Furtka uchylona roszczeniom

Z Piotrem Andrzejewskim, senatorem Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Anna Ambroziak

Państwo nie prowadzi żadnego monitoringu co do ilości roszczeń, jakie wpływają do polskich sądów ze strony Niemców…

– Monitoring powinien być według mnie w innym miejscu niż instytucje państwowe. Jest on pozornym załatwieniem sprawy. Moim zdaniem, lepszym rozwiązaniem byłaby nasza inicjatywa legislacyjna przyjęta przez Sejm poprzedniej kadencji, niezrealizowana do dziś i odrzucona przez Platformę Obywatelską w tej kadencji. To sądy w momencie, kiedy wpływa roszczenie ze strony byłych właścicieli niemieckich lub byłych przesiedleńców, którzy przez jakiś czas uchodzili za Polaków, a potem przyjęli obywatelstwo niemieckie, są zobowiązane zawiadomić podmiot, który reprezentuje własność na tych terenach, zobowiązując do zajęcia stanowiska, czy nie nastąpiło w międzyczasie zasiedzenie. Po trzydziestoletniej nieobecności z mocy prawa następuje zasiedzenie, a tymczasem te podmioty samorządowe i państwowe nic o tym nie wiedzą. Z tego, że będziemy znali te roszczenia, nie wynika, iż nie będą one zaspokajane przez sądy. Są brzydkie podejrzenia co do tego, że celowo zaniechano powiadamiania tych, którzy mogli się ubiegać o zmianę tytułu własności przez zasiedzenie na rzecz Skarbu Państwa czy samorządu. Chodzi o udrożnienie byłym właścicielom jako inwestorom drogi do przyjścia, w ramach zjednoczonej Europy, na ziemie polskie.


Zgłaszał Pan istotną poprawkę do ustawy o obywatelstwie polskim. Czego ta zmiana dotyczyła?


– Znowelizowana ustawa przewidywała potwierdzenie obywatelstwa polskiego przez wojewodów z pominięciem prezydenta RP. Chcieliśmy więc postawić kropkę nad „i”. Potwierdzenie obywatelstwa nie może rodzić roszczeń z tytułu majątku, który w międzyczasie został zasiedziany. 95 procent wszystkich roszczeń dotyczy terenów, gdzie tytuł własności zmienił się z mocy prawa. Nie pozwala się nam na to, by zobowiązać sądy do tego, by te podmioty wiedziały o tym, żeby mogły wystąpić do sądu o potwierdzenie ich zasiedzenia. Natomiast podejmuje się prostowanie ksiąg wieczystych, co jest pracą na lata, bo ksiąg o nieaktualnych wpisach są dziesiątki tysięcy.


Ale liczba tych roszczeń rośnie. Jak Pan myśli, dlaczego?


– I będzie rosła. I trudno się temu dziwić, bo dzieje się tak przy bardzo dwuznacznym stanowisku polskich sądów, które nie penetrują tego, czy ktoś mienie zasiedział, czy nie, opierając się na księdze wieczystej często już nieaktualnej, i na materiale, które przedłożą strony. W związku z tym jest to zła wola administracji rządowej. Może kiedyś się to zmieni. Istnieje domniemanie, że chodzi o specjalną politykę państwa, o uchylenie furtki roszczeniom.


Jak na tle tych wyroków przedstawia się sprawa umów polsko-niemieckich?


– Moja klubowa koleżanka senator Dorota Arciszewska-Mielewczyk twierdzi, że dobrze byłoby, by ta sprawa została uregulowana w traktatach międzynarodowych. Myślę, iż nie jest to konieczne, a jedynie to, o czym powiedziała kanclerz Merkel w rozmowie z prezydentem Kaczyńskim: że to jest wasz problem, a nie nasz. A my niestety nie potrafimy naszych problemów załatwiać. Jesteśmy jak żółw odwrócony na plecy wobec sprawności tych, którzy z zagranicy przechodzą na nasze ziemie.


Dziękuję za rozmowę.
drukuj