Nikt z nas nie wątpił w słuszność Powstania
Z Hanną Tarkowską (ps. „Katarzyna”), członkinią Koła Armii Krajowej w Londynie, rozmawia Anna Ambroziak
Minęło 65 lat od wybuchu Powstania. Jak Pani wspomina to wydarzenie z perspektywy tylu lat?
– Jestem dumna. Z tego, że mogłam należeć do konspiracji, w której znalazłam się dzięki kapelanowi z naszej szkoły sióstr zmartwychwstanek, w której uczyłam się jeszcze przed wojną. Prosiłyśmy ks. Rostworowskiego, a było nas wtedy sześć dziewcząt, by nas wciągnął do konspiracji. Miałam wtedy 14 lat. A już jako 16-latka uczestniczyłam w Powstaniu. Byłam w łączności w Śródmieściu. Gro Powstania spędziłam na ówczesnym placu Napoleona. Roznosiłam meldunki, potem pracowałyśmy przy wyciąganiu ludzi z kanałów. To było bardzo przykre i bardzo trudne. Ludzie, którzy przez kilkanaście godzin czołgali się w kanałach, znajdowali się pod szalonym obstrzałem Niemców. Często nie wiedziałyśmy, jak im pomóc, i kończyło się na tym, że musiałyśmy ich wciągać ponownie do kanałów.
W ciągu kilku ostatnich lat pojawiają się głosy, że Powstanie było niepotrzebne, że pociągnęło za sobą tyle niewinnych ofiar…
– Myśmy się nad tym nie zastanawiali, nie roztrząsaliśmy celowości tego, że idziemy walczyć z wrogiem. To było po prostu dla nas wszystkich jasne. Walczyliśmy o wolną Polskę, by już nie było tej niesprawiedliwości, którą Niemcy wyrządzali nam na każdym kroku. Przecież rzeczywistość była wówczas straszna! Podczas zwykłych spacerów słyszało się meldunki z tzw. szczekaczek, że właśnie hitlerowcy rozstrzelali 140 osób! Człowiek od razu był gotów iść wtedy do walki, by walczyć o słuszną sprawę. Żeby to zrozumieć, trzeba żyć w takiej rzeczywistości. To wszystko, to umiłowanie Ojczyzny aż do ofiary z własnego życia staram się dziś przekazać moim sześciorgu wnukom. Moja rodzina kontynuuje polską tradycję, w domu rozmawiamy po polsku i czego innego sobie nie wyobrażam. To nasz obowiązek.
Dziękuję za rozmowę.
