To Uciążliwy Skutek Kryzysu, czyli nazywam się Tusk
Kiedyś Leszek Moczulski, przewodniczący zapomnianej już nieco Konfederacji Polski Niepodległej, rozszyfrował skrót PZPR jako „Płatni Zdrajcy, Pachołki Rosji”, za co zresztą został pozwany do sądu, który nakazał mu przeproszenie za te słowa, które uraziły działaczy postkomunistycznej lewicy. Potem Moczulski znalazł wielu naśladowców, którzy w różny sposób zmieniali znaczenie innych skrótów.
Do tej stylistyki nawiązał także poseł Marek Wikiński (Lewica), który podczas wczorajszej debaty nad poprawkami do budżetu odkrył, co kryje się pod nazwiskiem premiera polskiego rządu. Otóż nazwisko Tusk powinniśmy od wczoraj czytać jako „To Uciążliwy Skutek Kryzysu”. Poseł zakpił sobie z premiera, który najpierw nas mamił, że kryzys nam nie doskwiera, a gdy się okazało, że jednak budżet się sypie, to tłumaczył to właśnie skutkami kryzysu. I nie trzeba było długo czekać, aby w kierunku premiera posypały się z różnych stron nie tylko słowa krytyki, ale także kpin i szyderstw, czego przykładem, jednym z nielicznych, było wczorajsze wystąpienie wiceprzewodniczącego sejmowej Komisji Finansów Publicznych z Lewicy.
Trzeba przyznać, że konwencja wymyślona przez posła Wikińskiego była oryginalna, bo każdą poprawkę, każde cięcie budżetowe zaproponowane przez rząd, kwitował krótko: „Tusk – To Uciążliwy Skutek Kryzysu”, nie wdając się przy okazji w żadne ekonomiczne tyrady i polemiki.
Rzadko przychodzi mi przyznawać rację politykom Lewicy, nie tylko w sprawach obyczajowych, ale także gospodarczych, ale w tym przypadku trudno odmówić Wikińskiemu racji. Donald Tusk staje się powoli synonimem polskiego kryzysu gospodarczego. Premier nie raz miał okazję udowodnić swoje przygotowanie do rządzenia krajem w warunkach kryzysu, ale egzaminu nie zdał. Szef rządu nie musi być ekonomistą, ale powinien mieć niezłe rozeznanie w sprawach gospodarczych. Donald Tusk udowodnił jednak, że na gospodarce się nie zna, że nie wie, jak pokierować walką z kryzysem. Woli przeczekać, licząc, że może największe problemy jakoś się przy okazji rozwiążą. A dopiero gdy się nie rozwiązują, premier występuje z troską przed kamerami i raczy nas opowiastkami, jak to rząd walczy z kryzysem. W efekcie najpierw nie chce dać pieniędzy na media publiczne, bo w budżecie brakuje ich na sfinansowanie potrzeb dzieci, a teraz ogranicza wydatki państwa na rzecz najmłodszych, bo szuka pewnie pieniędzy na telewizję i radio.
Możemy się zresztą spodziewać, że Marek Wikiński jeszcze nie raz zakpi sobie z premiera. A okazji ku temu na pewno nie będzie brakowało. Poza tym poseł ma przecież osobisty powód, aby szefowi rządu nie odpuszczać, wszak przegrał z nim 7 tys. zł (to równowartość jednej poselskiej pensji), gdy się założył, że Jerzy Buzek nie zostanie szefem Parlamentu Europejskiego. Przez to podobno, żeby zaoszczędzić trochę pieniędzy, musiał nawet skrócić wakacje nad morzem. Czekamy więc na to, jakie nowe znaczenie nada poseł Wikiński nazwisku lub imieniu premiera, bo pole do popisu w przypadku ministrów jest słabe – mają po prostu nazwiska sporo dłuższe.
Krzysztof Losz
