Polityka polska w obliczu kryzysu
Tej jesieni daje się odczuć wzrastające napięcie w życiu publicznym. Odmówienie głowie państwa samolotu przed październikowym szczytem UE jest najlepszym dowodem na brutalizację polskiej polityki. Stawka jest wysoka, bo chodzi o to, kto będzie rządził w najbliższych latach. Następstwa światowego kryzysu ekonomicznego, brak sukcesów podczas rocznych rządów nowej koalicji, gwałtowny wzrost konfliktów społecznych to tylko niektóre symptomy zwiastujące, że coś się zmienia.
Za kilka miesięcy odbędą się wybory do europarlamentu. Wszystkie środowiska polityczne już czujnie zwierają szeregi. Na dobre rozpoczęła się kampania przed wyborami prezydenckimi. Choć do nich jeszcze dwa lata, to Lech Kaczyński i Donald Tusk ustawili się już w blokach startowych. Z kręgów Platformy Obywatelskiej wypływają sygnały świadczące o możliwych przyspieszonych wyborach parlamentarnych nawet już na początku przyszłego roku. Wszystko to jest ewidentną oznaką zbliżającego się przyspieszenia. Czy jesteśmy świadkami kruszenia się sielankowego obrazu życia publicznego w Polsce, tak misternie budowanego przez rządowych specjalistów od PR? Czy utrzyma się POPiS-owy model sceny politycznej i dążenie do tworzenia w naszym kraju systemu dwupartyjnego? Czy coś pęknie i nastąpią zmiany?
W stronę systemu dwupartyjnego
Przemysław Gosiewski z PiS liczy, że po następnych wyborach parlamentarnych jego ugrupowanie będzie miało samodzielnie większość w Sejmie i przejmie władzę w Polsce. „Po kompromitacji rządu Tuska i PSL – zapowiedział niedawno w wywiadzie dla jednej z gazet – jedyną partią, którą będzie zdolna przejąć rządy w Polsce, będzie PiS. Nad takim scenariuszem pracujemy i jestem pewien, że również zdaje sobie z tego sprawę kierownictwo Platformy. Dzisiaj PO walczy z PiS. Walczy nie tylko dlatego, że nas nie lubi, ale głównie dlatego, że ma świadomość, iż to PiS jest jedyną realną alternatywą dla obecnej koalicji”. Liderzy PO nie pozostają dłużni i zapowiadają, że nie tylko przyszły prezydent będzie politykiem Platformy, ale że po wyborach parlamentarnych ta partia nadal będzie rządziła.
PO próbuje doprowadzić do elpeeryzacji PiS i odbioru społecznego tej formacji jako „skrajnej”, „prawicowej”, „radykalnej”. I odnosi na tym polu sukcesy. Prawo i Sprawiedliwość od ubiegłorocznych wyborów ma mniejsze poparcie społeczne, a Platforma zwiększyła swój stan posiadania. Obecnie trudno mówić o dwóch dużych równorzędnych partiach. PO jest najsilniejszą formacją, a PiS jest teraz partią średnią. Gdyby Prawo i Sprawiedliwość utraciło poparcie elektoratu konserwatywno-narodowego, to mogłoby liczyć co najwyżej na tylu wyborców, ilu miało Porozumienie Centrum w latach 90. Dlatego liderzy tej partii kluczą i w zasadniczych sprawach stosują taktykę „jestem za, a nawet przeciw”, pozorując realizację oczekiwań elektoratu konserwatywno-narodowego. Chodzi o to, by utrzymać przy sobie wyborców i zneutralizować możliwość stworzenia realnej alternatywy. I znaczna część tych wyborców daje się nabierać na tę taktykę. Tak było z ochroną życia od poczęcia do naturalnej śmierci i pamiętnym głosowaniem nad zmianami w Konstytucji, tak teraz jest rozgrywana ratyfikacja traktatu lizbońskiego i wprowadzenie euro.
PO z PiS toczą teoretycznie wojnę. Ale mają wspólne cele i interesy. Obie formacje mające obecnie według sondaży 70-80 proc. poparcia społecznego chcą całkowicie zawłaszczyć scenę polityczną w Polsce, by na przemian rządzić krajem. Wspólnie bardzo skwapliwie i konsekwentnie zwalczają wszelką potencjalną konkurencję. Sprzyja im obecna ordynacja wyborcza, która umożliwia zakulisowym wąskim gremiom partyjnym decydowanie, kto będzie posłem czy radnym, bo to one ustalają na miesiąc przed wyborami kształt list, miejsce na liście („biorące” albo „niebiorące”) i limity wydatków dla danego kandydata. Wyborca, udając się do urny, faktycznie jedynie zatwierdza to, co ustaliły aparaty partyjne. Poza tym korupcjogenny system polityczny w Polsce daje zielone światło do upartyjniania państwa i oddawania funkcjonariuszom partyjnym całych jego segmentów w formie łupu.
Finansowanie partii z budżetu państwa spowodowało, że do korporacji politycznej są dopuszczani jedynie „swoi”. Obywatele mają ograniczoną możliwość uczestnictwa w życiu publicznym. O tym, kto będzie się mógł zajmować polityką w Polsce, decyduje arbitralnie kilku liderów partyjnych. Nie dziwi zatem, że partie będące beneficjentem tego układu są przeciwne, aby to obywatele sami mogli decydować, której partii chcą przekazać cząstkę z płaconych podatków. Blokują zmianę ustawy i wprowadzenie rozwiązania podobnego do mechanizmu odpisania 1 proc. od należnego podatku na organizację pożytku publicznego. Poza taką organizacją podatnik mógłby zadecydować, na którą partię chce przeznaczyć drugi procent. Byłby to znakomity system weryfikacji faktycznego poparcia społecznego i zmuszałby partie, by działały na rzecz swoich wyborców.
Próba stworzenia w Polsce systemu dwupartyjnego polega na spetryfikowaniu, czyli utrwaleniu POPiS-owej wizji państwa. W ten sposób życie publiczne ulega spłaszczeniu, zniekształceniu i zbanalizowaniu. Zostaje zawężone spectrum poglądów i następuje trwałe wyeliminowanie z uczestnictwa w życiu publicznym ugrupowań reprezentujących rzeczywistą gamę poglądów obecnych w społeczeństwie. Charakterystyczne, że obecnie zarówno lewica, jak i prawica zostały zmarginalizowane. Debata publiczna, zamiast koncentrować się na rzeczywistych różnicach programowych, jest ograniczona do zbiorów haseł, pseudosporów i widowiskowych konfliktów między PiS a PO oraz do prestiżowych przepychanek między Donaldem Tuskiem a Lechem Kaczyńskim. Nie jest ważne pytanie, „jak” rozwiązywać rzeczywiste problemy, ale „kto” ma je rozwiązywać, ponieważ w sprawach zasadniczych oba największe ugrupowania i tak są bardzo zbliżone.
Nowe Bretton Woods
Zastanawia pewność, z jaką politycy obu ugrupowań twierdzą, że przyszłość należy tylko do nich, i już dzielą skórę na niedźwiedziu. PiS pokazało już, co potrafi, w latach 2005-2007, PO właśnie zdaje egzamin z rządzenia. Bill Clinton, prowadząc w czasach recesji swoją pierwszą kampanię prezydencką, postawił na hasło: „It’s the economy, stupid”, co w luźnym tłumaczeniu znaczy: „Liczy się gospodarka, głupcze”. Tymczasem znakomita większość polityków polskich z obu ugrupowań zachowuje się tak, jakby była nieświadoma, co oznacza kryzys ekonomiczny i w jaki sposób wpłynie on na scenę polityczną. Kryzys może nawet całkowicie zmienić dotychczasową hierarchię i odniesienia.
Przedstawiciele władzy początkowo twierdzili, że kryzys nie dotknie Polski. Kiedy okazało się, iż jednak, niestety, doświadczymy jego skutków, są one bagatelizowane. Polskie władze nawet nie potrafiły – wykorzystując argument pomocy publicznej dla sektora bankowego – obronić polskiego przemysłu okrętowego i ponad 100 tys. miejsc pracy. Likwidacja naszych stoczni jest w interesie Niemiec, które Polskę coraz wyraźniej traktują jako swoją strefę wpływów w ramach Unii Europejskiej.
Za to uniwersalnym lekarstwem na kryzys lansowanym przez rząd Donalda Tuska jest pomysł wprowadzenia euro od 1 stycznia 2012 roku. Dyskusja na ten temat w chwili obecnej ma odwrócić uwagę od niewygodnych tematów dla rządzących. Przy czym w tej debacie pomija się kwestię podstawową, czyli kurs, po jakim złotówka będzie przeliczana na europejską walutę. A od tego w sposób fundamentalny będzie zależała sytuacja materialna polskich rodzin.
Swego czasu Alan Greenspan, emerytowany guru światowego sektora finansowego, mówił, że będąc na miejscu Polski, trzy razy by się zastanawiał, czy przejście na euro będzie korzystne dla naszego kraju. Wiedział, co mówił. Realizacja tego zamiaru oznacza bowiem – według jego krytyków – m.in. wzrost cen, obniżenie emerytur i obniżenie poziomu życia, co rzecz jasna uderzy w obywateli. Oznacza także utratę podstawowego instrumentu suwerenności, uzależnienie od scentralizowanej i zbiurokratyzowanej gospodarki europejskiej oraz wyprowadzenie z Polski rezerw Narodowego Banku Polskiego. Te rezerwy wynoszą niebagatelną kwotę kilkudziesięciu miliardów dolarów i zostałyby przejęte przez Europejski Bank Centralny, pozostający pod faktyczną kontrolą Niemiec i działający w interesie tego państwa oraz innych największych krajów UE.
Zastanawia, dlaczego rząd i PiS w obliczu zagrożeń nie potrafią wspólnie działać dla dobra Polski i obywateli. Dlaczego wysiłek elit politycznych nie jest skoncentrowany na maksymalnym wykorzystaniu środków unijnych, które obecnie jest dramatycznie niskie. W ten sposób przez tworzenie tak potrzebnej Polsce infrastruktury: dróg, szlaków kolejowych, inwestycji w ochronę środowiska, obiektów użyteczności publicznej, można by utrzymać moce produkcyjne w budownictwie, które jest kołem zamachowym każdej gospodarki. Takie działania znacząco osłabiłyby skutki kryzysu w Polsce. Tymczasem rząd Donalda Tuska ze względów politycznych skreślił z listy wiele sensownych projektów przygotowanych przez poprzedni rząd i nie daje sobie rady z nowymi. PiS obecnie powinno bić na alarm, wpłynąć na rząd i z nim współdziałać, by nasz kraj wykorzystał do maksimum środki europejskie.
Dziwi, że Lech Kaczyński i Donald Tusk nie walczą o to, by Polska była obecna na waszyngtońskiej konferencji G-20. Będzie to szczyt 19 państw świata oraz Unii Europejskiej, którego celem będzie reforma światowego systemu finansowego. W obliczu globalnego kryzysu sektora finansowego ten szczyt już został okrzyknięty „nowym Bretton Woods”. Należy przypomnieć, że w tej miejscowości w stanie New Hampshire w 1944 r. został powołany do życia pierwszy w pełni negocjowany światowy system monetarny, który stworzył podstawy relacji międzynarodowych w sferze zarządzania systemami monetarnymi. Polska była reprezentowana w 1944 r., a obecnie nie jest, za to w Waszyngtonie będą obecni przedstawiciele Czech. Tymczasem Polska spełnia kryteria merytoryczne uczestnictwa w konferencji, gdyż nasza gospodarka zajmuje 18. pozycję na świecie.
Gospodarcze skutki kryzysu
Kryzys oznacza przede wszystkim osłabienie tempa rozwoju gospodarczego i zmniejszenie konsumpcji, bowiem maleją możliwości nabywcze ludności i radykalnie zostanie utrudniony dostęp do kredytów. Analitycy i bankowcy przewidują, że to zjawisko będzie już bardzo odczuwalne przez społeczeństwo na wiosnę przyszłego roku. Poza tym zbliża się fala podwyżek mających zasadnicze znaczenie dla kosztów życia. 1 listopada nastąpiły podwyżki cen energii elektrycznej i gazu, i to przed zimą, kiedy ten wzrost będzie najbardziej odczuwalny. Zmniejszenie konsumpcji to nie tylko zmniejszenie optymizmu społecznego, ale również załamanie rynku pracy i wzrost bezrobocia.
Następuje wzrost zwolnień pracowników. Symptomy tego zjawiska pojawiły się po raz pierwszy trzy miesiące temu, gdy Główny Urząd Statystyczny opublikował dane, z których wynika, że po kilkunastu miesiącach wzrostu wynagrodzeń pracowników spadła średnia pensja. Pod koniec września GUS ujawnił, że nastąpiło trzykrotne w stosunku do ubiegłego roku zwiększenie przez zakłady pracy zapowiedzi redukcji zatrudnienia. Według Józefa Oleńskiego, prezesa GUS, wzrost gospodarczy w III kwartale jest mniejszy niż w poprzednim. Na zwiększenie bezrobocia wpływ będzie miał ponadto masowy powrót Polaków z Islandii, Irlandii i Anglii oraz innych krajów zachodniej Europy pogrążających się w recesji. Na przykład władze irlandzkie są zdecydowane nawet płacić naszym rodakom, byleby wyjechali z Zielonej Wyspy. Dublin zamierza wystąpić o wsparcie do Europejskiego Funduszu Powrotu Imigrantów. Według szacunków cytowanej przez media prof. Krystyny Iglickiej, eksperta do spraw demografii w Centrum Stosunków Międzynarodowych, utratą pracy jest zagrożonych przynajmniej 400 tys. Polaków, a rynek pracy w Polsce, w sytuacji spowolnienia gospodarczego spowodowanego kryzysem, nie będzie w stanie wchłonąć tylu „nowych” pracowników.
System bankowy w Polsce (w ponad 70 procentach kontrolowany przez kapitał obcy) został sparaliżowany. Peryferia zawsze płaciły zwiększone koszty kryzysów. I w takiej sytuacji jest dziś nasz kraj. Niektóre banki już transferują środki do swoich macierzystych central za granicą oraz pożyczają pieniądze przede wszystkim zagranicznym instytucjom finansowym, a nie podmiotom krajowym, co oznacza drenaż rynku kapitałowego w Polsce. Występują trudności w pozyskaniu przez banki kredytu na rynku międzybankowym.
Już nastąpiły znaczące utrudnienia na rynku kredytów. Klienci indywidualni spotykają się z restrykcyjnymi kryteriami uzyskiwania kredytów przede wszystkim długoterminowych hipotecznych na zakup mieszkania. Deweloperzy skarżą się, że spadła do 30 procent sprzedaż mieszkań. Poza tym banki drastycznie ograniczyły przyznawanie kredytów dla firm, co spowodowało nie tylko wstrzymanie inwestycji, ale nawet kłopoty z bieżącą płynnością wielu przedsiębiorstw. Zwiększenie skali tego zjawiska to kolejny impuls zwiększający recesję i bezrobocie.
To tylko niektóre objawy tego, co się dzieje w gospodarce. Kryzys w wymiarze politycznym i społecznym zawsze oznacza spadek popularności rządzących, a także coraz częściej i opozycji. Politycy mniej lub bardziej są obarczani przez społeczeństwo winą za skutki kryzysu. Tak się dzieje w Irlandii, we Francji, w Niemczech, na Węgrzech, w Anglii. W USA na fali niezadowolenia Barack Obama sięgnął po prezydenturę.
Polityczne i społeczne skutki kryzysu
W Polsce kryzys oznacza ograniczenie materialnych aspiracji życiowych części elektoratu Platformy Obywatelskiej, zwłaszcza tej, która była zadowolona z dotychczasowego kierunku transformacji gospodarczej w Polsce i należała do beneficjentów przemian. Dlatego Platforma i rząd Donalda Tuska zaczynają przeżywać koniec trwającego rok miesiąca miodowego.
W przededniu 90. rocznicy odzyskania niepodległości w Polsce nie ma świątecznego nastroju. Bilans rocznych rządów Platformy Obywatelskiej nie nastraja optymistycznie. Z trzech szumnie zapowiadanych reform żadna jeszcze nie została wprowadzona, ale już wzbudziły fale krytyki. Tak zwana reforma zdrowia przygotowana przez minister Ewę Kopacz, która oznacza prywatyzację systemu opieki zdrowotnej na zasadzie, że prywatyzujemy zyski z sektora publicznego, ale straty pokrywamy z kieszeni podatnika, wzbudza sprzeciw większości społeczeństwa i zapewne zostanie zawetowana przez prezydenta, a koalicji nie uda się odrzucić tego weta. Reforma edukacyjna proponowana przez minister Katarzynę Hall, polegająca na przymusowym poborze sześciolatków do szkół, została odrzucona przez rodziców i jest kontestowana przez środowiska oświatowe. Żenująco niskie wynagrodzenia nauczycieli spowodowały ogromny konflikt z tym środowiskiem. Reforma emerytalna przygotowana przez ministra Michała Boniego wyprowadziła zdeterminowanych ludzi na ulice.
5 listopada w Warszawie odbyła się burzliwa pikieta, która połączyła we wspólnym proteście trzy największe centrale związkowe – OPZZ, NSZZ „Solidarność” i FZZ. Demonstrowało kilka tysięcy osób zebranych pod kancelarią premiera przy Alejach Ujazdowskich w Warszawie. Zapowiedzieli, że jeśli rząd się nie wycofa z kontrowersyjnych rozwiązań emerytalnych i władza nadal będzie arogancka, i nie będzie prowadziła dialogu społecznego, to nastąpi eskalacja protestów.
6 listopada rozpoczęła się akcja protestacyjno-strajkowa na kilku węzłach kolejowych organizowana przez Sekcję Krajową Kolejarzy NSZZ „Solidarność” oraz Federację Związków Zawodowych Pracowników PKP. Do protestów i strajków szykują się kolejne grupy zawodowe, w tym nauczyciele, pracownicy służby zdrowia. Szczególnie zdeterminowane akcje protestacyjne zapowiadają stoczniowcy.
Kryzys zazwyczaj najbardziej boleśnie uderza w osoby gorzej sytuowane. Ta prawidłowość, niestety, dotyczy również Polski. W najbliższym czasie największymi ofiarami kryzysu i błędów w polityce gospodarczej będą emeryci, którzy przejdą na emeryturę w 2009 roku, bo ich świadczenia będą głodowe. Ci mniej zadowoleni z modelu transformacji gospodarczej Polski po 1989 roku stanowią trzon elektoratu Prawa i Sprawiedliwości. Choć liderzy tej partii liczą, że wywołane kryzysem niezadowolenie społeczne uda im się wykorzystać w rywalizacji o władzę z Platformą Obywatelską, to może się okazać, iż są to płonne nadzieje. Niewykluczone, że będzie spadało poparcie społeczne dla PO, ale niekoniecznie będzie ono wzrastało dla Prawa i Sprawiedliwości. Dostrzega się zmęczenie społeczne modelem zarządzania tą partią i „zgranie” jej przywódców.
Istotne znaczenie ma również wiarygodność. To prawda, że PiS głosi hasła solidaryzmu społecznego i ustawia Platformę Obywatelską na pozycjach liberalnych, jednakże to rząd Jarosława Kaczyńskiego po macoszemu potraktował protestujące pielęgniarki. To w rządzie PiS ministrem finansów była Zyta Gilowska, niegdyś posłanka Platformy Obywatelskiej znana ze swych liberalnych poglądów. Polityka gospodarcza PiS wcale się zasadniczo nie różniła od polityki obecnej ekipy i wpisywała się w nurt kontynuacji zapoczątkowany w 1989 roku.
Gry na kilku fortepianach
Niezadowolenie społeczne może zatem wymknąć się spod kontroli PO i PiS. Czy tak się stanie, będzie to zależało od skali skutków kryzysu. Wtedy zapewne pojawiłby się silny nurt antyestablishmentowy i nowi przywódcy. Być może przybrałby on charakter populistyczny z hasłem: „oni już byli”, choć na takie jego oblicze nie ma obecnie społecznego klimatu. Być może centrolewicowy lub solidarnościowy i socjalny, który ogniskowałby się wokół ruchu związkowego i z tego kręgu wyszliby nowi liderzy.
Być może narodzi się szerszy ruch społeczny, harmonizujący i zagospodarowujący różne środowiska polityczne pozostające obecnie poza parlamentem lub śladowo reprezentowane w parlamencie. Taki scenariusz rozwoju sytuacji jest jednak jak na razie trudno wyobrażalny, gdyż PO i PiS są mocno okopane, a uruchomienie nowej inicjatywy wiąże się z ogromnymi wydatkami, które środowiska pozbawione dostępu do finansowania z budżetu państwa wykluczają z uczestnictwa w oficjalnym życiu politycznym.
Jeżeli nawet społeczna masa krytyczna byłaby tak duża, że realne byłoby powstanie alternatywy wobec państwa POPiS, to oba te ugrupowania mają wyjście awaryjne w postaci ucieczki do przodu, czyli przedterminowych wyborów. Jeden z posłów PO ujawnił taki plan publicznie. Oba stronnictwa mają już wprawę, ponad rok temu wspólnie doprowadziły do przedterminowych wyborów i wyeliminowania „przystawek” (Samoobrony i LPR), co ułatwiło ratyfikację traktatu lizbońskiego w Sejmie. Przy takim rozwoju sytuacji scenariusze mogą być bardzo różne i wiele zależałoby od położenia każdej z tych partii. Może być na przykład tak, że będzie spadało drastycznie poparcie społeczne dla PO, ale sytuacja gospodarcza i społeczna będzie tak nieciekawa, iż PiS nie będzie się opłacało walczyć o przejęcie władzy. Może być taka sytuacja, że obu partiom będzie się kalkulowało skrócenie kadencji i przy okazji podjęcie próby wypchnięcia z parlamentu PSL i SLD. W systemie dwupartyjnym wystarczy 41 procent poparcia (przy np. 40-procentowej frekwencji) i wtedy zwycięzca bierze wszystko, czyli ma większość w Sejmie i może samodzielnie rządzić.
Na razie wybory przedterminowe są jednak mało prawdopodobne. Za to pewne są wybory do Parlamentu Europejskiego w czerwcu 2009 roku. Platforma ma w tych wyborach jasną sytuację: konsekwentnie popierała obecny model Unii Europejskiej i traktat lizboński. Elektorat prounijny będzie popierał Platformę, nawet jeśli będzie miał do niej pretensje o inne sprawy czy będzie uważał, że PO mogłaby lepiej rządzić. Problemem jest jedynie ewentualne powstanie silnej listy centrolewicowej. Ponieważ PO przejęła znaczną część dawnego elektoratu SLD, tego zorientowanego bardziej liberalnie, więc w takiej sytuacji ci wyborcy mogliby poprzeć kandydatów ze wspomnianej listy.
PiS ma większy kłopot. Jeżeli utraci elektorat konserwatywno-narodowy i powstanie jedna i w miarę silna lista eurosceptyczna, to partia Jarosława Kaczyńskiego eurowybory przegra sromotnie. Dlatego też, by zneutralizować możliwość powstania takiej listy, uprawia grę na dwie strony, w której ma bogate doświadczenie. Nie można zapominać, że przed referendum akcesyjnym w 2003 roku liderzy PiS sugerowali, że są przeciw, ale finalnie bardzo poparli wejście Polski do Unii Europejskiej na niekorzystnych warunkach wynegocjowanych przez rząd SLD. Popierając wówczas traktat akcesyjny, tym samym byli za likwidacją złotówki i przymusowym wprowadzeniem euro, czemu dziś partia Jarosława Kaczyńskiego zdaje się być – jak na razie – „tradycyjnie” przeciwna.
Na przełomie 2005 i 2006 roku liderzy PiS byli przeciwni nowej wersji eurokonstytucji, jeśli nie zostanie w niej zapisana historyczna rola chrześcijaństwa i jeżeli głos Polski będzie osłabiony w stosunku do traktatu nicejskiego. Po czym okazało się, że nie zapisano w niej odniesienia do korzeni chrześcijańskich, siła Polski uległa dwukrotnemu osłabieniu i Polska ma zostać przyłączona do nowego państwa pod nazwą Unia Europejska. Tymczasem prezydent Lech Kaczyński i Jarosław Kaczyński twierdzili, że traktat lizboński jest korzystny dla Polski. Oficjalnie PiS było przeciwne szerokiej debacie publicznej na temat eurotraktatu, było przeciwne referendum i mając możliwość zablokowania parlamentarnej ścieżki ratyfikacyjnej tego szkodliwego dokumentu, poparło go w Sejmie. Dziś prezydent Kaczyński taktycznie zwleka z podpisaniem ratyfikacji przynajmniej do czasu eurowyborów, by nie zrażać wyborców konserwatywno-narodowych, a jako zasłonę dymną proponuje referendum w sprawie euro.
Jak wspomniano, przymus wejścia do obiegu w Polsce waluty europejskiej został już przyjęty w traktacie akcesyjnym z 2003 roku. Referendum, w którym co najwyżej można zapytać Naród o datę wprowadzenia euro, ma dać alibi i propagandowo przedstawić Prawo i Sprawiedliwość jako ugrupowanie, które dba o polskie interesy. Sprzeciw wobec euro – według rzecznika prasowego PiS Adama Bielana – może przynieść tej partii nowych wyborców, którzy z różnych powodów nie chcą wspólnej waluty. W ten sposób, jak to określił inny polityk tej partii, „będziemy grać na kilku fortepianach: część z nas będzie przeciw euro z powodów socjalnych i spodziewanej drożyzny, inni – bo przyjmując wspólną walutę, oddamy część suwerenności. Przyjrzyjmy się też Słowacji, która wchodzi do eurolandu w styczniu 2009 roku. Ceny na pewno wzrosną, a Polacy o tym usłyszą” („Gazeta Wyborcza”, 3.11.2008 r.). Druga część partii będzie za szybkim wprowadzenie euro. W ten sposób i wilk będzie syty i owca cała.
W tej grze PiS może liczyć na wsparcie PO, która najprawdopodobniej zgodzi się na referendum, bo wprowadzenie euro wiąże się ze zmianami w Konstytucji, a do tego niezbędna jest współpraca PO – PiS. Według „Dziennika” (5.11.2008 r.), Prawo i Sprawiedliwość zgodzi się na zmiany w Konstytucji umożliwiające wprowadzenie euro, jeśli w wiążącym referendum Polacy poprą rząd, który chce wprowadzenia wspólnej waluty. PO proponuje, by referendum odbyło się razem z wyborami do europarlamentu 7 czerwca przyszłego roku. Politycy Platformy nie ukrywają, że przy takim scenariuszu referendalne starcie wyostrzy spór i napędzi wyborców obu wielkim partiom. Taka oferta zwiększy też frekwencję. Oznacza jednak kłopoty w koalicji rządzącej. PSL jest za szybkim wprowadzeniem euro, ale referendum nie chce. Boi się, że wybory do europarlamentu staną się plebiscytem potęg i doprowadzą do marginalizacji słabszych.
Jan Maria Jackowski
