Jest szum, bo napisano nie tak jak „trzeba” o Wałęsie
Z prof. Andrzejem Nowakiem, redaktorem naczelnym dwumiesięcznika „Arcana”, promotorem pracy magisterskiej Pawła Zyzaka, rozmawia Marcin Austyn
Zna Pan doskonale zawartość książki Pawła Zyzaka „Lech Wałęsa – idea i historia. Biografia polityczna legendarnego przywódcy „Solidarności” do 1988 roku”. Spodziewał się Pan, że ta publikacja spowoduje aż tak wielkie poruszenie?
– Nie, jest ono chyba bezprecedensowe.
Szum jest spowodowany tym, że napisano nie tak jak trzeba o Lechu Wałęsie, czy może wykorzystano fakt, że Zyzak pracował w Instytucie Pamięci Narodowej?
– Nie potrafię wymierzyć proporcji pomiędzy jedną a drugą intencją. Z całą pewnością jednak nie chodzi tu o poziom merytoryczny czy o metodologię pracy, a jest to sprawa, w kwestii której wypowiadają się urzędnicy państwowi, co uważam za jeden z największych skandali w historii Polski po 1989 roku. Jest to rzecz niebywała, kiedy premier, minister edukacji, marszałkowie Sejmu wypowiadają się na temat metodologii konkretnej dyscypliny naukowej, nie powołując się przy tym na ekspertyzy wykonane na ich zamówienie. Gdyby powstała taka ekspertyza historyków zawodowych, wtedy mógłbym z nią dyskutować lub uznać jej rację. Natomiast kiedy profesor entomologii albo profesor prawa zabiera głos w sprawie metodologii prowadzenia badań historycznych, i to wyłącznie na podstawie artykułów prasowych, to już jest rzecz niemieszcząca się w żadnych standardach demokratycznego państwa prawa.
Krytycy mówią o błędach warsztatowych Zyzaka.
– Praca nie była pozbawiona pewnych usterek i o nich pisał zarówno jej recenzent pan dr hab. Zdzisław Zblewski, jak i ja jako promotor.Usterki te w zestawieniu z gigantycznym, niespotykanym wręcz nakładem pracy, także pracą interpretacyjną wykonaną przez magistranta, nie mogły w najmniejszym stopniu przeważyć oceny, która w przypadku obu recenzji była bardzo dobra. Takich prac, na tak wysokim poziomie badawczego efektu (mamy w niej ok. 1000 źródeł, w tym 54 relacji i dziesiątki dokumentów archiwalnych) się nie spotyka. Zatem kilka błędów, które w obu recenzjach zostały dostrzeżone, nie można uznać za dyskwalifikujące.
Jak Pan ocenia posłużenie się źródłami anonimowymi…?
– Jak już wspomniałem, obok kilkuset innych źródeł, głównie publikowanych, a częściowo także dokumentów archiwalnych, pan mgr Zyzak uzupełnił swoją pracę o 54 relacje świadków, którzy na różnych etapach życia zetknęli się z Lechem Wałęsą. Wśród tych relacji 13 pozostało anonimowych. Ich autorzy nie chcieli, by ich nazwiska zostały podane do wiadomości publicznej ze względu na zastraszenie, jakiemu podlegali w okresie rządów prezydenta Wałęsy, kiedy Urząd Ochrony Państwa przyjeżdżał w tamte strony i – tak to pamiętają świadkowie – miał zabierać stamtąd dokumentację dotyczącą dzieciństwa Lecha Wałęsy. Zgodnie z moją sugestią autor w tych warunkach zrobił wszystko, co można było – podał dokładnie daty i miejsce pozyskania relacji, jak i imiona tych osób.
Trzeba tu dodać, że te relacje nie są już anonimowe, choć dla mnie takimi nigdy nie były, ponieważ pan Zyzak udostępnił mi nagrania, a więc mogłem skonfrontować ich zawartość i upewnić się, że nie są to wytwory fantazji autora pracy. Jednak świadkowie, za co jestem im bardzo wdzięczny, zdecydowali się wystąpić pod własnym nazwiskiem, pokazać twarz i ujawnili się w „Gazecie Pomorskiej”, wzięli też udział w nagraniach materiałów filmowych. Wszystkie te rzeczy napisane przez pana Zyzaka zostały potwierdzone nie tylko przez osoby, z którymi rozmawiał, ale i inne, do których wówczas nie udało mu się dotrzeć. W ten sposób dokonany został pewien przełom polegający na pozyskaniu świadectw dokumentujących najmniej znany okres w życiu Lecha Wałęsy, a mianowicie jego dzieciństwa i młodości. I to, wydaje mi się, jest zasadniczym celem historyka – odkrywanie nowych źródeł, weryfikowanie ich i poddawanie ich publicznej debacie, by w ten sposób posunąć do przodu naszą wiedzę o przeszłości.Media mocno skoncentrowały się na wątku pozamałżeńskiego dziecka b. prezydenta…
– Pan Zyzak, pytając o tę sprawę i dopuszczając tu głosy świadków, stawia pytanie fundamentalne: dlaczego młody Lech Wałęsa tak nagle zdecydował się na opuszczenie swoich rodzinnych stron i ruszył do Gdańska?
To przecież jest sprawa kluczowa w biografii politycznej Lecha Wałęsy – dlaczego człowiek, który stał się przywódcą „Solidarności” i odegrał tak wielką rolę w historii Polski, znalazł się w Gdańsku? Przecież bez tego nie byłoby Lecha Wałęsy, jakiego znamy.
Jedyną hipotezą, jaką w tej chwili możemy tu postawić, jest ta, którą sformułował pan Zyzak, iż powodem wyjazdu najprawdopodobniej był swego rodzaju skandal, jaki wybuchł, kiedy zmarło 4-letnie dziecko, którego ojcostwo mieszkańcy wsi przypisywali Lechowi Wałęsie. Grób tego dziecka jest udokumentowany w książce, są tam też relacje osób, które były na tym pogrzebie i widziały reakcję Lecha Wałęsy…W mojej ocenie, bardzo ważnym elementem dochodzenia do prawdy jest ustalenie, dlaczego Wałęsa ruszył do Gdańska – albo chcemy się tego dowiedzieć, albo nie – na tym polega dylemat historyka.
Sądzi Pan, że gdyby krytycy publikacji przeczytali ją w całości, inaczej podchodziliby do sprawy?
– Każda uczciwa osoba na pewno tak. Niestety, mam wątpliwości, czy wszystkie osoby wypowiadające się w tej sprawie przeczytały książkę. Spodziewam się, że 99 proc. z nich nawet nie miało jej w ręku i niestety bardzo duża część tych osób nie podchodzi w sposób uczciwy do krytyki pracy historycznej.
Skandaliczna i kompromitująca wszelkie standardy dziennikarstwa cywilizowanego jest tu postawa Tomasza Lisa, który w „Rzeczpospolitej” wyraził opinię, iż sięgnięcie do tej książki jest absolutnie niepotrzebne, by wydać na nią wyrok potępiający. Tego rodzaju stwierdzenie jest nie do obrony.
Sławomir Cenckiewicz uznał tę pracę za ciekawą, ale zawierającą pewne błędy…
– Wymowa tej recenzji jest taka, że praca zawiera błędy, ale przeważają w niej zdecydowanie elementy pozytywne, czyli duża porcja nowej wiedzy, nowych wiadomości na temat Lecha Wałęsy, których nie można znaleźć w żadnych innych istniejących opracowaniach. Z taką opinią oczywiście się zgadzam.
Mając doświadczenie ostatnich dni, zdecydowałby się Pan jeszcze raz opublikować tę pracę?
– Nie mam wątpliwości, że tak. To jest mój elementarny obowiązek jako historyka.
