Uczyłem się od Prymasa Tysiąclecia

Z o. dr. Jerzym Tomzińskim, byłym przeorem i generałem zakonu paulinów, rozmawia Mariusz Bober

Ojciec jest ostatnim żyjącym w Polsce uczestnikiem Soboru Watykańskiego II. Jak Ojciec dziś wspomina udział w tym historycznym dla Kościoła wydarzeniu z perspektywy minionych ponad 40 lat?

– Decyzja o zwołaniu Soboru zastała mnie w Rzymie, gdzie wówczas studiowałem. Byłem świadkiem tego, jak Ojciec Święty Jan XXIII ogłaszał m.in. zwołanie Soboru. Było to na Mszy św. odprawianej w kościele pw. Świętego Pawła za Murami. Gdy Papież podszedł do ołtarza, wyjął notatki, z których wygłosił homilię, ale zanim zaczął, schował jedną kartkę. Po wygłoszeniu homilii wyjął ją i oświadczył: „A teraz ogłaszam zwołanie Synodu Rzymskiego, zmianę Prawa Kanonicznego i ogłaszam Sobór”. Była to prawdziwa bomba. Nikt się tego nie spodziewał. Wkrótce potem zaczęły się przygotowania. Brałem udział w otwarciu Soboru. Po jego pierwszej sesji zostałem wybrany na generała Zakonu Paulinów. Musiałem wrócić do Polski. Władze komunistyczne nie chciały mnie później wypuścić, dlatego nie uczestniczyłem w II i III sesji Soboru. Dojechałem dopiero na IV sesję.

Jak odbierał Ojciec prace Soboru, który przyniósł przecież ogromne zmiany dla Kościoła?

– Widać było zmiany także dotyczące Polski. Ponieważ zbliżało się akurat Milenium Chrztu Polski, zdecydowaliśmy z ks. Prymasem Stefanem Wyszyńskim, że trzeba wydrukować trzy tysiące obrazków z wizerunkiem Matki Bożej Częstochowskiej i zaproszeniami na obchody milenijne. Rozdaliśmy je uczestnikom Soboru 4 grudnia 1965 r., czyli tuż przed jego zamknięciem.

Co Ojciec najbardziej zapamiętał z soborowych obrad?

– Pamiętam przede wszystkim tremę, jaką miałem, gdy odprawiałem pod koniec Mszę św. dla uczestników Soboru. Biskupi zaproponowali, by odprawił ją ktoś z Polski, a Prymas Tysiąclecia wskazał na mnie. Po raz pierwszy w historii Polak odprawiał Eucharystię podczas Soboru. W życiu nie miałem takiej tremy. Przecież patrzyło na mnie 2,5 tysiąca biskupów z całego świata. Przypominam, że wówczas jeszcze celebrowano Eucharystię w języku łacińskim. Po zakończeniu Mszy św. uspokoiłem się jednak, zwłaszcza że późniejszy kard. Dante powiedział: „Bene celebrasti” (Dobrze odprawiłeś).

A jak odbierał Ojciec wprowadzane zmiany soborowe? Nie były one zaskoczeniem?

– Niektóre były i mieliśmy na nie wpływ. Polska grupa nie zgadzała się na zgłaszane podczas prac Soboru propozycje, np. na dopuszczenie, by państwo miało wpływ na Kościół. My bowiem dobrze rozumieliśmy, jak komuniści wykorzystaliby takie zmiany w Polsce. W ogóle mało mówi się o tym, że uczestnicy Soboru z Polski byli niezwykle aktywni i że przyczyniliśmy się do wprowadzenia wielu zmian. Ówczesny metropolita krakowski ks. abp Karol Wojtyła miał bliskie kontakty z grupą biskupów francuskich, zaś ks. kard. Bolesław Kominek – z biskupami niemieckimi. Dzięki tej ogromnej aktywności polskich duchownych na Soborze świat dostrzegł Polskę.

Z Soborem Watykańskim wiąże się jeszcze jedna niezwykła historia Ojca – spotkanie ze św. Ojcem Pio…

– Jeszcze przed rozpoczęciem Soboru bardzo chciałem spotkać Ojca Pio, o którym dużo słyszałem podczas studiów. Z zaprzyjaźnionym księdzem pojechaliśmy najpierw do Neapolu, gdzie byłem świadkiem cudu św. Januarego. Byłem przy samym ołtarzu, gdy wniesiono relikwie, więc wszystko widziałem. Zamknięta w szklanej ampułce grudka krwi przypominała wosk. Przez 10 minut od wystawienia relikwii nic się nie działo, aż w pewnej chwili grudka zmieniła postać i zaczęła się jakby pienić.

Wierni zgromadzeni w bazylice zaczęli wprost szaleć ze szczęścia. Mieszkańcy Neapolu wierzą bowiem, że jeśli w danym roku nie będzie cudu, to miasto nawiedzi jakiś kataklizm. Tak było właśnie w 1939 r., gdy wybuchła II wojna światowa, i w 1944 r., gdy doszło do erupcji Wezuwiusza. Na mnie cud zrobił także piorunujące wrażenie. Poczułem, jakby przez moje ciało przeszedł prąd, a na głowie stanęły mi wszystkie włosy. Gdy krew w ampułce przestała się burzyć, rozpoczęto Mszę Świętą. Tej nocy cały Neapol świętował. Mieszkańcy śpiewali, tańczyli, wszyscy razem cieszyli się, okazując radość nawet nieznajomym, także mnie.

Stamtąd udał się Ojciec do San Giovanni Rotondo?

– Tak. Chciałem tam wziąć udział we Mszy św. i zobaczyć Ojca Pio. Widząc, że jestem zakonnikiem, dopuszczono mnie do samego ołtarza, przy którym Eucharystię sprawował św. Ojciec Pio. Trudno doprawdy opisać to, co wówczas widziałem. Jestem starym księdzem, ale wcześniej nie widziałem, by ktoś w taki sposób odprawiał Mszę Świętą. Ojciec Pio był bardzo skupiony i niezwykle przeżywał Eucharystię, tak jakby widział Mękę Pana Jezusa. Pamiętam też, że ciągle przestępował z nogi na nogę. Miał bowiem na nich stygmaty, które powodowały ból. Bardzo chciałem zobaczyć stygmaty na rękach, ale nie udało mi się, bo zakrywał je długimi rękawami. Myślałem, że zobaczę je, gdy będzie błogosławił wiernych na zakończenie, ale on tak zręcznie zakrył je albą, że nic nie było widać. Po Eucharystii modlił się jeszcze ok. 10 minut. Gdy poszedł potem do zakrystii, podążyłem za nim. Przed wejściem ustawiła się już kolejka wiernych. Niektórzy prosili o błogosławieństwo, inni przyprowadzili ze sobą dzieci, jeszcze inni przyszli z różnymi prośbami.

Wówczas Ojciec rozmawiał ze Świętym?

– Nie, ale widziałem jego spotkanie z ludźmi. Do niektórych uśmiechał się, głaskał dzieci, innym coś mówił. Pamiętam jednak scenę, która bardzo mnie zdziwiła. Gdy podszedł do Ojca Pio młody mężczyzna i coś powiedział, ten święty człowiek nagle wrzasnął na cały głos: „Precz”. Młodzieniec spojrzał na mnie i spuścił wzrok, a potem wyszedł.

Jak Ojciec interpretuje to zdarzenie?

– Ojciec Pio, tak jak wielu świętych, miał dar rozeznawania ludzkich sumień. Myślę, że zobaczył, iż duszę tego młodego człowieka zniewolił szatan i krzyknął właśnie na niego. Dlatego tacy ludzie powinni najpierw pojednać się z Bogiem w sakramencie pokuty. Potem Ojciec Pio poszedł do klasztoru, a ja podążyłem za nim. Usiadłem na korytarzu, blisko celi Ojca Pio. Słyszałem, jak rozpalał w piecu i palił bandaże, które często zmieniał z powodu krwawienia z rąk i nóg, na których miał stygmaty. W pewnej chwili wyszedł na korytarz i wówczas podszedłem do niego. Przedstawiłem się i powiedziałem, że mam do niego trzy prośby. Prosiłem mianowicie, by pomodlił się za polskie siostry zakonne, które komuniści chcieli zamknąć w obozie. Ojciec Pio popatrzył jakby gdzieś daleko, uśmiechnął się i nic nie odpowiedział. Chciałem też, żeby mnie wyspowiadał. Ale Ojciec Pio odmówił i kazał mi zejść do kościoła, gdzie spowiadano (miał w tym czasie zakaz spowiadania, o czym nie wiedziałem). Na koniec poprosiłem go o błogosławieństwo. Wtedy spojrzał na mnie i powiedział: „Niech Bóg cię pobłogosławi”, i położył mi rękę na głowie, mocno przyciskając ją tak, że poczułem zgrubienie na ręce, na której miał stygmat. Obserwowałem go jeszcze później, jak z różańcem w ręku klęczał zatopiony w modlitwie w kaplicy. Widziałem, jak bardzo cierpiał, naznaczony stygmatami, i jak bardzo był zatroskany o ludzi, a jednocześnie był bardzo ludzki. Niejednego figla spłatał swoim braciom…

Może Ojciec opowiedzieć o którymś?

– Opowiadano mi, jak Ojciec Święty Pius XII wysłał w sekrecie duchownego do San Giovanni Rotondo. Ojciec Pio miał taki dar, że wiedział o tym i powiedział jednemu z braci, by o określonej godzinie wyszedł na stację kolejową, bo ważny gość przyjeżdża z Rzymu, i trzeba mu pomóc przynieść walizki. Jakież było zdziwienie wysiadającego na stacji wysłannika, gdy powitał go braciszek zakonny, mówiąc, że przysłał go Ojciec Pio, by pomógł nieść walizki… Jednocześnie był niezwykle posłuszny, choć przeżył bardzo trudne spotkania i rozmowy z przedstawicielami Świętego Oficjum. W ten sposób ten wielki człowiek dawał świadectwo wiary.

Pobyt Ojca w Rzymie poprzedziły inne także bardzo ważne, zwłaszcza dla Polski, wydarzenia lat 50. W tym trudnym dla polskiego Kościoła okresie sprawował Ojciec posługę przeora Jasnej Góry. Co było wówczas dla Ojca najtrudniejsze?

– W tym czasie ks. kard. Stefan Wyszyński został zamknięty w więzieniu. Był to okres terroru stalinowskiego. Pamiętam, jak organizowaliśmy obchody 300. rocznicy ślubów króla Jana Kazimierza. Konsultowaliśmy się z ks. bp. Michałem Klepaczem, który przewodniczył wtedy Konferencji Episkopatu Polski. Powiedział wówczas, że nie widzi możliwości zorganizowania centralnych uroczystości, ale dał nam wolną rękę. Wystosowaliśmy więc prośbę do ks. Prymasa Stefana Wyszyńskiego o napisanie tekstu Ślubów Jasnogórskich. Zaś ks. bp Michał Klepacz poradził nam, by napisać listy do proboszczów, aby powiadomić ich o planowanych uroczystościach. Napisaliśmy więc listy z informacją do 8 tysięcy proboszczów w Polsce! Pisaliśmy je na zwykłych maszynach. Listy zawierały informację o tym, że na Jasnej Górze zostaną zorganizowane uroczystości, poprosiliśmy o uczestnictwo w nich, np. poprzez modlitwę. Nic nie pisaliśmy o ślubach.

W 1956 r. zanieśli Ojcowie 8 tysięcy takich listów na pocztę?

– Skądże znowu! Poprosiliśmy o pomoc ludzi, którzy zabrali je do różnych polskich miast. Umówiliśmy się, że określonego dnia o określonej godzinie zostaną wszystkie zaniesione na pocztę przez dzieci. Dzięki temu uniknęliśmy przechwycenia ich przez bezpiekę. I udało się. Każdy proboszcz w Polsce dostał list i odczytał go wiernym w kościele.

Kiedy komuniści zorientowali się, że organizowane są obchody?

– Dość szybko. Wezwano mnie i księdza z kurii diecezjalnej w Częstochowie do Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach. Czekali na nas urzędnicy i przedstawiciele UB. Zapytali, co organizujemy. Odpowiedziałem: „Odpust”. „Ile będzie ludzi?” – padło kolejne pytanie. „Pół miliona” – odpowiedziałem. Urzędnicy omal z krzeseł nie pospadali. „Proszę ojca, może się powtórzyć Poznań” – mówili zdenerwowani. Odpowiedziałem: „Poznań to najwyżej wy możecie zgotować”. „Jak to” – żachnęli się. Przypomniałem im wtedy, co zrobili, gdy na Jasnej Górze organizowaliśmy wcześniej uroczystości z okazji 3 Maja, gdy klasztor odcięto od wody i pojawili się dziwni ludzie, którzy w butelkach zaczęli ją sprzedawać „na dziko”. Wtedy spuścili z tonu. Zrozumiałem, że nie będą robić przeszkód.

Rzeczywiście przybyło pół miliona pielgrzymów?

– Przybyło co najmniej milion wiernych. Tylu ludzi jeszcze Jasna Góra nie widziała. To był cud. Nie wiem, w jaki sposób wszyscy dostali się do sanktuarium. Powiedziałem wtedy, że muszę dotrzeć do ks. kard. Stefana Wyszyńskiego.

Ksiądz Prymas był wtedy więziony, dopuszczano do spotkań z nim?

– Dostałem się do Komańczy, omijając patrole milicji. Około godz. 2.00 w nocy, idąc, przypadkowo potknąłem się o coś. Gdy się nachyliłem, zobaczyłem, że były to ludzkie czaszki. Przypomniałem sobie wtedy o rzeziach, jakich dokonali tam na Polakach Ukraińcy po wkroczeniu wojsk niemieckich w 1939 roku. Być może właśnie na szczątki tych ofiar trafiłem. Idąc dalej, usłyszałem nagle szczekanie psa. Zrozumiałem, że w pobliżu są żołnierze z Wojsk Ochrony Pogranicza. Przestraszyłem się, że zaalarmowani przez psa złapią mnie i nie spotkam się z ks. Prymasem. Przyszło mi więc do głowy, by odprawić egzorcyzm. Tak też zrobiłem i… pies zamilkł. Gdy w końcu dotarłem do ks. Prymasa, rozpłakałem się.

Kiedy zapoczątkował Ojciec Apele Jasnogórskie o uwolnienie Prymasa?

– 8 grudnia 1953 r. zorganizowaliśmy pierwszy apel. Uczestniczyło w nim tylko sześć osób. Oficjalnie modliliśmy się w intencji Kościoła, jednak wszyscy wiedzieli, że tak naprawdę o uwolnienie Prymasa. Apel odprawialiśmy prawie tak jak dziś. Później zostało jeszcze dodane rozważanie. Wtedy też zapoczątkowane zostały nocne czuwania w intencji uwolnienia ks. kard. Wyszyńskiego, prowadzone początkowo przez panie z Instytutu Prymasowskiego. Śluby Jasnogórskie, i apel, i nocne czuwania zrodziły się więc podczas uwięzienia ks. kard. Stefana Wyszyńskiego. Nie myśleliśmy wtedy, że apel stanie się modlitwą całego Narodu.

Wówczas również zrodził się pomysł peregrynacji kopii Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej?

– Właściwie już po uroczystości odnowienia ślubów Narodu. Zaczęliśmy się wówczas zastanawiać: i co teraz? Pomyśleliśmy sobie, że gdyby tak Matka Boża wyszła z Jasnej Góry do Polski, komunizm rozpadłby się. Ale przecież nie mogliśmy wyprowadzić oryginalnego obrazu. Wpadliśmy więc na pomysł zrobienia kopii. Najpierw jednak postanowiliśmy przedstawić pomysł Prymasowi, który akurat jesienią został wypuszczony z więzienia. Gdy usłyszał o pomyśle, odpowiedział: „Zróbcie kopię”. Tak też się stało. Gdy obraz na początku 1957 r. był już gotowy i biskupi usłyszeli o tym pomyśle na zebraniu Episkopatu Polski, trochę się przestraszyli. Obawiali się, że władze zakażą peregrynacji i wykorzystają ją do ośmieszenia Kościoła, uznając to za przykład dewocji. Zostawili jednak decyzję Prymasowi. Zawiozłem wtedy kopię obrazu do niego na ul. Miodową w Warszawie. Jeszcze kilku biskupów zostało po konferencji, akurat wychodzili ze śniadania, gdy zobaczyli ustawiony przy wejściu obraz. Wówczas bardzo się nim zachwycili. To przesądziło. W maju wyjechałem do Rzymu, gdzie Ojciec Święty Pius XII poświęcił obraz i zgodził się na jego peregrynację.

Było to jednocześnie przygotowanie do obchodów 1000-lecia chrztu Polski?

– Tak.

Mówił Ojciec, że miał kłopoty z wyjazdem na Sobór, bo komuniści nie chcieli Ojca wypuścić z Polski. A jak zrodził się pomysł studiów w Rzymie i co ostatecznie zdecydowało, że jednak udało się tam dotrzeć?

– Gdy wypuszczono Prymasa Tysiąclecia z więzienia, postanowił o wysłaniu na studia do Rzymu 20 kapłanów z Polski. Wśród nich znalazłem się także ja. Studiowałem prawo kanoniczne. Jednak nie od razu mnie wypuszczono z kraju.

Jest Ojciec świadkiem historii jasnogórskiego sanktuarium ostatnich 70 lat, a jednocześnie świadkiem historii Polski. Co najbardziej zapamiętał Ojciec z tego okresu swojej posługi zakonnej?

– Pamiętam, jak w sierpniu 1939 r. przyjechałem z klerykatem do pomocy na Jasną Górę. Przy końcu sierpnia dowódca odcinka częstochowskiego, gen. Janusz T. Gąsiorowski wezwał ojca przeora z Jasnej Góry na rozmowę. Powiedział wtedy, że za kilka dni wybuchnie wojna i polskie wojsko nie będzie w stanie obronić Częstochowy. Radził też, by młodych kleryków i najcenniejsze przedmioty wywieźć do wschodniej części Polski, poza linię Wisły. Wtedy postanowiono, że my, młodzi seminarzyści, wyjedziemy do Leśnej Podlaskiej. Ale gdy w połowie września zaatakowali Sowieci, wróciliśmy na Jasną Górę i tutaj przez całą wojnę kontynuowaliśmy studia.

Klasztor szczęśliwie przetrwał II wojnę światową…

– Było wiele trudnych momentów. Pamiętam m.in., jak jesienią 1944 r. przyjechał na Jasną Górę przedstawiciel rządu III Rzeszy, który powiedział, że wkrótce front rosyjski dojdzie do Częstochowy, i proponował przeniesienie klasztoru wraz z obrazem Matki Bożej i wszystkimi zbiorami do Niemiec. – Jeśli tego nie zrobicie, bomby spadną na Jasną Górę – mówił. Wtedy ojcowie odpowiedzieli, że jeśli mają zginąć, zginą na Jasnej Górze. Wkrótce potem wyszło na jaw, że Niemcy mieli rozkaz spalić klasztor. Było to 16 stycznia. Pod arsenałem na terenie klasztoru Niemcy rozlali benzynę i podpalili samochód, a sami uciekli. Na szczęście ktoś zauważył to i ogień ugaszono. Klasztor ocalał.

A co było największym przeżyciem duchowym dla Ojca?

– Trudno na coś jednego wskazać. Tyle tych różnych historii przeżyłem. Dużym przeżyciem na pewno były Śluby Jasnogórskie i ten milion pielgrzymów. Drugim takim momentem był pierwszy przyjazd Ojca Świętego Jana Pawła II na Jasną Górę w 1979 roku. Postanowiliśmy wtedy zbudować podest w formie schodów, po których wszedł Papież. Gdy podchodził do nich, zatrzymaliśmy się, wraz z nami inni kapłani, i Ojciec Święty wszedł po schodach, aż do ołtarza sam, dopiero wtedy ruszyliśmy za nim. Było to bardzo symboliczne.

Jak to się stało, że Ojciec jako 13-letni chłopiec trafił do zakonu?

– Pochodzę właśnie spod Częstochowy, ze wsi Przystajń, oddalonej od miasta o 30 kilometrów. Rodzice zajmowali się uprawą ziemi. Miałem czterech braci i siostrę. W wieku 9 lat po raz pierwszy przyjechałem z ojcem na Jasną Górę. Pamiętam, że idąc po wałach, zobaczyłem przez otwarte okno celę zakonną. Widziałem wiszący na ścianie obraz, stół i krzesło. Zdziwiło mnie takie ubóstwo. Pomyślałem sobie, że w moim domu wisi więcej obrazów, i uznałem, że nigdy nie chciałbym zamieszkać w takiej celi. Pan Bóg jednak sprawił, że kilkadziesiąt lat później, już jako przeor, właśnie w tej celi mieszkałem przez trzy lata.

Kiedy wybrał Ojciec drogę do kapłaństwa?

– Gdy kończyłem szkołę powszechną, poszliśmy wszyscy do lasu z nauczycielem na pożegnalne spotkanie. Na tym spotkaniu usłyszałem, że mój kolega chce „iść na księdza”, jak to się wówczas mówiło. Choć wcześniej myślałem raczej o tym, by zostać wojskowym, uznałem, że też spróbuję dostać się do seminarium. Najpierw trzeba było jednak nauczyć się języka łacińskiego. Gdy przygotowałem się, pojechaliśmy razem do Krakowa, by zdawać egzamin do gimnazjum paulinów na Skałce. Spytano nas, do której klasy gimnazjum chcemy zdawać – do pierwszej, drugiej czy trzeciej. Powiedziałem, że do trzeciej. Ku mojemu zdziwieniu zdałem egzamin, a koledze, który przyjechał ze mną, niestety, nie powiodło się. Później został cukiernikiem.

Został Ojciec chyba rzucony wówczas na głęboką wodę?

– Było to dla mnie duże przeżycie, tym bardziej że pierwszy raz wyjechałem z domu. Bardzo tęskniłem za mamą. Miałem dopiero 13 lat, więc gdy nadeszły Święta Bożego Narodzenia, miałem nadzieję, że wyjadę do domu. Tymczasem przełożeni w zakonie powiedzieli: 3 klasa? Oczywiście, że nie jadą do domów. W zakonie umiera się dla świata. To były pierwsze święta, które spędziłem poza domem rodzinnym i które całe przepłakałem. Przychodziły mi nawet do głowy myśli, żeby uciec, ale powiedziałem sobie: nie ucieknę, wytrwam. Zapamiętałem tę lekcję. Przypominam sobie, że później, gdy zostałem generałem zakonu, akurat wróciłem ze studiów w Rzymie, gdy przyszedł do mnie młody kleryk z pytaniem, czy mogą jechać na święta do domu…

Pozwolił Ojciec?

– Oczywiście, od razu przypomniałem sobie wówczas moje pierwsze święta w zakonie. Do dziś klerycy jeżdżą na święta do domów. Myślę jednak, z perspektywy lat, że to doświadczenie 13-letniego chłopca, który nie mógł wyjechać na święta do domu, przydało mi się. Jeśli bowiem człowiek wytrzyma taką próbę, to potem wytrzyma wszystkie inne.

Dlaczego wybrał Ojciec właśnie zakon paulinów?

– To też było niezgodne z moimi pierwotnymi planami. Na początku chciałem zostać księdzem diecezjalnym. Jednak ułożyło się inaczej i dziś wcale tego nie żałuję, jestem bardzo zadowolony, że zostałem paulinem.

Kto wywarł największy wpływ na Ojca formację?

– Gdy tylko mogłem, przez cały czas obserwowałem ks. kard. Stefana Wyszyńskiego. Pamiętam, jak kiedyś powiedział mi, wówczas młodemu jeszcze ojcu zakonnemu: „Pomódl się za mnie, bo pisać to ja umiem, ale ludźmi kierować nie bardzo”. Mimo serca, które mi okazywał, jednocześnie czułem duży respekt dla Prymasa Tysiąclecia. Drugą taką osobą był ks. kard. Karol Wojtyła, późniejszy Papież Jan Paweł II. Był całkiem inny niż ks. kard. Wyszyński, ale tak dobrze razem pracowali dla Kościoła. Pamiętam, jak ks. Józef Wójcik zorganizował wykradzenie kopii Obrazu Jasnogórskiego. Wówczas na plebanii w Radomiu, po naradzie, ks. kard. Wyszyński powiedział do ks. kard. Wojtyły: „Karol, idziemy”, i wyniesiono obraz do ołtarza polowego. W ten sposób wrócił na peregrynację.

Często wraca Ojciec w rodzinne strony? Nie tylko na święta?

– Rzeczywiście, po tym doświadczeniu 13-letniego chłopca później już pozwolono nam wyjeżdżać na święta. Często wracałem do rodzinnej wsi, tym bardziej że mam blisko. Z upływem czasu coraz więcej bliskich odchodziło i coraz częściej odwiedzałem niektórych już na cmentarzu. Jednak rodzina rozrosła się tak, że dziś w całej wsi znajduję krewnych. Teraz także do mnie przyjeżdżają, i to już piąte pokolenie. Zwłaszcza najmłodsze dziewczyny chętnie mnie odwiedzają, przywożąc swoje problemy, powierzają wujowi swoje sekrety. Czuję także ciepło okazywane przez resztę rodziny. Oni cieszą się mną, a ja nimi.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj