Cały czas była nadzieja, że zwyciężymy
Z Ryszardem Celmerem, żołnierzem Armii Krajowej z pułku Palmiry-Młociny w Puszczy Kampinoskiej, odznaczonym Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, rozmawia Jacek Dytkowski
Jak to się stało, że wziął Pan udział w Powstaniu Warszawskim?
– Przyjechałem z Nowogródczyzny ze Zgrupowaniem Stołpecko-Nalibockim. Przyszliśmy już 27 lipca i byliśmy w Warszawie w Puszczy Kampinoskiej u Józefa Krzyczkowskiego ps. „Szymon”, który dowodził grupą „Kampinos”. Naszym dowódcą natomiast był Adolf Pilch „Dolina”, znany cichociemny. Wzięliśmy udział w Powstaniu, największe walki toczyliśmy na Dworcu Gdańskim.
Co Panu najbardziej utkwiło w pamięci z Powstania?
– W zasadzie to wydarzenie po Powstaniu, gdy się wycofywaliśmy z Puszczy Kampinoskiej. W boju pod Jaktorowem w wyniku ataku całe nasze zgrupowanie zostało zlikwidowane. To była najgorsza rzecz.
Uważa Pan, że 1 sierpnia powinien być świętem państwowym?
– Jak najbardziej. Nie powinien być to dzień wolny od pracy, ale święto.
Co Pan czuł, gdy brał udział w walkach? Jakie nadzieje temu przyświecały?
– Byłem po prostu żołnierzem. Miałem broń i walczyłem tam, gdzie nas dowódca prowadził. Cały czas była nadzieja, że zwyciężymy. Każdy był świadom tego, że trzeba walczyć.
Dziękuję za rozmowę.
