Świadectwo ojca


Chodzi i nie chodzi

„Dzisiaj nauczyłam się robić fikołki na trzepaku” – napisała Julia w swoim dzienniku opisującym zdarzenia z życia nastolatki. Co jeszcze wydarzy się w lipcowy upalny dzień? Zerknijmy do brulionu zapisanego starannym dziewczęcym pismem: „Czytałam książkę, trochę sprzątałam, zajmowałam się rodzeństwem. Robiłam też album geograficzny”. Kolejne dni to zbieranie jagód, jazda na rowerze, kąpiele w przydomowym basenie. Letnia wakacyjna sielanka.

Nadchodzi jesień. W pamiętniku pojawiają się informacje o wyprawach na grzyby, pieczonych ziemniakach z ogniska, nowych lekturach i zeszytach, domowych lekcjach muzyki. Potem o pierwszym śniegu i wreszcie przygotowaniach do świąt. Opis zwykłego, normalnego życia w otoczeniu rodziny. W rytmie pór roku, świąt i codziennych zajęć.

Czy zwykłe?

Kiedy dorosła osoba rozmawia z dzieckiem, nieco zakłopotana szukaniem tematów pyta o szkołę. Bo o cóż zapytać w czasach, w których rozmawiać już niewielu potrafi? Szczególnie z dziećmi. Trzeba sięgnąć po temat pewniak, czyli zapytać o szkołę. Rozmowa z dzieckiem tu najczęściej się kończy, zanim na dobre się zacznie – wzruszeniem ramion lub prychnięciem oznaczającym dezaprobatę dla „dobra”, jakim obdarza je dorosły świat. Julia zapytana o szkołę zareagowałaby nieco inaczej. Pewnie uśmiechając się zagadkowo i z lekkim zakłopotaniem. Dorosły czytelnik jej dziennika miałby dwa powody, by zapytać o szkołę, bo – jak wspomniano – o cóż można zapytać 12-latkę. Po wtóre, w tym dzienniku nie ma na temat szkoły ani słowa, a wrzesień już dawno minął.

Julia nie chodzi. Julia nie chodzi do szkoły. Zdrowa, zdolna, uśmiechnięta i nie chodzi. Do szkoły oczywiście. Żeby chociaż nie mogła chodzić, ale chodzi. Owszem na balet, łyżwy, prywatne lekcje. Tyle że nie do szkoły.

Jak to? To tak można? Czy ona zdrowa? Po co to? W społeczeństwie chlubiącym się z omijania prawa z karminowych ust pani sprzedawczyni pada pytanie: Czy to jest zgodne z przepisami?! Lud jest oburzony. Wszyscy chodzą, a ona nie!


Nie chodzą też inni


Rodzice nie posłali Julii do szkoły. A raczej nie pozwolili, by urzędnicy decydowali o tym, jak i gdzie dziecko ma spędzać czas, gdy ukończy 6. rok życia. Takich dzieci jak Julia jest w Polsce kilkadziesiąt. Ta liczba powoli, ale systematycznie rośnie. W USA ponad 2 miliony dzieci uczy się poza systemem szkolnym. W Wielkiej Brytanii kilkadziesiąt tysięcy. Dla purystów prawnych, jak wspomniana pani sklepowa, warto nadmienić, że wszystkie te dzieci nie chodzą do szkoły legalnie. Także w Polsce Ustawa o systemie oświaty dopuszcza edukację dziecka poza szkołą. Obwarowane jest to upokarzającymi warunkami. Choćby tym, że obca osoba, jaką jest dyrektor szkoły publicznej, może zezwolić na taką formę edukacji lub nie. Rodzice występują zwykle w roli pokornych petentów uzależnionych od arbitralnej decyzji urzędnika. Trudno to określić inaczej jak współczesna forma niewolnictwa. Zdumiewające, że prawie nikt nie piętnuje przymusowej daniny składanej przez rodziców ze swoich dzieci omnipotencji państwa. Jednocześnie donośny jest, słuszny skądinąd, głos przeciwny grabieży podatkowej. Wyjaśnienie tej sprzeczności nie napawa optymizmem, ale o tym nieco dalej.


Dlaczego nie chodzi?


Najtrudniej wyjaśnić sprawę oczywistą. Odpowiedzi jest wiele, a w zasadzie może być jedna. To rodzice wiedzą najlepiej, co jest dobre dla ich dziecka. Zdecydowali, że lepiej uczyć dzieci w domu. Ta prosta i oczywista konstatacja dla tak zwanej większości jest nie do przyjęcia. Jak rozpalona ostroga działa na zady duchowych potomków jakobinów, Prusaków, trockistów i im podobnych, którzy niepodzielnie rządzą w teraźniejszej Europie. To właśnie Prusacy wprowadzili powszechny przymus szkolny, by wychować jednolitego rekruta na potrzeby armii. Przeciw naturalnej władzy rodziców powtarza się mantry o dobru dziecka (sic!), o które oczywiście najlepiej zatroszczy się urzędnik. O patologii (która powinna była zniknąć, a ma się coraz lepiej), o niechybnej pladze analfabetyzmu, o zacofaniu, które nadejdą, jeśli ludziom pozwolimy decydować o swoim życiu i własnych dzieciach. Wszystko to boleśnie przeciwne jest logice, historii, a przede wszystkim prawom naturalnym leżącym u podstaw naszej cywilizacji. Dla jasności trzeba dodać – cywilizacji łacińskiej.

Wystarczy wejść do dowolnej szkoły na dowolną przerwę, by stwierdzić, że nie jest to dobre miejsce dla mojego dziecka. Wystarczy popatrzeć na młodzież en bloc, spróbować porozmawiać na dowolny temat, by zobaczyć mizerię kilkunastu lat przymusowego „chodzenia” do szkoły. Odczuć pustkę i brak własnego pomysłu na życie, tak powszechne wśród młodych ludzi.

Wystarczy pomyśleć o tym, że wychowanie i kształtowanie dzieci to najważniejsze zadanie, do którego rodzice są powołani. W tej arcyważnej i delikatnej materii muszą oni podjąć wolną i świadomą decyzję, a nie być wyręczani państwowym ukazem o przymusie chodzenia do szkoły. Szkoły ubezwłasnowolnionej ministerialnymi rozporządzeniami i wykonującej urzędniczą, siermiężną wizję edukacji.

Wystarczy zobaczyć, jak wartościowy i bezcenny dla rodziny jest krótki czas dzieciństwa naszych dzieci. Jak wzmacniają się więzi w rodzinie, jak szybko i chętnie dzieci uczą się, jak naturalnie rozwijają swoje talenty, jak cieszą się z drobnych rzeczy. Trzeba poczuć radość jazdy na nartach w marcu, kiedy jest masa śniegu i słońce. Tydzień albo dwa wolnego zarządza tata. Nie zaś minister, wydając rozkaz o feriach w styczniu, kiedy jest odwilż, pada deszcz i cała Warszawa okupuje Zakopane.

Dla „encyklopedystów” ważne jest jednak, czy dziecko przerobi i opanuje materiał wymagany przez wiadome czynniki. Pomijając kwestię, kto dał prawo urzędnikom do stawiania wymagań naszym dzieciom, odpowiedź brzmi: tak, dziecko przerobi i opanuje. No, ale czy zda testy? Tak, zda testy. A jak nie zda tych testów? Zda, zda. Praktyka pokazuje, że dzieci edukowane domowo osiągają przeciętnie wyższe noty. Poświęcają przy tym mniej niż 30 proc. czasu „zużywanego” przez system szkolny, o kosztach nie wspominając. Nie to jednak jest najważniejsze. Zachowana zostaje naturalna u dziecka ciekawość świata i chęć uczenia się, skutecznie zabijane w koszarach szkolnych.

„Utylitaryści” za to pochylą się nad kwestią zatrudnienia, czyli zdobycia intratnej posady, co – jak wiadomo – nadaje sens istnieniu współczesnej osoby ludzkiej. Ponownie odpowiedź jest pozytywna. W USA wiele prestiżowych uniwersytetów preferuje młodzież edukowaną domowo, ze względu nie tylko na wiedzę, ale innowacyjność, aktywność i społeczne zaangażowanie. Tacy ludzie po prostu dobrze radzą sobie w życiu.

A co będzie, jeśli rodzice zadecydują, obserwując swoje pociechy, że nie będą one wchłaniać wiedzy encyklopedycznej, tylko uczyć się koncepcyjnie? Albo przez rok poznawać tylko matematykę i szachy z rosyjskich knig, a potem przez rok tylko język polski i historię sztuki. Albo że będą chodzić do zakonnika erudyty na lekcje religii i łaciny, ale nie „przerobią” informatyki. Albo że do 10. roku życia będą hasać i bawić się, a potem pomyślimy o intensywnej nauce. Nie, nie, nie! To nie mieści się w głowie. Dosyć! Kto to będzie kontrolować?!

Spokojnie, to tylko wizja przyszłości albo historie sprzed 100 lat.


Gdzie tkwi błąd?


W administracyjnym przymusie i unifikacji. Ustawowy przymus instytucjonalnej edukacji dzieci jest absurdalny, tak jak byłyby urzędowe nakazy i normy żywienia i ubierania, o które to sprawy rodzice zabiegają bez państwowych dekretów. Rodzice po prostu dbają o dzieci, a potrzeby edukacji należą do jednych z najważniejszych. To wstyd, że takie rzeczy trzeba przypominać. Różnorodność charakterów, predyspozycji i nieprzebrane bogactwo talentów wymaga, by edukację indywidualizować i dywersyfikować, aby to bogactwo zaowocowało. Takie możliwości edukacji dzieci daje wyłącznie wolna inicjatywa rodziców, stowarzyszeń, lokalnych społeczności, Kościoła. Pod warunkiem jednak zniesienia sztywnego gorsetu państwowych norm i programów. Na biegunie przeciwnym leży obecny system edukacji – administracyjne koszarowanie rówieśników, by pod przymusem wtłaczać w nich jednolitą w sposobie przekazu i zakresie wiedzę. System napędzany jest pseudopedagogicznymi metodami testów zgaduj-zgadula, krzyżówek, rebusów i maniakalnym trendem do „pomiarów wiedzy” i analiz wyników. W praktyce obowiązuje zasada: „Uczymy się dla szkoły, nie dla życia”. Dokładnie przeciwnie niż głosi klasyczna reguła: „Non scholae sed vitae discimus”. Jeśli ideą edukacji jest zunifikowany model biernego obywatela i generowanie patologii, to cel ten osiągnięto już w znacznej mierze, chociaż oficjalnie deklaruje się cele przeciwne. Obecny system edukacji to gigantyczne marnotrawstwo talentów, ducha i inicjatywy, zakodowanych w młodych sercach i umysłach. Marnotrawstwo wielkich budów socjalizmu to drobiazg przy tym, co trwoni ten system. Państwowy monopol na zarządzanie gospodarką przyniósł jej ruinę. Dlaczego w edukacji miałoby być inaczej?


Prawie bez zmian


Gdyby jutro zniesiono przymus szkolny, pozostawiając rodzicom wolną decyzję o edukacji dzieci, co by się stało? Odpowiedź brzmi: system działałby jeszcze wiele lat, prawie bez zmian. Jednym z efektów wyręczania rodziny z jej naturalnych funkcji jest obecny zanik świadomości tych funkcji, a w rezultacie osłabienie rodziny. Rodzice ustawowo „zwolnieni” z naturalnego obowiązku zapewnienia edukacji dzieciom traktują państwową dominację w tej dziedzinie jako sprawę oczywistą. Przyczyna tej „zgodności” jest prozaiczna i smutna zarazem. Tak jest po prostu wygodnie. Szkoła, pełniąca de facto funkcję przechowalni dzieci, daje rodzicom możliwość zajęcia się swoimi sprawami i zapewnia im ten nieszczęsny święty spokój. Do czasu. Efektem jest cała masa problemów z młodzieżą, modnych dziś dysfunkcji, wyzwalanie członków rodziny z wzajemnych zależności, obowiązków, więzi na rzecz „własnych ścieżek kariery”, na końcu których są gorycz i rozczarowanie. To przychodzi później, stąd nie jest brane pod uwagę. Dlatego nikt, z małymi wyjątkami, nie protestuje przeciwko przymusowemu poborowi dzieci do szkoły i pobytowi ich tam, najlepiej jak najdłużej.

„Prawie” oznacza jednak pewną zmianę. Dla tych rodziców, którzy dziś zmagają się z systemem, ucząc własne dzieci, byłoby to wyzwolenie. Takich jest garstka. Inni rodzice, którzy zmagają się ze szkołą o wpływ na edukację swoich dzieci, otrzymaliby potężne wsparcie. Dziś słyszą o siatkach godzin, podstawach programowych, wymogach ustawowych, testach kompetencyjnych, wreszcie o tym, że inni nie mają „takich problemów”. Tych rodziców jest również promil. Wreszcie milcząca większość powierzająca dzieci zgodnie z ustawą zaczęłaby powierzać dzieci zgodnie z własną, wolną decyzją. A to już jest jakościowa zmiana.

Postulat jest jasny. Należy przywrócić pełną władzę rodziców nad edukacją własnych dzieci. Znieść państwowy przymus szkolny. Skorzystamy na tym wszyscy.


Ryszard Rubinowicz
drukuj