a jego działaczki oszukują kobiety i im szkodzą. Cytowana przez Lubelskiego Mary Pride, autorka postfeministycznego traktatu, stwierdziła: „Obecnie kobiety są ofiarami drugiego co do wielkości oszustwa w historii… Sądy odarły nas z prawnej ochrony poprzez rozwody bez orzekania o winie, odmawianie zasądzania alimentów, wspólną opiekę nad dziećmi. „Kobiece” magazyny idą w ślady „Playboya” i „Hustlera”, sprowadzając nas do poziomu bezpłatnych prostytutek, wychwalając niezobowiązujący seks. Pracodawcy przestali czuć się w obowiązku płacić naszym mężom pensje wystarczające na utrzymanie rodziny, uznając, że my, ich żony, zawsze możemy podjąć pracę, by załatać dziury w domowym budżecie. Producenci papierosów i alkoholu radośnie wyciągają wielkie pieniądze z nowego eksplodującego kobiecego rynku, a tymczasem skala problemów, nowotworów i alkoholizmu rośnie w zawrotnym tempie. Wspólnotowe stowarzyszenia wszędzie walczą o to, by wykorzystać olbrzymią falę „wysiedlonych pań domu”, co oznacza kobiety, które zostały wpędzone w kłopoty przez swoich mężów i teraz muszą zarabiać na chleb i spłatę hipoteki. A wszystko to w imię wyzwolenia”.
To w imię „wyzwolenia” kobiet, a właściwie ekonomicznej eksploatacji ich samych oraz ich rodzin, w przyjętej w Unii Europejskiej u progu obecnej dekady strategii lizbońskiej zalecono zwiększenie liczby pracujących zawodowo kobiet. W tym dokumencie zarekomendowano krajom członkowskim zwiększenie liczby aktywnych zawodowo kobiet z 51 proc. (średnia w UE w 2000 roku) do poziomu 60 proc. w roku 2010. W tym celu Unia Europejska wprowadziła normę, aby do 2010 roku 30 proc. dzieci do lat 3 miało zapewnioną opiekę w żłobku, a 90 proc. dzieci w wieku od 3 do 7 lat opiekę w przedszkolu. Ponadto zalecono zwiększenie wieku przechodzenia kobiet na emeryturę o 5 lat.

Statystycznie przydatne
Przeciwniczki parytetów (m.in. Grażyna Łypacewicz i Barbara Fedyszak-Radziejowska) podkreślają, iż nie gwarantują one, że w szacownych gremiach zasiądą najlepiej przygotowane kobiety. Poza tym Konstytucja RP stanowi w art. 33, 1, że kobieta i mężczyzna w Rzeczypospolitej mają równe prawa w życiu rodzinnym, politycznym, społecznym i gospodarczym. A w art. 33, 2 ponadto zapisano, że kobieta i mężczyzna mają w szczególności równe prawo do kształcenia, zatrudnienia i awansów, do jednakowego wynagrodzenia za pracę jednakowej wartości, do zabezpieczenia społecznego oraz do zajmowania stanowisk, pełnienia funkcji oraz uzyskiwania godności publicznych. System parytetów bardzo szybko doprowadzi do sytuacji, w której promowane będą osoby nie tyle wybitne, ile statystycznie przydatne w procentowym reprezentowaniu określonej płci. Pozostaje to w sprzeczności z Konstytucją RP, gdzie kobiety i mężczyźni powinni mieć równe prawa, a nie identyczną liczbę identycznych krzeseł.
Przeciwniczki odnoszą się również do propozycji wprowadzenia parytetów w radach naukowych instytucji naukowych. Czy owe 50 procent wymyślono na podstawie założenia, że wszędzie jest po połowie kobiet i mężczyzn? Przecież to nieprawda, w różnych grupach demograficznych w zależności od wieku, zawodu, wykształcenia i miejsca zamieszkania jest kobiet mniej lub więcej niż 50 procent. W Radzie Naukowej Wojskowej Akademii Technicznej i na Wydziale Pedagogiki owe 50 procent oznacza zupełnie inne rozwiązanie. Na jednym trzeba będzie zapewne ograniczyć liczbę kobiet, na drugim dokooptować je niezależnie od kompetencji, doświadczenia i dorobku. Po co? Wprowadzenie parytetu w radach naukowych jest dla kobiet obraźliwe, ponieważ w istocie rzeczy kwestionuje ich możliwości intelektualne i zdolność do zajęcia miejsca w radach bez otrzymania dodatkowych „punktów” o pozamerytorycznym charakterze. Prawdziwe problemy blokujące kobiece kariery tkwią zupełnie gdzie indziej. To system opłacania pracy naukowców, zwłaszcza młodych, oraz system ich promowania i awansowania, który nie zapewnia standardu życia na poziomie wystarczającym na opłacenie niani czy miejsca w dobrym przedszkolu. Zamiast realnych zmian uczestniczki Kongresu proponują liczenie (kwotowanie) kobiet w różnych gremiach, ciałach i zespołach.
Przyczyny małej liczby kobiet w różnych gremiach w życiu społecznym, politycznym czy naukowym – stwierdzają przeciwniczki parytetów – tkwią w złej, dysfunkcjonalnej polityce rodzinnej państwa, w złych rozwiązaniach systemowych, w biedzie i niskich płacach, które sprawiają, że konieczny jest w Polsce podział ról rodzicielskich (praca – dom), by zmniejszyć maksymalnie koszty wychowywania dzieci. Zwykle kobiety, czasami mężczyźni muszą ograniczyć swoją aktywność zawodową na rzecz opieki nad małymi dziećmi. Jeśli chcą – to ich święte i nienaruszalne prawo, jeśli muszą – to w innych niż brak parytetów miejscach trzeba szukać lepszych rozwiązań („Rzeczpospolita”, 9.07.2009 r.).
Z kolei zwolenniczki parytetów (m.in. Kinga Dunin i Magdalena Środa) najczęściej używają argumentu, że kobiety w Polsce są lepiej wykształcone, bardziej odpowiedzialne, skupione na konkretnych problemach, a nie na własnych ambicjach. Twierdzą, że parytety nie są sztuczne, nie upokarzają kobiet, nie zagrażają wolności wyboru, nie spowodują pojawienia się w polityce osób niekompetentnych. Podkreślają, że kwestia braku kwalifikacji jest problemem pozornym, również dlatego, że nie wiadomo, na czym w ogóle polegają kwalifikacje polityczne i dlaczego kobiety mają mieć ich mniej niż mężczyźni. To właśnie dzięki kwotom powstaje szansa, że o udziale w polityce będą decydowały umiejętności i zalety kandydatów, a nie ich płeć. Sprawy większości kobiet, np. polityka prorodzinna, są marginalizowane, bo nie interesują posłów. To męskie zainteresowania określają, na co mają iść pieniądze z budżetu. Publiczne pieniądze są więc przeznaczane na Euro 2012, a nie na politykę społeczną.
Poza tym w Polsce ponad 50 proc. to kobiety i nie mają one dostatecznej reprezentacji. Mechanizm parytetów lub kwot dla kobiet jest jednym ze sposobów tworzenia politycznej reprezentacji społeczeństwa. Równie uprawnionym jak progi wyborcze, prawne ograniczanie wieku wyborców, decydowanie o wielkości okręgów wyborczych, rezerwowanie miejsc dla mniejszości narodowych. Zatem mechanizm parytetowy poszerza wolność, bo możemy wybierać nie tylko między mężczyznami, którzy są tradycyjnie nominowani przez innych mężczyzn, ale również między nimi a kobietami, które nigdy nie znalazłyby się na listach wyborczych, gdyby nie mechanizm kwotowy.
Zwracają uwagę, że i tak kwoty lub parytety funkcjonują w polityce od dawna, np. w ramach rządów koalicyjnych przyjmuje się określone kwoty dla partii wchodzących w koalicję. Poszczególne resorty obejmują politycy nie ze względu na ich kwalifikacje, ale ze względu na przyjęty system kwot (trzy resorty dla jednej partii, siedem dla innej, a gdy brakuje ich dla kolejnej partii koalicyjnej, sztucznie tworzy się dodatkowy resort, by wymogom politycznych kwot stało się zadość). Stosowanie zasad sprawiedliwości nigdy nie upokarza. Parytety lub kwoty nie dają kobietom specjalnych i niezasłużonych przywilejów wynikających z płci, tylko likwidują niesprawiedliwe przywileje mężczyzn – wynikające z płci i z tradycji. Jak ktoś się czuje upokarzany, nie musi z kwot korzystać.
I na koniec pada następujący argument: demokracja ma charakter reprezentatywny, dlaczego kobiety, tak różne od mężczyzn, dają się przez tych ostatnich reprezentować? („Gazeta Wyborcza”, 9.07.2009 r.).

Kurialny system wyborczy?
Zwolenniczki parytetów są niekonsekwentne, to nie jest tak, że w społeczeństwie jest równo po 50 procent mężczyzn i kobiet. Jak wiadomo, liczba kobiet jest większa od populacji męskiej, więc dlaczego kobiety mają mieć zaledwie 50 proc., a nie tyle, ile jest ich faktycznie w społeczeństwie, czyli 51,7 proc., a mężczyźni 48,3 proc. miejsc na listach do parlamentu i samorządu?
Argumentację zwolenniczek parytetów osłabia bardzo fakt, że na plan pierwszy wysuwane są przez działaczki Kongresu Magdalena Środa i Henryka Bochniarz. Przypomnijmy, że Magdalena Środa kandydowała bez powodzenia w ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego, a Henryka Bochniarz startowała już w wyborach prezydenckich i uzyskała poparcie oscylujące wokół 1 procenta. Lansowanie przez nie parytetów sprawia wrażenie, że w normalnych warunkach nie potrafiły wykorzystać szansy i teraz przy pomocy sztucznych kryteriów i handicapu płci (bo inaczej nie potrafią) chcą sobie załatwić publiczne posady.
Kilka uwag dotyczących rzeczywistości naszego życia politycznego jest dość trafnych. Faktem jest, że kwestie związane z rodziną, macierzyństwem, pracą domową kobiet uciekają z pola widzenia rządzących jako tematy „mniej ważne”, „niemęskie” i niewarte poważnej debaty. Faktem też jest, że często zamiast faktycznych kwalifikacji przy obsadzaniu ważnych stanowisk w państwie funkcjonują parytety i kwoty partyjne. Mamy jednak do czynienia z wykorzystywaniem pewnych elementów prawdziwej diagnozy do celów manipulacji emocjonalnej i merytorycznej, bo w gruncie rzeczy przytoczone argumenty zwolenniczek parytetów to zręczne sofizmaty, czyli rozumowanie nadające pozory prawdy fałszywym i wieloznacznym twierdzeniom. Bo jeśli zamiast słowa „kobieta” wstawimy słowo „puszyści”, to otrzymamy następująco brzmiący argument: „W Polsce ponad 50 proc. to puszyści – i nie mają oni dostatecznej reprezentacji. Mechanizm parytetów lub kwot dla puszystych jest jednym ze sposobów tworzenia politycznej reprezentacji społeczeństwa”. Oczywiście zamiast puszystych można wstawić określenie „mieszkańcy miast” czy „blondyni”.
Propozycja parytetu to w gruncie rzeczy w jakimś sensie powrót do stosowanych w przeszłości kurialnych systemów wyborczych. To ograniczanie demokracji, gdyż system kurialny oznacza sposób wyboru przedstawicieli do zgromadzenia przedstawicielskiego, charakteryzujący się podziałem wyborców i kandydatów na tzw. kurie. Liczba deputowanych pochodzących z wyboru danej kurii zależeć może od cenzusu majątkowego, wykształcenia bądź też statusu społecznego. System taki funkcjonował w warunkach ograniczonej demokracji w przeszłości. Feministki „twórczo” rozwinęły XIX-wieczną praktykę i dziś proponują Polakom, by wprowadzić w praktyce kurie ze względu na płeć.
Poza tym za chwilę okaże się, że wśród kobiet są również różne orientacje seksualne, więc nie można tak prosto przyznać parytetu pod ogólnym hasłem „kobiety”. Są przecież kobiety zorientowane heteroseksualnie, jak również homoseksualnie. Podobnie jest z mężczyznami, są mężczyźni o orientacji heteroseksualnej, ale również są mężczyźni zorientowani homoseksualnie (w tym część w roli „męskiej”, a część w roli „żeńskiej”), więc kategorie „mężczyzn” i „kobiet” trzeba by dostosować do ustalonych na zasadach specjalnych badań i specjalnych danych z MSWiA, do której kurii przypisać daną kandydatkę lub kandydata. A co z biseksualistami? Też prędzej czy później ktoś w ich imieniu będzie żądał parytetu. A skoro tak, to trzeba pójść dalej, przecież są mężczyźni owłosieni i łysi, dlaczego np. łysi mają być dyskryminowani na listach wyborczych? Są kobiety szczupłe i kobiety kobiece, dlaczego na listach ma być nadreprezentacja którejkolwiek z grup? A poza tym trzeba wprowadzić kurie wiekowe, wiadomo, że młodsi będą walczyć np. o dostęp do kredytów hipotecznych i lepszą politykę mieszkaniową, a starsi o system opieki zdrowotnej i system emerytalny.
Pozostaje jeszcze problem podzielenia wszystkich obywateli mających prawa wyborcze na kurie. Dlaczego mają mieć możliwość głosowania na mężczyzn i odwrotnie? Trzeba to ukrócić, bo burzy to zasadę reprezentacji. Bo wzorem Francji niby jest parytet, ale kobiety stanowią zaledwie 13 proc. Zgromadzenia Narodowego. Niezbędne jest zatem zadekretowanie, że kobieta heteroseksualna może głosować jedynie na kandydatkę heteroseksualną, a mężczyzna zorientowany homoseksualnie może wybierać wyłącznie spośród kandydatów o tej samej orientacji. Do wprowadzenia tego systemu należy jedynie wprząc cały aparat państwa, sporządzić specjalne rejestry i wyposażyć obywateli w dokumenty potwierdzające ich tożsamość i rzeczywistą orientację seksualną. Prawda, że proste?
A w ogóle to po co organizować wybory? Wystarczy społeczeństwo podzielić na kurie ze względu na wiek, płeć, orientację seksualną i losowo – z maszyny zainstalowanej w Państwowej Komisji Wyborczej – typować według parytetów osoby mające pełnić funkcje publiczne, które mają reprezentować poszczególne segmenty społeczeństwa. Przy okazji odpadłby problem niskiej frekwencji wyborczej w Polsce i budżet zaoszczędziłby setki milionów złotych na organizowanie wyborów.

Chaos zamiast wspólnoty
Używany przez zwolenników parytetów argument o konieczności reprezentatywności płci ujawnia istotę sprawy i rzeczywiste intencje. Sedno problemu tkwi w koncepcji człowieka, społeczeństwa i cywilizacji. Feministkom i popierającym je środowiskom nie chodzi o poprawienie losu kobiet, ale o zmianę paradygmatu cywilizacyjnego i podzielenie suwerennego narodu na przedstawicieli różnych płci, co będzie początkiem dalszych podziałów. I w ten sposób jesteśmy bardzo blisko tego, by społeczeństwa nie traktować jako ukształtowaną historycznie formę życia zbiorowego ludzi na pewnym terytorium oraz ogół instytucji zapewniających osobom ludzkim wspólne zaspokajanie potrzeb oraz uregulowane współżycie ukierunkowane na tworzenie kultury i rozwój; by nie traktować społeczeństwa jako harmonijnej całości, w której tworzą się wzajemne relacje i zobowiązania, ale jako niezwiązany ze sobą zatomizowany zbiór jednostek przesypujących się niczym ziarenka piasku na plaży, podzielonych ze względu na płeć, orientację seksualną czy inne kryteria.
Środowiska lewicowe i feministyczne podobnie patrzą na rodzinę, którą traktują jak naturalne społeczeństwo, czyli jako „toksyczną” i „opresyjną”. Dlatego sprzeciwiają się postrzeganiu rodziny jako „podstawowej komórki społeczeństwa”, ale traktują ją jako „najmniejszą komórkę demokracji”, w której każdy ma takie same prawa, co kryje się m.in. pod pozornie ładnie brzmiącym hasłem „praw dziecka”. Niedojrzałą i nieuformowaną w pełni osobowość dziecka stawia się na równi z osobą ojca i matki, zaprzeczając oczywistemu prawu rodziców do wychowywania dzieci i sprawowania nad nimi władzy rodzicielskiej. Zapomina się przy tym o elementarnej prawdzie, że w rodzinie każdy jej członek występuje w pewnych określonych relacjach względem drugiego, a rodzice spełniają funkcje wychowawcze względem dziecka, które powinno być posłuszne ojcu i matce. Efektem koncepcji rodziny jako „najmniejszej komórki demokracji”, w której każdy rości sobie własne, egoistyczne prawa sprzeczne z prawami rodziny, jest stworzenie atmosfery antagonizmów i wzajemnych roszczeń w porządku prawno-administracyjnym. Spory mają rozstrzygać instytucje społeczne bądź państwowe. W ten sposób w integralną wspólnotę, jaką stanowi rodzina, wdziera się czynnik zewnętrzny, który uzurpuje sobie prawo do kształtowania relacji wewnątrz rodziny.
Zamiast współpracy i wspólnoty rodzi to chaos. Przypomina to biblijną wieżę Babel wznoszoną przez prawnuków Noego. Pierwotny cel zbudowania widomego znaku jedności zamienił się w przejaw pychy człowieka, który dążył do przewyższenia swego Stwórcy. Bóg pomieszał więc ludziom języki, by nie byli w stanie porozumieć się i musieli przerwać budowę. Dziś określenie „wieża Babel” oznacza ideę, przedsięwzięcie niemożliwe do zrealizowania, które rodzi zamęt i chaos. Czyż parytety to nie zapowiedź kolejnej wieży Babel?

Jan Maria Jackowski
drukuj