Singiel – to nie brzmi najlepiej

Z o. prof. dr. hab. Kazimierzem Lubowickim OMI, kierownikiem Katedry Teologii Małżeństwa i Rodziny Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu, rozmawia Małgorzata Jędrzejczyk

Ojcze Profesorze, ostatnio wiele mówi się o singlach. Jak Ojciec scharakteryzowałby osobę określaną tym mianem?

– Do tej pory istniały osoby bezżenne z wyboru oraz takie, które – choć tego pragnęły – nie wyszły za mąż, nie ożeniły się. Ostatnio pojawiła się jakby nowa kategoria; niektórzy decydują się na życie w pojedynkę. To ich określa się mianem singiel, singielka. W ścisłym znaczeniu są to osoby, które świadomie i dobrowolnie odrzuciły życie w małżeństwie, a wybrały styl życia bez zobowiązań, aby egoistycznie korzystać z życia i realizować karierę zawodową, myśląc jedynie o sobie. Jest to postawa w oczywisty sposób negatywna. Tymczasem dzieje się coś dziwnego. Niektóre środowiska kościelne – czasami pewnie w sposób nieprzemyślany, a niekiedy może w pogoni za źle pojętym aggiornamento – wszystkie osoby bezżenne określają mianem singli. Próbuje się wręcz gloryfikować ten stan, jakby on był czymś bardzo ważnym, wymagającym jakiejś nobilitacji społecznej. Tymczasem trzeba powiedzieć, że dobudowywanie jakiejś duchowości do bycia singlem to pomyłka. Termin „singiel” ma ściśle określone znaczenie. Jeśli mówimy o singlach, mówimy o tych osobach, które odrzucają małżeństwo, nie chcą mieć dzieci, nie chcą się wiązać… Duchowości katolickiej obcy jest taki styl życia!


Zatem można powiedzieć, że postawa singli, ich swego rodzaju filozofia życiowa, która zakłada pogardę wobec małżeństwa i życia rodzinnego, oraz takie podejście do życia, gdzie liczy się przyjemność i to, co łatwiejsze, wiąże się syndromem Piotrusia Pana, który woli pozostać wiecznym chłopcem, nie chce dorosnąć ani do roli męża, ani do ojcostwa…


– i tutaj dotykamy bardzo istotnego problemu. Pani Wanda Półtawska bardzo jasno, służąc prawdzie, mówi, że – czy to się komu podoba, czy nie – mężczyzna bardzo często okazuje się niedojrzały w relacjach płciowych. Po latach pracy w poradnictwie rodzinnym powiada, że mężczyźni świadomi swej odpowiedzialności za płodność są w mniejszości. Powszechnie zaś męskość jakby nie dostrzega ojcostwa. Akceptuje kobietę w roli lalki do zabawy lub nawet partnerki do łatwiejszego życia, ale nie rozumie jej wielkiego powołania rodzicielki. Jeśli przeanalizujemy definicję z „Humanae vitae” Papieża Pawła VI, że życie płciowe ma być prawdziwie ludzkie, czyli prawdziwie zmysłowe i prawdziwie duchowe, to o ile dla kobiety to jest jasne, bo w niej naturalnie żyją te pragnienia zmysłowe i duchowe zarazem, o tyle dla mężczyzny doznania zmysłowe niekoniecznie idą w parze z duchowymi. Kobieta, jeśli „oddaje się” „swemu mężowi,” „oddaje się” cała – z ciałem i duszą. Tymczasem mężczyzna nie zawsze. Kilka dni temu rozmawiałem z kimś, kto agresywnie reaguje na kobietę, z którą współżył i w której z tego współżycia poczęło się dziecko. On teraz jest obrażony na cały świat; zmusza ją do aborcji. Nie wiąże współżycia z odpowiedzialnością ani za kobietę, ani za poczęte dziecko. A pewnie gdy współżyli, to był dla niej taki miły i mówił tyle sympatycznych słów. Teraz jednak widać, że tamte słowa i gesty nic nie znaczyły. Jan Paweł II powiedziałby: kłamał mową swego ciała. To jest właśnie postawa singla. On nie liczy się z innymi. Nie zastanawia się nad konsekwencjami swego działania. Dla niego liczy się przyjemność i tylko przyjemność, a inni są jakby po to, by go zadowalać.

Niestety, obserwuje się, iż również jakaś grupa kobiet odchodzi od tej głębi duchowej, niejako właściwej kobiecie. Jest to przejawem błędnie rozumianego feminizmu – kobiety chcą dorównać mężczyźnie i jak oni przyjmują postawę rozdzielającą życie płciowe od małżeństwa, a płodność od macierzyństwa.


Wydaje się, że takie przykłady kobiet są bardziej rażące…


– …i bardziej dramatyczne. Kobieta została powołana do czegoś więcej. Bóg powierzył kobiecie człowieka. Powierzył jej miłość, życie (Jan Paweł II powiedziałby: „zawierzył”.) Często się mówi: jaka żona, takie małżeństwo; jaka matka, taka rodzina. Przekonany o tym Prymas Tysiąclecia troszczył się w szczególny sposób o duszpasterstwo dziewcząt i kobiet. Nie tylko studentów, ale też dziewcząt z ówczesnych szkół zawodowych i młodzieży pracującej. Dziś próbuje się ośmieszyć to szczególne powołanie kobiety. Ona jednak – czy to w małżeństwie, czy w nauczaniu, czy w polityce, czy życiu gospodarczym, czy w służbie zdrowia – poprzez swój kobiecy sposób myślenia, odczuwania i wartościowania ewangelizuje nas, mężczyzn. Zmusza, abyśmy wznosili się na wyższy poziom, byśmy myśleli w sposób bardziej ludzki, bardziej kompleksowy. Ona nas ciągle pyta, jak Chrystus św. Piotra: „Czy ty mnie miłujesz?”, „Czy miłujesz bardziej?”, „Czy ty mnie kochasz?”. Odpowiadając na te pytania, stajemy się nie tylko bardziej szlachetni, ale też bardziej konkretni. Jan Paweł II nazywa to „geniuszem kobiety”.


Czy przy takiej wymagającej kobiecie omawiany Piotruś Pan, zdeklarowany singiel, może stać się dojrzałym człowiekiem?


– Jeden z moich profesorów mawiał: nigdy nie mów „niemożliwe”. Kobieta, która ze swej natury pragnie zbudować prawdziwy, trwały związek, jeśli nie chce zniszczyć swojego życia, musi takiemu Piotrusiowi Panu stawiać wymagania. Decyzja, czy sprosta tym wymaganiom, zależy już od Piotrusia Pana. Jeśli potrafi wznieść się na jakiś wyższy poziom, jeśli potrafi zmienić swój sposób myślenia i wartościowania, to wówczas można sądzić, iż jest godnym kandydatem na męża. Jeśli zaś nie podejmie wysiłku, wówczas trzeba się z kimś takim pożegnać. Niejedna kobieta popełnia błąd. Będąc w wieku, kiedy jej koleżanki, przyjaciółki założyły rodziny, a ona nadal pozostaje sama i staje się jakby bardziej uległa – bierze ślub z Piotrusiem Panem. Wiąże się z kimś, kto nie będzie darem w jej życiu, lecz będzie jej życie systematycznie niszczył. Bardzo istotne jest więc znaleźć w sobie tyle odwagi, by Piotrusiowi Panu postawić wymagania, a nie – chcąc za wszelką cenę budować z nim związek – zniżać się do jego poziomu.


Okres narzeczeństwa weryfikuje tego typu postawy…


– Tak. Po to jest narzeczeństwo. Jeśli je przeżywamy zgodnie z moralnością katolicką, jeśli zachowujemy czystość przedmałżeńską, to jest ono czasem wzajemnego wychowywania się do miłości. Narzeczeni, darząc siebie miłością, chcą tę miłość wobec siebie wypowiadać. Jeśli nie wypowiadają jej na płaszczyźnie erotycznej, to ów Piotruś Pan jest zmuszony szukać innych wyrazów miłości. Wówczas zaczyna rozmawiać, otwierać swoje serce i świat przeżyć duchowych – zaczyna wypływać na głębię. Jest nadzieja…


Nieraz singiel, który już założył rodzinę, w rzeczywistości nadal pozostaje singlem, nie biorąc za tę rodzinę odpowiedzialności…


– Owszem. Jeśli na drodze jakiejś kobiety stanie taki singiel, a ona nie odważy się od niego wymagać i nie wprowadzi go na drogę ku nawróceniu, to chociaż zdecydują się na małżeństwo, singiel w duszy tym singlem pozostanie. Nadal będzie żył światem swoich niedojrzałych „wartości”. Jest to wówczas pewne wynaturzenie, gdyż trudno wtedy mówić o prawdziwej komunii małżeńskiej, czyli o najściślejszym – jak to można sobie wyobrazić – zjednoczeniu serca, myśli, codziennego życia i ciała. W takim związku możemy mówić o egoizmie we dwoje, który powoduje niedojrzałe relacje małżeńskie, aż po zamknięcie się na powołanie do życia dzieci. W takich niedojrzałych relacjach wynaturza się też samo życie płciowe, które zaczyna funkcjonować w tym małżeństwie jako coś oderwanego od wspólnoty ducha, od dzielenia codziennego życia, od perspektywy ojcostwa i macierzyństwa. Trudno takie małżeństwo nazwać małżeństwem. Dlatego dokument Papieskiej Rady ds. Rodziny z 13 maja 1996 roku pt. „Przygotowanie do sakramentu małżeństwa” zwraca uwagę, że okres bezpośredniego przygotowania do małżeństwa powinien być swego rodzaju wspólnie przebytą drogą, podobną do katechumenatu. Przygotowanie do małżeństwa musi się bowiem wiązać z nawróceniem – wejściem w świat wiary i świat wartości chrześcijańskich. Nawrócenie jest konieczne dla Piotrusia Pana.


Czy można jakoś zaradzić wychowywaniu takich singli?


– Łatwo można usprawiedliwić postawę singli, mówiąc, że wpływa na nich w pewien sposób kultura. Jednak to człowiek kieruje swoim życiem i ma nad nim panować. Ludzie bez zobowiązań, owszem, są przydatni dla firm, dla pracodawców. Potrzebni tym, którzy stawiają na produkcję, niedoceniając wartości humanistycznych. Dla nich będą tylko środkiem do osiągnięcia celu i niczym więcej. Problem jest w tym, że czasami na czele takiej firmy też stoi singiel czy singielka, którzy nie mają dzieci ani domu, do którego chciałoby się wracać, i dziwią się, nie rozumieją, że ktoś oczekiwałby np. znormalizowanego czasu pracy, a nie interesuje go oddanie się firmie. Jednak nie można powiedzieć, że to współczesna kultura wychowuje singli. Powiedziałbym raczej, że ktoś tylko wykorzystuje dyspozycyjność singli, a oni się na to zgadzają.


Jak w rodzinie postępować, by nie wychowywać ludzi nastawionych konsumpcyjnie do życia, którzy chcieliby z tego życia jedynie czerpać korzyści dla siebie?


– Pierwszym – bardzo zwyczajnym – sposobem na uchronienie swoich dzieci przed wyborem stylu życia singli jest stworzenie normalnej, kochającej się rodziny. Kościół zwraca uwagę, że rodzina jest podstawową formą apostolstwa. Trzeba, aby w dzisiejszych czasach ludzie mogli zobaczyć piękno życia małżeńskiego i rodzinnego. Dostrzec jego urok. Szczerze odkryć jego wartość. Tymczasem często już małe dzieci są zmuszone żyć jako takie swego rodzaju single

Rodzice bowiem pracują, a w tym czasie dziecko uczy się żyć światem wirtualnym, bez rodziców, bez miłości. Obserwuje się dzisiaj jakieś niebezpieczne odczłowieczenie, wyobcowanie z naturalnego życia. Dzieci uczą się, że wystarczy wpisać do komputera komendę i nacisnąć przycisk „enter”. Potem chcą, aby ludzie działali jak komputery, na „enter”. Natomiast w relacjach ludzkich chodzi o wiele więcej. Człowiek nie działa na zasadzie komputera. Trzeba z nim rozmawiać, cierpliwie i bez końca budować relacje. Człowiek wychowany na komputerowej „logice” łatwo się zniechęca w budowaniu relacji z drugim, a nierzadko nie umie czy po prostu nie ma ochoty jej budować. Łatwo się denerwuje, obraża, rezygnuje z prób porozumienia się. Nie jest zdolny do rozwijania głębokich więzi osobowych.


Co można doradzić osobom samotnym, które mimo że bardzo pragną małżeństwa i rodzicielstwa, nie odnalazły drugiej osoby. Jak mogą zagospodarować swoje życie?


– Myślę, że przede wszystkim powinniśmy okazywać głęboki szacunek takim ludziom, ponieważ stajemy tu wobec jakiejś wielkiej tajemnicy człowieka. Tu nie można zbytnio ingerować. Trzeba być wyjątkowo powściągliwym w zadawaniu pytań typu: „A kiedy ty wreszcie wyjdziesz za mąż?”, „Kiedy wreszcie się ożenisz?” czy „Kiedy wreszcie ułożysz sobie życie?”.

Gdy chodzi zaś o osoby samotne, to nie powinny zamykać się w sobie, zniechęcać się. Muszą ciągle mieć nadzieję wbrew nadziei, cieszyć się pięknem życia i świata, chronić swe serce przed zgorzknieniem i zazdrością. Gdy zaś na pewnym etapie życia widzimy, że pozostajemy sami, przychodzi czas, by się zapytać: „Czego Bóg ode mnie chce?”, „W jaki sposób mogę to moje życie przeżywać po chrześcijańsku?”. Chyba nie ma możliwości, by zlikwidować poczucie samotności, bólu i niezrealizowania. Przed tym chyba nie można uciekać, ale trzeba temu stawiać czoła. Taka sytuacja uczy też pewnie pokory, pozwalając odczuć namacalnie, że nie wszystko można osiągnąć wysiłkiem woli. Pokora sprawia, że ludzie dzięki niej są piękniejsi, głębsi. Powiedziałbym też, że osoby samotne muszą szanować siebie i nie wiązać się z kimś tak byle jak, na chwilę. Czasem w kobiecie budzi się tęsknota za tym, by ktoś ją przytulił, a wówczas właśnie tacy single z wyboru chcą ją wykorzystać. Dlatego nie warto wchodzić w takie układy, które tylko jeszcze bardziej poranią.


Dziękuję za rozmowę.
drukuj