Partie biorą rozbieg
Żadna z polskich partii politycznych nie potraktowała wyborów do Parlamentu Europejskiego marginalnie. Wnioski wyciągnięte na ich podstawie mogą być cennym drogowskazem w kolejnych kampaniach.
Pierwsza sprawa – frekwencja. Zaledwie 25 procent Polaków pofatygowało się do urn wyborczych. Z takim wynikiem na tle reszty Europy wypadamy, niestety, miernie (średnia w Unii wyniosła ponad 40 procent). To pokazuje, że po dwudziestu latach od momentu odzyskania niepodległości oraz istnienia III Rzeczypospolitej nadal nie jesteśmy społeczeństwem obywatelskim. A wydawałoby się, że system demokracji pośredniej, który funkcjonuje w naszym państwie (i w większości demokratycznych państw świata), naprawdę niewiele od nas wymaga. Zdejmuje z nas potrzebę bieżącego zajmowania się polityką – co jest konieczne w przypadku systemu demokracji bezpośredniej (którego przykładem może być Szwajcaria). Nie musimy uczestniczyć kilka razy w roku w referendach czy też zgromadzeniach ludowych. Wystarczy tylko, że mniej więcej raz na rok, czasem raz na dwa lata zainteresujemy się na moment polityką, pójdziemy do urn i wybierzemy swoich reprezentantów, którzy za nas będą zajmować się bieżącymi sprawami politycznymi. Jeśli się nie sprawdzą, to zawsze możemy przy następnych wyborach poprzeć kogoś innego. Tylko tyle. Postawa obywatelska wielkich poświęceń od nas nie wymaga. Tymczasem nadal większości polskiego społeczeństwa zwyczajnie się nie chce. To po prostu przykre. W tym kontekście zadaniem strategicznym dla wszystkich polityków jest mobilizowanie wyborców i zachęcanie do aktywności w życiu politycznym.
Druga sprawa – wyniki. Należy stwierdzić, że porównywanie ich do wyborów europarlamentarnych sprzed pięciu lat nie ma większego sensu – jest zabiegiem wyłącznie statystycznym. Albowiem na lokalnym gruncie (nie tylko w polskim) eurowybory stanowią przede wszystkim ranking popularności dla partii rywalizujących na krajowym podwórku. Dlatego też wynik niedzielnego głosowania należy przede wszystkim odnieść do wyborów parlamentarnych z 2007 roku. Przypomnijmy – wówczas do polskiego Sejmu dostały się cztery partie z następującymi wynikami: PO – 41,51 proc., PiS – 32,11 proc., LiD – 13,15 proc., PSL – 8,91 procent. Natomiast w przypadku ostatnich eurowyborów wyniki są następujące: PO – 44,43 proc., PiS – 27,4 proc., SLD – 12,34 procent, PSL – 7,01 procent. Widzimy, iż kolejność ugrupowań jest taka sama. Istnieją zaledwie paroprocentowe wahnięcia. Jedna partia (PO) zyskała, pozostałe nieco straciły. Największy spadek zanotowało PiS. Porównując rezultaty – mamy do czynienia ze status quo. W ostatnich latach na polskiej scenie politycznej liczą się cztery partie. Pozostałe ugrupowania nie potrafią się przebić. Ten układ wydaje się stabilizować i utrwalać. Dlatego też liderzy małych ugrupowań powinni myśleć o łączeniu się z silniejszymi. Nie ma innej drogi. Inaczej mogą pozostać na zawsze „planktonem” politycznym. W kontekście minionych wyborów największym niewypałem okazała się partia Libertas.
Trzecia sprawa – w przypadku Polski eurowybory pokazały, że PO ma silną pozycję. Jak na razie kryzys gospodarczy nie podkopał zaufania Polaków do tej partii. Pod tym względem decydujące będą wyniki polskiej gospodarki w ciągu najbliższych miesięcy oraz niepopularne decyzje budżetowe, które trzeba będzie niebawem podjąć. Będzie to miało bezpośredni wpływ na dwie kampanie wyborcze, które czekają nas już w przyszłym roku. Odbędą się wówczas wybory samorządowe i wybory prezydenckie. Wcale nie jest to zbyt odległa przyszłość. Wydaje się, iż w niektórych partiach właśnie przy okazji eurowyborów rozpoczął się tzw. długi rozbieg – z myślą o przyszłorocznej kampanii. W okresie PRL istniał zwyczaj wysyłania konkurentów politycznych na odległe placówki dyplomatyczne, np. do Ułan Bator w Mongolii. Wydaje się, iż obecnie podobną taktykę zastosowali przywódcy dwóch ugrupowań – PiS i SLD. Mam na myśli przypadek Zbigniewa Ziobry (którego popularność najwyraźniej coraz bardziej niepokoi Jarosława Kaczyńskiego) oraz Wojciecha Olejniczaka (oponenta Grzegorza Napieralskiego). Paradoksalnie – Bruksela (i Strasburg) stały się idealnymi miejscami współczesnej zsyłki wobec zbyt ambitnych polityków. Takie posunięcie ze strony liderów ma na celu zwiększenie konsolidacji szeregów partyjnych – właśnie w perspektywie przygotowań do przyszłorocznej walki. Jak wiadomo, frakcyjność zawsze przynosi straty. Tymczasem należy niezwłocznie uporządkować sprawy ugrupowań na poziomie centrali i w regionach. To niezmiernie istotna sprawa, której nie można przespać. Partyjni analitycy powinni przyjrzeć się wynikom eurowyborów w poszczególnych województwach. To bowiem ostatni moment przed wyborami samorządowymi i prezydenckimi. Nowy wyścig czas niedługo zacząć!
Autor jest politologiem, wykładowcą Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu.
