Platforma zadymiarzy
Platforma Obywatelska z Donaldem Tuskiem na czele stale organizuje większe lub mniejsze zadymy, które teoretycznie nie powinny być domeną ludzi z tzw. salonów. Lecz, niestety, wydaje się, że obecnie mamy saloony rodem z Dzikiego Zachodu, będące niczym więcej jak wyszynkiem.
-Bo przecież czy to uchodzi w zdawałoby się cywilizowanym świecie polityki, by czołowy parlamentarzysta rządzącej partii, tak jak Janusz Palikot, niczym dewiant epatował sztucznym przyrodzeniem, a na ulicy wzorem pospolitego żulika pił alkohol z tzw. gwinta? W tego typu działaniach nie jest on odosobniony w swoim ugrupowaniu. Na nie mniejsze ekscesy pozwala sobie jego partyjny kolega Stefan Niesiołowski, który mimo tytułu profesora próbuje zdystansować w nieustannym bluzganiu na przeciwników swojego obozu nawet stadionowych chuliganów. No ale jak można wywnioskować, niektórym ugrupowaniom po dojściu do władzy wydaje się, że państwo to ich partyjny folwark, w którym mogą robić, co się im tylko żywnie podoba. A ludzie zrzeszeni w związkach zawodowych są dla nich niczym więcej jak tylko siłą roboczą, której przysługuje co najwyżej tyle samo praw co niegdyś chłopom pańszczyźnianym. W związku z tym nie zamierzają z nimi niczego uzgadniać, a świętować rocznicowe wydarzenia też będą osobno. Robotnicy – na placu przed zakładem pracy w Gdańsku, rządzący z PO – w komnatach zamkowych w Krakowie.
-Zatem tak jak wybory z 4 czerwca 1989 r. były kontraktowe i pomimo zapoczątkowania istotnych przemian demokratycznych służyły w znacznej części zabezpieczeniu interesów ówczesnej władzy, tak też świętowanie ich 20. rocznicy ma zapewnić wyłącznie promocyjne profity Platformie Obywatelskiej. Wobec tego pod pretekstem zagrożenia ze strony stoczniowców, zrozpaczonych postępującą likwidacją kolebki „Solidarności”, Donald Tusk przenosi część obchodów na Wawel. Tam będzie mógł ukryć się za grubymi murami przed rozgoryczeniem pracowników polskich zakładów przemysłowych, którym rabunkowa prywatyzacja w teoretycznie wolnej Polsce po 1989 r. i obecny kryzys odebrały miejsca pracy, a co za tym idzie – również materialne podstawy egzystencji ich rodzinom. Widać zatem, iż liberał o wilczych oczach, wspierający od początku przemian po 1989 r. swoimi działaniami rujnujące polską gospodarkę rozwiązania, nie jest w stanie wytrzymać spojrzeń osób, które walczyły o wolną Polskę 20 lat temu i zabiegają o nią również dzisiaj, dlatego też ucieka do Krakowa. A na dodatek rzuca obelgami w stronę tych, którym ma obowiązek służyć, bo przecież będąc premierem polskiego rządu, powinien zadbać o wszystkich obywateli, również tych, którzy w danym momencie potrzebują pomocy przy ratowaniu zakładów pracy. Wydawałoby się, że czasy pierwszych sekretarzy jedynie słusznej partii, lekceważących obywateli i chroniących się za kordonami uzbrojonych oddziałów prewencji, dawno się skończyły. Lecz Donald Tusk wykorzystując w swej wypowiedzi z 7 maja br. – rozpowszechnionej przez wszystkie media – retorykę żywcem zaczerpniętą z PRL, traktuje protestujących związkowców niczym kryminalistów, którym, według niego, nie przysługuje miano stoczniowców.
Również Stefan Niesiołowski tego samego dnia w „Faktach” wyemitowanych na antenie TVN sugerował, iż „związkowcy nie zasługują na żaden szacunek”, bo protestując, są – w jego mniemaniu – po stronie opozycji i na jej usługach. No cóż, rozumowanie zgodne z funkcjonującym w PRL „kto nie z Mieciem, tego zmieciem”. A to, czy postulaty stoczniowców są zasadne, to już Niesiołowskiego nie interesuje. Biorąc pod uwagę tego typu arogancję ludzi z rządzącej partii, trudno się dziwić, że 29 kwietnia w Warszawie dopuścili do brutalnej i zupełnie nieuzasadnionej interwencji policji podczas demonstracji związkowców ze Stoczni Gdańsk.-Jak donosi „Gazeta Polska” z 6 maja br., policja oprócz pałek użyła też żelu pieprzowego: „Strzelano nim najpierw do grupki kobiet, potem do kilku starszych stoczniowców. Na końcu do demonstrantów szarpiących bariery. Funkcjonariusze celowali strumieniami brudnożółtego żelu głównie w twarze. Dopiero w tej fazie policja ostrzegła, że demonstranci mają się natychmiast rozejść, w przeciwnym razie zostaną użyte środki przymusu. Tyle że oni się już właśnie rozchodzili, ale w większości zostali niemal oślepieni”. Dlatego ludzie widząc przewrotność w słowach i konkretnych działaniach Tuska, przestają go popierać. Dostrzec to można było nawet w przeprowadzonym w czwartek badaniu opinii publicznej w sprzyjającej mu stacji TVN, gdzie aż 68 proc. ankietowanych potępiło decyzję premiera o przeniesieniu obchodów wyborów z 1989 r. z Gdańska do Krakowa. I nawet bezpodstawnie ganiący związkowców Andrzej Celiński, który na dziesięciolecie wyborów z 1989 r. opuścił definitywnie obóz Tuska i związał się z postkomunistami, stwierdził wprost w czwartkowych „Wiadomościach” w 1 Programie telewizji publicznej, iż Donald Tusk stchórzył, zachowując się nie jak premier bez mała 40-milionowego państwa, ale jak mały chłopiec.
-Dominik Zdort na łamach piątkowej „Rzeczpospolitej” nadto zauważa, iż „kiedy premier niespodziewanie przenosi obchody na Wawel, to zachowuje się, jakby chciał ukarać swoje rodzinne miasto i jego mieszkańców za to, że tu ma siedzibę „Solidarność”, że tu stoi stocznia i pomnik z trzema krzyżami. Trochę wygląda to jak decyzja Mieczysława Rakowskiego, który w 1988 roku – także za karę – postawił Stocznię Gdańską w stan likwidacji”.
