Dzieliliśmy się ze sobą każdym kawałkiem chleba
Z Barbarą Piotrowską-Dubik, autorką książki „Kwiaty na stepie”, zesłaną wraz z rodziną do Kazachstanu w 1940 roku, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Jak wspomina Pani czas dzieciństwa przed zsyłką na Syberię?
– Pamiętam wszystko bardzo dokładnie od trzeciego roku życia. Rodzice sami się dziwili, jak ja to wszystko zapamiętałam. Urodziłam się w 1927 roku we Lwowie. Byłam szczęśliwa, że przyszłam na świat właśnie w tym mieście, choć tak krótko w nim mieszkaliśmy. Tatuś był oficerem łączności i został wkrótce przeniesiony do Krasnegostawu, tam miał wykłady i różne szkolenia. Do Lwowa przyjeżdżaliśmy już tylko od czasu do czasu, jednak pewną rekompensatą było dla nas to, że od najmłodszych lat słuchaliśmy w radiu wesołej audycji „Szczepcio i Tońcio”. Jestem szczęśliwa, że wychowałam się bez telewizji, bo to by było zabójstwo dla mnie, zresztą gdyby nawet była, prawdopodobnie w ogóle bym jej nie oglądała.
Potem urodził się mój pierwszy brat Adam i miałam już towarzysza do zabawy. Byłam szczęśliwa, że nie jestem sama. Jeździliśmy zawsze na wakacje na Podole nad Dniestr, gdzie mieszkały nasza ciocia i babcia. To były niezapomniane wakacje. Oprócz Polaków, których była większość, mieszkali na tym terenie również Ukraińcy i Żydzi. Wszyscy żyliśmy jednak w zgodzie. Nie było wytykania sobie: ty jesteś Żydówką, ty Polką. Dlatego tak trudno jest mi zrozumieć to, co stało się później, podczas II wojny światowej, z tym Wschodem. Dużo z bratem chodziliśmy po lasach, pływaliśmy w rzekach. Początek mojego dzieciństwa był więc związany z przyrodą, z jej pięknem i z radosnymi zabawami. Później tatę przenieśli do szkoły podchorążych piechoty koło Ostrowii Mazowieckiej. Nie zapomnę nigdy, że jeden z naszych pokoi był przeznaczony na różne śrubeczki i metalowe części, z których tatuś składał radia.
Kolejnym przystankiem był Poznań?
– Tak. Jesienią 1936 roku tatuś powiadomił nas, że przenoszą go do Poznania. Pojechaliśmy. Nadszedł rok 1939. Czuło się już w powietrzu, że nadciąga wojna, w kościołach modlono się „od ognia… i wojny zachowaj nas, Panie”. Cały czas jeszcze chodziliśmy do szkoły, zdałam do gimnazjum, z czego bardzo się cieszyłam. Nie dane nam jednak było zostać w Poznaniu. Zaczęła się mobilizacja. Tatuś nakazał mamie i nam jechać na Wschód, do cioci. Mówię do niego: – Tatusiu, dlaczego mamy z Poznania wyjeżdżać, jak ja zdałam do gimnazjum? Tatuś odparł: – Musicie jechać. W Uściługu wujek jest kierownikiem szkoły, więc pojedziecie.
Bardzo przeżyła Pani rozstanie z ojcem?
– Pożegnanie było bardzo smutne, tym bardziej że Jędruś (urodził się w Poznaniu w 1937 roku) – mój młodszy braciszek – w ogóle sobie nie zdawał sprawy z tego, co się dzieje, bo był malutki. Pytam się tatusia, po co nam zimowe rzeczy, jak jest lato. On jednak powiedział, że się nam przydadzą. Niestety, wszystko przepadło na dworcu w Warszawie. Po przyjeździe do Uściługa zastało nas straszne bombardowanie niemieckie. Zginęło wtedy wielu niewinnych pastuszków. Mieliśmy ze sobą krzyż kupiony w Poznaniu w 1936 roku, przebył on z nami każdą drogę, był z nami w każdej piwnicy. Przy nim też były później już, w Kazachstanie, chrzczone przez nas kazachskie i rosyjskie dzieci, o co prosili ich rodzice.
Choć już dziś nie wygląda tak jak przed kilkudziesięciu laty, nie chcę go naprawiać, żeby był taki, jakim stał się w lepiance.
Przez jakiś czas w Uściługu była cisza, później dowiedzieliśmy się, że Ukraińcy idą mordować Polaków. Wszyscy skryliśmy się w piwnicy. W tym samym czasie do Uściługa wkroczyli Sowieci. Pewien nauczyciel przyszedł po nas, mówiąc, żebyśmy wychodzili, bo jesteśmy uratowani. Spytaliśmy się, jak to możliwe. Odparł, że Sowieci powiedzieli Ukraińcom, że oni tu teraz rządzą, że jak zabiją choć jednego Polaka, to oni ich pomordują. To było dla nas wybawienie. Za chwilę jednak widzieliśmy, jak ci sami Sowieci prowadzili naszych chorążych, oficerów, którzy – jak dowiedzieliśmy się później – zginęli w Katyniu. Szybko pobiegłam podać im chleb, rzucić kwiaty pod nogi, ale Sowieci odpędzili mnie. Mój wujek został wtedy również aresztowany. Przepadł bez wieści.
W Uściługu spotkaliście się z bratem Pani mamy – Zbyszkiem, który walczył nad Bzurą?
– Tak. Walczył nad Bzurą, ale uratował się, bo świetnie pływał. Zbyszek zdecydował, że pojedziemy do moich dziadków do Barysza koło Buczacza. Gdy tam dojechaliśmy, była radość nie z tej ziemi, że wszyscy żyjemy. Babcia od razu pobiegła do kościoła podziękować Panu Bogu za nasze ocalenie. Spytałam, dlaczego tu teraz wszędzie same czerwone chorągwie, nie wiedziałam bowiem wtedy, co to znaczy. Przez blisko miesiąc chodziłam do szkoły. Pewnego dnia przyszedł do nas brat mamy, Tadzik, który był leśniczym i doskonale znał wszystkie przejścia graniczne. – Już tyle rodzin przeprowadziłem do Rumunii, miej odwagę, weź dzieci i idź też – powiedział do mamy. – Tak, ale może nikt nie miał takiego małego dziecka jak Jędruś, mogą nas zabić – odparła mama. Zostaliśmy u babci. 10 lutego 1940 roku ruszyła pierwsza wywózka na Syberię. Słyszeliśmy straszliwe krzyki i płacze. Mama cieszyła się, że nikt po nas nie przyszedł. Przyszli do nas 13 kwietnia o godz. 5.00, waląc mocno w drzwi.
Mama była bardzo odważną kobietą, więc od razu powiedziała do nich: – Po jedną kobietę z trojgiem dzieci przychodzi aż pięciu, co to takiego jest? I z karabinami? Ze strony rosyjskiej było trzech: oficer i dwóch żołnierzy z karabinami, poza tym jeden Ukrainiec i jeden Żyd, których znaliśmy. Ten ostatni oznajmił nam, że pojedziemy na wycieczkę. Enkawudzista popędzał mamę, żebyśmy się szybko pakowali, ona jednak odparła, że nie ruszy się, dopóki nie napisze listu do męża do oflagu VII A w Murnau. Dostaliśmy bowiem wiadomość, że tam jest tata. Siadła więc i pisała. Gdy skończyła, wzięła do ręki wspomniany wyżej krzyż i z nim siedliśmy na furmankę. Wiózł nas Ukrainiec. Po wojnie, gdy pojechaliśmy do Barysza z moim śp. mężem, który chciał zobaczyć te strony, spotkaliśmy tego samego Ukraińca, który nas wywoził, był pewnie zdziwiony, że żyjemy. – To ja zapraszam na herbatę do mnie – powiedział. – Nie, dziękujemy bardzo – odparłam. Ten Ukrainiec, gdy nas wywoził, zabrał nam nasze rzeczy, których później nie oddał – myślałam. A teraz zaprasza na herbatę…
Podróż na Syberię w wagonie towarowym trwała dwa tygodnie. Jak ją Pani znosiła?
– Gdy nas wywozili, pierwszy raz widziałam brak szacunku dla kobiet. Płaczące kobiety Sowieci wpychali do wagonu kolbami i bili je. Wagonów było w sumie siedemdziesiąt, bo policzyłam je z bratem Adamem. Nasz był ostatni, wyglądał strasznie. Mieliśmy jednak trochę lepiej od innych, bo w pozostałych wagonach było po pięćdziesiąt osób, a w naszym już tylko trzydzieści. Braciszek Jędruś spytał od razu po wejściu do wagonu, gdzie jest łóżeczko. – Teraz tutaj będziesz leżał, na słomie, przykryjesz się kocem i ja będę z tobą, tu przy okienku bajki ci będę opowiadać – powiedziałam. Najgorzej było, gdy już nie mieliśmy, co jeść, całe szczęście, że ciocia, która nas pakowała, była przytomna i dała nam chleb na podróż. Poprzedniego dnia upiekliśmy w naszym domu szesnaście bochenków i tym żywiliśmy cały wagon, dlatego na długo nie starczyło. W Czortkowie na peronach ludzie robili nad nami znak krzyża, płakali, zapewniali o modlitwie. Na granicy, gdy przejeżdżaliśmy Zbrucz, było już inaczej.
Co Pani czuła, gdy znalazła się w wagonie towarowego pociągu jadącego w nieznane?
– Nie znaliśmy się z nikim, przedstawiliśmy się sobie i wszyscy doszliśmy do wniosku, że zaczniemy naszą podróż od modlitwy. Mama w widocznym miejscu postawiła nasz krzyż. Odmawialiśmy „Pod Twoją obronę”, „Ojcze nasz”, później Różaniec i wszystkie modlitwy, jakie znaliśmy. Na koniec zaczęliśmy śpiewać pieśni maryjne. Na granicy poinformowano nas, że ma być wybrany przewodniczący wagonu, który będzie wychodził na stacjach po zupę i wodę dla nas. Padło na naszego Zbyszka, bo był młodym człowiekiem, a w naszym wagonie jechało wielu starców. Strasznie zawsze przeżywaliśmy zasuwanie wagonu na ciężkie sztaby. Okienka były malutkie, zakratowane, więc gdy odsuwali na chwilę zasuwę, mogliśmy nacieszyć się świeżym powietrzem. W Kijowie nas opluto, dosłownie. Przyszło masę ludzi – taki mieli nakaz – którzy traktowali nas jak bandytów. Krzyczeli, że samych bandziorów tutaj wiozą. Mama odpowiadała im na to: – Co, dzieci też są bandytami? Na Uralu pozwolono nam wyjść na dwudziestominutowy spacer. Wiedzieli bowiem, że stamtąd nie uciekniemy, bo zaczynała się już Azja. Ural był przepiękny, to była sama radość widzieć słońce; jakoś lżej się człowiekowi na sercu zrobiło. Po jakimś czasie dojechaliśmy do miejsca, gdzie rozciągały się bagna i było wiele ogromnych komarów, które wciskały się we wszystkie szpary i cały człowiek był pogryziony. Mówiliśmy, niech nas wiozą dalej, byle tylko nie było tych komarów. To była już Syberia. Zobaczyliśmy, że robiło się coraz ładniej, niebo było weselsze, tak jak u nas, i nie było już komarów. W końcu stanęliśmy w Nowosybirsku, gdzie kazano nam iść do bani. Okazało się, że to łaźnia. Oczywiście, że chcieliśmy się umyć, ale nie przypuszczaliśmy – bo u nas nie było takiego zwyczaju – że mamy kąpać się wszyscy razem: kobiety, mężczyźni i dzieci. Co prawda na koniec oddzielili mężczyzn od kobiet, ale obsługa była męska u kobiet, a żeńska u mężczyzn. To było bardzo żenujące, bo u nas przecież matki nigdy nie chodziły nago przy dzieciach, i bardzo to przeżyły. Ale z drugiej strony ta woda pod prysznicem zrobiła swoje, poczuliśmy się wreszcie świeżo, a nasze ubrania poszły do dezynfekcji. Do dziś nie lubię akwarium, bo dawali nam tam zupę, w której pływały małe rybki, jak z akwarium.
Jakie refleksje nasuwały się Pani po dojeździe do Kazachstanu?
– Gdy dojechaliśmy do stacji Niewiarowska, po jakimś czasie przyjechały po nas ciężarowe samochody. Jechaliśmy po wielkich wertepach, wkoło step i żadnych ludzi. W końcu zobaczyliśmy jakieś pobielane baraki, kierowca powiedział, że tam są świnie. Pomyślałam, że pewnie będziemy mieć lepsze budynki. Zatrzymaliśmy się w końcu przed drewnianym domem, z którego wyszedł enkawudzista. Kobiety pytały go, na jak długo zostaliśmy aresztowani, kiedy wrócimy do kraju. Odparł na to, że do Związku Sowieckiego wjeżdża się szeroko otwartą bramą, natomiast wyjeżdża tylko małą furtką i nie wiadomo, gdzie i u kogo znajduje się klucz. To już nam wszystko wyjaśniło. Z boku stali miejscowi ludzie, wielu skośnookich Kazachów i dwóch czy trzech Rosjan. Trafiliśmy do Rosjanina, który mieszkał w lepiance. Wchodziło się do niej przez przedsionek, w którym stała bardzo chuda krowa i panowały ciemności. Trudno było namacać drzwi. Właściciel w końcu nam je otworzył i naszym oczom ukazał się następujący obrazek: nieduża izba z niskim sufitem, jego żona siedząca na pryczy i kołysząca maleńkie dziecko, drugie chodziło po izbie. Widać było, że panuje tutaj wielka bieda.
Czy ten Rosjanin był negatywnie do was nastawiony?
– Nie, wręcz przeciwnie. Miał nawet polsko brzmiące nazwisko Jazowski. Na początku spytał nas zakłopotany, dlaczego mamy tak mało rzeczy ze sobą. – Tylko z jedną walizką przyjechaliście? A co w zimie zrobicie? – zapytał. Powiedział, że przez to będziemy mieć tutaj bardzo trudne życie. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że trzeba mieć tu rzeczy na wymianę za jedzenie, bez nich bowiem nic nie można było dostać. Gospodarz był stolarzem, przyniósł więc worki z wiórami i rozłożył je na podłodze do spania. Powiedział, że musimy pracować, by zarobić na jedzenie i rzeczy. Mama spytała, czy może gdzieś postawić nasz krzyż. Odparł, że tak. – Mnie wasz krzyż nie będzie przeszkadzał. Możecie też się modlić, nic nie powiem – obiecał. Od razu więc jak gdyby zadeklarował, że nie doniesie na nas. Na drugi dzień musieliśmy pójść do pracy. Zbyszek pracował na traktorze, a ja z Adasiem zostaliśmy przydzieleni do pasienia świń. Do pracy poszłam oczywiście w moim niebieskim mundurku z odznaką polskiej szkoły z gimnazjum, w berecie i pantoflach. Byłam bardzo elegancko ubrana jak na pasienie świń, ale nie miałam nic innego. Adaś był ubrany również na granatowo. Śmiano się z naszego ubioru, ale nic nie powiedziałam. Adam dostał do pasienia wielkie knury, a ja młodzież świńską. Myślałam, że dostanę ze dwie świnie, okazało się jednak, że mam opiekować się całym stadem, które liczyło 600 sztuk. Gdy zostały wypuszczone z baraku, leciały jak szalone po stepie, ledwo mogłam za nimi nadążyć. Świniarka Marusia, która mi je wydała, powiedziała, że mam być z nimi cały dzień, a potem wrócić z powrotem. – Jak choć jedna zginie, trafisz do więzienia – powiedziała.
Jakie były relacje Polaków z tamtejszą ludnością?
– Dobre. Wiedzieli, że późnym wieczorem chodziliśmy wspólnie na step, gdzie spotykaliśmy się z innymi Polakami. W naszym sowchozie było dwieście osób. Na tych spotkaniach modliliśmy się, śpiewaliśmy. Oni słyszeli to, ale nikt nie zareagował i nie wypomniał nam tego. Mówili: – Słyszeliśmy, jak śpiewacie, ale nie bójcie się, NKWD raz w tygodniu tylko tu przyjeżdża. Możecie poruszać się najdalej 15 kilometrów od domu, dalej już nie można. Warto jednak, żebyście zapuszczali się w step, bo tam są kołchozy i tam ludzie mają lepiej. Jak macie coś do zamienienia, to chętnie wam za to dadzą jedzenie – słyszeliśmy z ust miejscowej ludności. Więc już nam podpowiadali sami, jak mamy żyć. Naszego Zbyszka bardzo polubił dyrektor sowchozu, bo naprawił kilka traktorów, których oni sami nie potrafili i przeznaczyli już na złom. Zbyszek był artylerzystą w wojsku i umiał się z podobnym sprzętem doskonale obchodzić. Za swoją pracę dostał więcej chleba. Później pracowałam „na ogrodach” – przy plewieniu kartofli, arbuzów, etc. To była dużo cięższa praca niż przy świniach, ponieważ norma, którą codziennie mieliśmy wypracować, była bardzo duża, nie na nasze siły. Trzeba było się czołgać po bardzo gorącej ziemi, człowiek był cały brudny.
Wahania temperatury były zapewne spore na tym terenie?
– Bardzo duże. W czerwcu, lipcu i połowie sierpnia było do 50 st. C. Straszyli nas przed zimą, że będą te same temperatury tylko minus i jeszcze burany, straszne śnieżne zamiecie. Na razie nie myśleliśmy jeszcze o zimie, więc było niesamowicie gorąco, a wody nie za dużo. Z mydłem też był problem. Stało się w niesamowitych kolejkach i na całą rodzinę dostawało się kostkę. W sklepie, czyli ławce, chleba nie było, bo ten był przydziałowy. Polacy między sobą się tym chlebem dzielili. Ale co ciekawe i ważne, poczta funkcjonowała jak w zegarku. Nic nie ginęło, paczki dochodziły do 1941 roku, do czasu, gdy Niemcy napadły na Związek Sowiecki. Wysłano nam z Barysza, skąd nas zabierano, 50-kilogramową paczkę z żywnością i ubraniami. Pomimo iż była źle zaadresowana, nic nie zginęło i dotarła do nas po roku. To było niebywałe. Tatuś przysłał nam także dwie paczki z oflagu z Niemiec. Te rzeczy z paczek ratowały nas, ponieważ zimy w Kazachstanie były straszne. Pierwszą zimę mieszkaliśmy w baraku – kazano nam się przeprowadzić z naszej lepianki. Dosłownie zamarzało się, niczym nie można było się ogrzać, ponieważ nie było opału. Zbierało się tylko burzany i wyrabiało kiziaki – nawóz świński pomieszany ze słomą i wodą, które się potem paliło, ale to nie wystarczało.
W końcu doszły do Państwa wieści, że tworzy się armia polska…
– Tak. Gdy zaczynała się tworzyć armia Andersa, doszły do nas wieści, że Polacy będą mogli wyjeżdżać. Otwierały się łagry na dalekiej północy. Było nas jednak bardzo dużo, a wyszło z armią Andersa tylko 78 tysięcy wojska i 48 tysięcy ludności cywilnej. Gdy wyjechaliśmy z naszego sowchozu, wioząc chorego Jędrusia do Semipałatyńska, pokonywaliśmy drogę w 40-stopniowym mrozie i wiatrach. Nasz Jędruś był bardzo chory, chudy jak szkielecik. Zanim dotarliśmy na miejsce, szukaliśmy schronienia przed mrozem, ale nikt nas nie chciał przyjąć do domu. Przyszło mi na myśl, że to samo czuła Matka Boża z Józefem, gdy zamykali przed Nimi drzwi. – My jesteśmy w podobnej sytuacji, bo przed nami zatrzaskują drzwi – mówiłam do mamy. W Semipałatyńsku rozpoznano u Jędrusia ciężką gruźlicę. Stan braciszka był bardzo ciężki i po trzech dniach zmarł. Był to dla nas ogromny cios. Z trudnością udało nam się go pochować na miejscowym cmentarzu, tak silny był mróz i ziemia zamarznięta.
W Semipałatyńsku była jakaś szkoła dla polskich dzieci?
– Pozwolono nam chodzić do prowizorycznej szkoły, która mieściła się w obrzydliwym baraku, gdzie były powybijane szyby i wielki brud. Pomimo 40-stopniowego mrozu zgłosiło się 600 uczniów, nauczycieli było 15. Uczyliśmy się, ale co dziesięć, nawet co pięć minut musieliśmy wstawać i skakać, bo zamarzaliśmy. Barak był w bardzo złym stanie i groził zawaleniem. Mieliśmy w mieście tzw. szczekaczki, które nadawały wiadomości z frontu. Pewnego dnia przez megafon usłyszeliśmy, że już kończy się wojna i radosny głos Wandy Wasilewskiej, która wołała, że Armia Czerwona już wkroczyła na teren Polski, że jest w Warszawie. Wszyscy w radosnym uniesieniu wyszliśmy z baraku na ulicę. Jakie było nasze zdziwienie, gdy spostrzegliśmy, że nagle nasza szkoła zawaliła się. Wszyscy nam mówili, że Wanda Wasilewska uratowała nam życie. A to przecież nie ona, tylko Pan Bóg. Cieszyliśmy się, bo szkoła sowiecka zadecydowała, że możemy się do nich przenieść. Była ona piękna i co najważniejsze – z centralnym ogrzewaniem, było więc cieplutko. W holu nowej szkoły stało popiersie Stalina z marmuru, z rozdziawioną gębą, w szyderczym uśmiechu. Uczyliśmy się późnym popołudniem, po ciężkiej pracy, i wracaliśmy późnym wieczorem do domu.
Jak długo trwała nauka w tej szkole?
– Dla nas tylko dziesięć dni…
Dlaczego?
– Pewnego dnia nasza pani dyrektor oznajmiła nam, że już nie będziemy tutaj się uczyć. – Jak to? – pytamy, myśleliśmy przecież, że zdamy tu maturę. A ona nam odpowiada, że w tym popiersiu Stalina, w ustach, znaleziono pieroga z serem. Dyrektorka szkoły sowieckiej bardzo się zdenerwowała i powiedziała, że to straszliwa profanacja. Stwierdziła, że tego na pewno nie zrobiło żadne dziecko sowieckie, tylko polskie. Zjechało się NKWD do szkoły, zrobił się wielki wrzask. Kazali odszukać winowajcę. Nasza pani dyrektor odparła enkawudzistom, że polskie dziecko zrobić tego nie mogło, bo jest tak głodne, że nie podzieliłoby się swoim pierogiem nawet z generalissimusem Stalinem. – Gdyby tej wersji nie przyjęto, to miałam drugą. Że polskie dziecko było tak dobre, że chciało się podzielić ze Stalinem – powiedziała nam pani dyrektor. Po niedługim czasie wracaliśmy do kraju. Przyjechaliśmy w końcu do Polski, która nas przywitała nie tak jak powinna. Wiadomo, jaka ta Polska była, wszędzie czerwone flagi. Spytałam się kogoś, dlaczego nie zatrzymujemy się na granicy polskiej. – Bo tam już nie Polska – odpowiedziano. Nic nie wiedzieliśmy o podziale naszego kraju. – A Lwów – pytam? – Też nie należy do Polski. To było smutne przywitanie z naszą Ojczyzną. Ale za chwilę biły gdzieś dzwony na „Anioł Pański”, znaleźli się ludzie z jakimiś plackami, dobrymi rzeczami. Wtedy poczuliśmy dopiero, że jesteśmy w Polsce, to było takie piękne.
Po sześćdziesięciu latach zdecydowała się Pani odwiedzić miejsce swojego zesłania. Nie bała się Pani powrotu trudnych wspomnień?
– Bardzo marzyłam o tym, żeby podziękować tym ludziom, którzy narażali się dla nas, albo ich dzieciom. Przecież dzielili się z nami żywnością. Chciałam także pojechać na grób Jędrusia. W tym czasie do Kazachstanu z pielgrzymką wybierał się Ojciec Święty Jan Paweł II. – Papież uświęci tę ziemię męczenników polskich, stanie na niej, gdzie tyle polskiej krwi, i tam się będzie modlił. Czy nas ma tam zabraknąć? – myślałam. Postanowiłam więc jechać, w mojej decyzji utwierdził mnie ksiądz Tadeusz Fedorowicz, wspaniały kapłan, którego poznałam w Semipałatyńsku, gdzie wspierał duchowo naszych rodaków. Powiedział mi, że muszę tam pojechać.
Dziękuję Pani za rozmowę.
