Anatomia globalnego kryzysu
Jan Maria Jackowski
Na naszych oczach cały świat przeżywa szok. Padają potężne amerykańskie banki i instytucje finansowe mające decydujący wpływ na funkcjonowanie światowej gospodarki. Akcje na giełdach zniżkują. Inwestorzy wpadają w panikę, a rząd amerykański podejmuje bezprecedensową interwencję, pompując w system finansowy setki miliardów dolarów. Prezydent George W. Bush w dramatycznym telewizyjnym przemówieniu do narodu przyznał: „znajdujemy się w trakcie poważnego kryzysu finansowego”.
Amerykański prezydent podkreślił, że recesja oznacza „likwidację oszczędności emerytalnych, liczniejsze przejmowanie domów przez banki z powodu niespłacania długów hipotecznych, redukcje zatrudnienia i dalsze bankructwa”. Potężny kryzys na rynku kredytów hipotecznych, który jest efektem gwałtownego wzrostu cen nieruchomości, nadmiernej dźwigni finansowej i zbyt skomplikowanych do wyceny instrumentów finansowych, spowodował, że rząd amerykański wkroczył do akcji. I dlatego rozpoczął program – jak z przekąsem napisano w „The Financial Times” – „gospodarczego interwencjonizmu, bardziej typowy dla rządów socjalistycznych w chwilach utopijnego entuzjazmu”.
Wykupienie „złych” długów przez Bank Rezerw Federalnych (FED) umożliwiłoby bankom uzyskanie gotówki na dalsze pożyczki. Banki boją się dziś udzielać kredytu, który jest motorem wolnorynkowej gospodarki. Po zapowiedzi wprowadzenia programu ratunkowego sytuacja uspokoiła się na kilkadziesiąt godzin. Jednak po chwilowej euforii na światowych giełdach ponownie zagościły spadki. Najwyraźniej opracowywany przez amerykańskiego sekretarza skarbu Hanka Paulsona plan uzdrawiania rynków finansowych zainfekowanych przez ryzykowne i niemające pokrycia papiery wartościowe nie uspokoił inwestorów, którzy być może uznali, że nie uchroni on lidera globalnej gospodarki – USA, przed recesją i kryzysem. Czy reakcja rządu amerykańskiego jest oznaką zmiany dotychczasowych aksjomatów i odejścia od neoliberalizmu?
Gigantyczne kasyno
Istota tego, co się dzieje w USA, polega na tym, że na najbardziej rozwiniętych rynkach finansowych są prowadzone bardzo skomplikowane i wyrafinowane transakcje finansowe. Obecnie, gdy niespłacane są kredyty hipoteczne, rynki finansowe znajdują się pod bardzo silną presją i konieczna jest natychmiastowa akcja wykupu „toksycznych” aktywów hipotecznych o wartości setek miliardów dolarów, jak to określił szef FED Ben S. Bernanke. A mówiąc językiem bardziej zrozumiałym, chodzi o szerszy problem niż tylko kredyty hipoteczne, chodzi o ukrócenie spekulacji na rynkach finansowych, czyli tak zwanych operacji przy pomocy instrumentów pochodnych – derywat (od ang. derivatives).
Rynek finansowy to w wyniku globalizacji szereg powiązanych ze sobą podmiotów, takich jak: banki, fundusze inwestycyjne, otwarte fundusze emerytalne, instytucje pośredniczące i firmy ubezpieczeniowe. W poszukiwaniu maksymalnego zysku działają one na całym świecie i proponują niezliczoną gamę produktów finansowych. Karierę – jako źródło potencjalnie gigantycznych korzyści – zrobiły derywaty, które poprzez zjawisko dźwigni finansowej (lewarowanie) pozwalają osiągnąć duży zysk przy znacznie mniejszym zaangażowaniu środków własnych niż przy wykorzystaniu klasycznych instrumentów finansowych.
Według encyklopedycznej definicji, derywat jest to rodzaj instrumentów finansowych, których wartość jest uzależniona od wartości innych instrumentów finansowych, zwanych instrumentami bazowymi. Instrumentem bazowym mogą być akcje, obligacje, wysokość stopy procentowej, wartość indeksu giełdowego, a także tak nietypowe wskaźniki, jak: liczba dni słonecznych, wielkość opadu śniegu czy deszczu – derywaty pogodowe. Te instrumenty finansowe potwierdzają uzyskanie przez nabywcę prawa do otrzymania w przyszłości określonej wartości pieniężnej lub dokonania transakcji. Najczęściej są wykorzystywane w spekulacji oraz jako instrumenty zabezpieczające w celu minimalizacji ryzyka.
Derywaty to zatem rodzaj kontraktu-umowy zawieranego między dwoma podmiotami, którego wartość jest pochodną ceny jakichś innych dóbr, towarów czy zasobów. Istotną cechą tych instrumentów jest to, że pozwalają przy pomocy stosunkowo niewielkiej ilości własnych środków finansowych kontrolować dużą ilość kapitałów lub podporządkowanych im towarów, usług czy zasobów. Ich obrotem zajmują się duże banki lub często fundusze hedgingowe żyjące z pobierania opłaty za zarządzanie powierzonym kapitałem. Taki fundusz dokonuje kupna i krótkiej sprzedaży papierów na rynku kapitałowym w celu ograniczenia ryzyka wahań cen obejmujących swoim zasięgiem cały rynek dla maksymalizacji zysków. Jego najważniejszą cechą jest osiąganie wysokiej stopy zwrotu zarówno podczas hossy, jak i bessy na rynku. Fundusze hedgingowe charakteryzują się bardzo wysokim ryzykiem inwestycyjnym i agresywnie spekulacyjną strategią działania.
Eksperci finansowi od lat wyrażali obawy i przestrzegali przed możliwymi kłopotami sektora derywat kredytowych, który jest najszybciej rosnącą kategorią globalnego kasyna derywat i jest szacowany na kilkadziesiąt bilionów dolarów! Derywaty kredytowe to nic innego jak zakład na zaległe papiery wartościowe lub kredyty dużych banków. Mechanizm tworzenia sytuacji zawałowej był prosty. Banki na ogromną skalę udzielały kredytów hipotecznych, w związku w tym potrzebowały funduszy. W tym celu emitowały więc obligacje i ze środków otrzymanych z ich sprzedaży udzielały kolejnych kredytów. Nabywcami obligacji, zabezpieczonymi należnościami z tytułu spłat kredytów, byli najczęściej klienci instytucjonalni: fundusze inwestycyjne, fundusze powiernicze, fundusze emerytalne, firmy ubezpieczeniowe. Lecz kredyty nie były spłacane, więc wartość obligacji zaczęła spadać. „Obniżenie” wyceny z tytułu długu czy ogłoszenie niezdolności spłaty kredytu decyduje o rezultacie zakładu. W przypadku ogłoszenia braku zdolności spłaty długu może dojść do reakcji łańcuchowej niewypłacalności. I to właśnie stało się w USA, gdzie okazało się, że kredytobiorcy nie są w stanie spłacić 700 mld dolarów pobranych kredytów hipotecznych, a na tych kredytach opierała się cała nadmuchana bańka derywat kredytowych.
Zasada domina – gdzie jeden klocek popycha drugi i cała układanka się przewraca – została znakomicie oddana w kultowym w kręgach finansowych angielskim filmie „Spekulant”. Obraz jest oparty na autentycznej historii. Fabuła filmu rozrywa się w Londynie, Dżakarcie i Singapurze. Nick Leeson (Ewan McGregor) jest zwykłym maklerem najstarszego i najbardziej prestiżowego brytyjskiego banku Barings Bank. Ma wielkie ambicje i za wszelką cenę chce stać się kimś więcej. Podejmuje coraz bardziej ryzykowne operacje na rynku derywat. Początkowo odnosi sukcesy i przynosi ogromne zyski klientom banku, których pieniędzmi obraca. Po jakimś czasie jego hazardowe posunięcia generują coraz większe straty, które Nick próbuje desperacko ukrywać przed zwierzchnikami, wciąż mając nadzieję, że wkrótce się odegra i nadrobi straty. Zachowuje się zgodnie ze swoim życiowym credo: „Gra na giełdzie jest jak szaleństwo w gigantycznym kasynie”. Zła passa się jednak nie odwraca. Następuje nieuchronna klęska maklera pociągająca za sobą upadek najbardziej szacownego brytyjskiego banku, którego klientem była rodzina królewska.
Niewidzialna ręka rynku
Aby lepiej zrozumieć mechanizmy współczesnej globalnej gospodarki, trzeba na nie spojrzeć w szerszej perspektywie. Rozwój ekonomiczny Zachodu po II wojnie światowej był oparty na koncepcjach Johna Maynarda Keynesa, guru gospodarki ery „zimniej wojny”. Ten brytyjski ekonomista zaproponował, aby państwo było głównym inwestorem finansowym w ramach narodowej gospodarki i działało ponad budżetem publicznym, dokonując interwencyjnej korekty, jeżeli procesy rynkowe zmierzałyby w niekorzystnym kierunku. Rosnące inwestycje stanowiły panaceum na słabnącą koniunkturę i tworzyły dodatkowy popyt mający zapobiegać kryzysom ekonomicznym. Według Keynesa, w czasach wysokiej koniunktury należy powstały w wyniku działań państwa deficyt budżetowy wyrównać dzięki wzmożonym wpływom podatkowym. Wiele państw wspierało ponadto w sposób planowy te sektory przemysłu, gdzie można było się spodziewać szybkiego wzrostu i popytu na pracę.
„Sterowany” kapitalizm pośrednio chronił korporacje i koncerny przed sobą nawzajem. W Stanach Zjednoczonych władze federalne, stanowe i lokalne ustalały wysokość opłat, taryf i cen m.in.: w rolnictwie, transporcie drogowym i kolejowym, bankowości komercyjnej, telekomunikacji, energetyce i wodociągach, gazowniach i liniach lotniczych. Celem tych działań była ochrona konsumentów przed zbyt niskimi i zbyt wysokimi cenami oraz „zbójecką” konkurencją cenową. Linie lotnicze X mogły konkurować do woli z liniami Y na trasie Nowy Jork – Los Angeles, lecz tylko proponując lepszą obsługę czy posiłki bez możliwości obniżenia cen przelotu.
Na początku lat osiemdziesiątych głoszono dogmat uwolnienia potężnego motoru nieskrępowanego kapitalizmu, który sam się reguluje poprzez „niewidzialną rękę rynku”. Dominującą koncepcją stał się neoliberalizm reprezentowany przez Miltona Friedmana czy Friedricha Augusta von Hayeka. Kierunek ten w zakresie polityki pieniężnej jest nazywany monetaryzmem. Istota monetaryzmu polega na stymulowaniu gospodarki w zasadzie tylko przy pomocy jednego narzędzia – polityki pieniężnej, co jest związane z przeświadczeniem, że każdy problem można rozwiązać za pomocą kombinacji stopy kredytu redyskontowego i kursu walutowego. Jest to stosunkowo łatwe i wygodne dla decydentów narzędzie zarządzania, bo nie wymaga wyobraźni i zwalnia z myślenia o rzeczywistości w kategoriach kulturowych czy społecznych.
W tej koncepcji państwo natomiast przestaje być kreatorem, ma jedynie spełniać rolę gwaranta tak ustanowionych reguł gry. Monetaryzm pozbawia społeczeństwa i reprezentujące je rządy władzy regulacji pieniądza. „Bogiem” jest wolna fluktuacja kapitału ponad państwami i kontynentami, który może być zainwestowany tam, gdzie przyniesie największy zysk. W świetle doktryny neoliberalnej dogmatem jest uwolnienie prywatnych przedsiębiorstw od regulacji ze strony państwa i swoboda funkcjonowania kapitału, co ma być gwarantem oraz warunkiem sine qua non rozwoju gospodarczego i dobrobytu dla każdego.
Tym sposobem ma być promowana w sposób najlepszy efektywność, innowacyjność, bo bezlitosna konkurencja niszczy niewydajne struktury i metody gospodarowania. Poza tym neoliberalizm proponuje, by indywidualne motywacje były wzmacniane przez system ostro zróżnicowanych płac (dla wydajnych i efektywnych wyższe) i obniżki podatków od najwyższych dochodów. W ten sposób jest wyzwalany mechanizm wzrostu dobrobytu przez zachętę do brutalnej rywalizacji.
Okazało się jednak, że mimo tego, iż pierwsze trzy dekady po II wojnie światowej w krajach najbardziej rozwiniętych były – według neoliberałów – nacechowane polityką interwencjonizmu państwowego i regulacji, a więc nieefektywności całej ekonomii, to jednak wzrost gospodarczy, mierzony obojętnie jaką metodą, był większy, o czym wolą nie mówić, gdyż nie jest to „politycznie poprawne”. Poza tym w sposób niezwykle dynamiczny następuje rozwarstwienie bogactwa i nierównomierny podział korzyści. To prawda, że w Stanach Zjednoczonych liczba miliarderów zwiększyła się z 13 w 1982 do 469 w 2008 r.,
ale okazuje się, że w epoce przed „złotą regułą” deregulacji, a więc w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku, zwykłego mechanika w amerykańskich liniach lotniczych stać było na własny dom i wyższe studia dla dwojga lub trojga dzieci, co dziś jest niedostępne.
Paradoks demokratyzacji finansów
Dynamikę opartej na neoliberalizmie globalizacji napędzały zmiany w sposobie komunikowania, inwestowania i zdobywania wiedzy o świecie. Thomas L. Friedman – znany amerykański ekspert w dziedzinie stosunków międzynarodowych i zwolennik globalizacji – nazywa to w książce „Lexus i drzewo oliwne. Zrozumieć globalizację” demokratyzacją technologii, demokratyzacją informacji i demokratyzacją finansów.
Fundamentem „demokratyzacji technologii” jest rewolucja cyfrowa. Internet doprowadził do tego, że dziś już nie liczy się liczba komputerów na głowę mieszkańca, lecz pojemność infostrad i odpowiedź na pytanie, ile miliardów bajtów można przesłać na sekundę. Te zmiany doprowadziły do możliwości dokonywania praktycznie nieograniczonej liczby operacji kapitałowych. Jednym kliknięciem myszy miliony drobnych i wielkich inwestorów są w stanie przerzucać miliardy dolarów.
Nastąpiło obniżenie barier w dostępie do niemal wszystkich rodzajów biznesu, przede wszystkim dzięki radykalnemu obniżeniu kosztów wejścia na rynek. Dziś wystarczy sztywne łącze internetowe, laptop, modem, kolorowa drukarka, telefon komórkowy, bankowe konto i można otworzyć wydawnictwo, agencję public relations, hurtownię, sklep wysyłkowy, pracownię projektową, komis samochodowy, biuro turystyczne, firmę konsultingową.
„Demokratyzacja informacji” związana z rozwojem nowych technologii i internetu zwiększyła w sposób niebywały dostęp do informacji i możliwości komunikowania się. Setki milionów ludzi na świecie mają możliwość łączenia się ze sobą, wymieniania się informacjami, usługami, wiedzą, kapitałem, rozrywką, poradami, ideami.
„Demokratyzacja finansów” została zainaugurowana na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, gdy w obrocie znalazły się produkty finansowe dające wyższe oprocentowanie od bardziej bezpiecznych inwestycji i lokat. Odebrały one bankom pewien monopol na operacje kapitałowe. Zaczęło się od produktu finansowego zwanego „papiery komercyjne”, chodziło po prostu o papiery wartościowe wprowadzone bezpośrednio do publicznego obrotu przez firmy w celu pozyskania kapitału. W Stanach Zjednoczonych dokonano reformy emerytalnej polegającej na tworzeniu indywidualnych kont emerytalnych. Ludzie zaczęli szukać funduszy powierniczych i emerytalnych dających największy zysk, a więc agresywnie obracających powierzonym kapitałem.
Te tendencje zdynamizowało również odejście w 1973 r. od ustanowionego po drugiej wojnie światowej w Bretton Woods oparcia pieniądza na parytecie złota oraz systemu stałych kursów wymiany walut i ścisłej kontroli międzynarodowego przepływu kapitału. Następowała liberalizacja rynków kapitałowych w państwach rozwiniętych gospodarczo. Znakomicie ułatwiło to robienie interesów polegających na obrocie papierów wartościowych na skalę międzynarodową i pojawianie się bardziej wyrafinowanych produktów – w tym derywat. Coraz większa rzesza drobnych inwestorów w poszukiwaniu jak największego zysku przenosiła swoje pieniądze z jednego globalnego funduszu do drugiego. I coraz częściej te fundusze – chcąc przebić ofertę konkurentów i dać swoim klientom większy dochód – przenosiły powierzone im pieniądze z kraju do kraju.
W Stanach Zjednoczonych na początku lat osiemdziesiątych 75 procent prywatnych oszczędności było zgromadzonych na książeczkach oszczędnościowych lub w papierach wartościowych o stałym oprocentowaniu. W latach dziewięćdziesiątych proporcje zostały zmienione – spekulacjami giełdowymi zostało objętych trzy czwarte oszczędności społeczeństwa. Paradoksem jest, że w ten sposób miliony drobnych inwestorów-ciułaczy pragnących poprawić swój los i liczących w przyszłości na wyższe emerytury, dały bardzo dobrze opłacanym menadżerom różnych instytucji finansowych globalną władzę. Wykorzystują ją oni skrzętnie do ryzykownych operacji finansowych (które mogą skończyć się plajtą), a także do restrukturyzacji i likwidacji przedsiębiorstw, redukcji płac i zatrudnienia, i to nierzadko w firmach dających dotąd utrzymanie owym drobnym ciułaczom…
Bardzo trafnego spostrzeżenia, które niejako antycypowało dzisiejsze tendencje, dokonał Ojciec Święty Pius XI. Już w 1931 roku w encyklice „Quadragesimo Anno” pisał: „Przede wszystkim uderzającym w naszych czasach zjawiskiem jest skupianie się nie tylko samych bogactw, ale także ogromnej potęgi i despotycznej władzy gospodarczej w rękach niewielu, którzy w dodatku często nawet nie są właścicielami, lecz tylko stróżami i zarządcami kapitału, a którzy mimo to kierują nim w sposób samowolny. To ujarzmienie życia gospodarczego najgorszą przybiera postać w działalności tych ludzi, którzy jako stróże i kierownicy kapitału finansowego władają kredytem i rozdzielają go według swej woli. W ten sposób regulują oni niejako obieg krwi w organizmie gospodarczym i sam żywioł życia gospodarczego trzymają w swych rękach, że nikt nie może wbrew ich woli oddychać” (Pius XI, Quadragesimo anno, nr 105-106).
Z obawy przed krachem
Globalizacja zmienia współczesny świat. Bogatsi są coraz bogatsi, biedni – biedniejsi. Przed trzydziestu laty szefowie dziesięciu największych amerykańskich instytucji finansowych zarabiali trzydziestokrotność przeciętnego wynagrodzenia. Obecnie otrzymują średnio 275 przeciętnych wynagrodzeń, a w wyniku ich ryzykownych i nieodpowiedzialnych działań miliony ludzi traci pracę i poczucie bezpieczeństwa socjalnego. „Kontrolowany” kapitalizm funkcjonował według odmiennej formuły, był bardziej stabilny, osiągał większy wzrost gospodarczy mimo mniejszej efektywności wynikającej z regulacji, „lepiej” rozdzielał korzyści, nie niszczył więzi społecznych, awansował uboższych do klasy średniej. Powstaje fundamentalne pytanie, czy istotą ekonomii jest zysk za wszelką cenę, czy zaspokajanie potrzeb?
Entuzjaści twierdzą, że neoliberalizm oznacza korzyści dla wszystkich: dla państw, producentów, konsumentów i krajów o taniej sile roboczej, i jest przepustką w „rajską przyszłość”. I ta „wersja prawdy”, upowszechniana przez media, zdawała się dominować w szerokich kręgach opinii publicznej wielu krajów. Globalny kryzys finansowy i reakcja rządu amerykańskiego w stylu klasycznego państwowego interwencjonizmu stanowi jednak zaprzeczenie koncepcji neoliberalnych. Coraz częściej pojawia się opinia, że niedobrze, gdy całokształt procesów gospodarczych ma być oparty na „niewidzialnej ręce rynku”, tak samo jak niekorzystne jest, gdy państwo jest jedynym stymulatorem gospodarki. Potrzebny jest zdrowy balans. W ten sposób epoka, która rozpoczęła się na początku lat 80. – a była możliwa dzięki filozofii umożliwiającej niekontrolowane zadłużenie aktywów – dobiega końca.
I obecnie Amerykanie dokonują przewartościowania oraz doniosłej korekty. W wyniku kryzysu globalnych finansów, który jest przyrównywany do wielkiego kryzysu przełomu lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku, system finansowy USA jest w pewien sposób nacjonalizowany. Przed kongresmanami wystąpił najbogatszy człowiek świata – sam Warren Buffett – i stwierdził, że jeśli nie podejmą planu ratunkowego, to możliwy jest „największy finansowy krach w amerykańskiej historii”. Napięcie związane z planem Paulsona było ogromne, bo wydanie 700 miliardów dolarów z kieszeni amerykańskiego podatnika wzburzyło opinię publiczną i stało się głównym elementem toczącej się w USA kampanii prezydenckiej. Ostatecznie liderzy Kongresu doszli do porozumienia i uzgodniono, że rekiny z Wall Street zostaną dofinansowane, ale astronomiczna kwota 700 miliardów dolarów będzie podzielona na transze. Zostaną nałożone bezprecedensowe ograniczenia w zarobkach menadżerów instytucji finansowych objętych planem ratowania. W zamian za pomoc rząd Stanów Zjednoczonych wejdzie w posiadanie sporej części świadectw udziałowych amerykańskiego systemu finansowego, a za pięć lat sektor finansowy ma spłacić pozostałe koszty programu poprzez podatki. W pierwszym głosowaniu w Izbie Reprezentantów plan ratunkowy upadł pod hasłem chronienia pieniędzy podatników, ale jego odrzucenie oznacza ogromne straty dla milionów drobnych ciułaczy.
Amerykanie mogą sobie pozwolić na próby ratowania sektora finansów pomocą publiczną. Mają największą gospodarkę świata i są suwerenni w swoich decyzjach gospodarczych. Mają Bank Rezerw Federalnych, który jest kołem ratunkowym Stanów Zjednoczonych. W obliczu kryzysu potrafią odejść od dogmatyzmu wolnego rynku i wracają do fazy kapitalizmu „sterowanego”. Chronią swoje interesy i bezpieczeństwo obywateli. Chińczycy, którzy dysponują największymi na świecie rezerwami dewizowymi, a te środki były źródłem kapitału dla amerykańskiej gospodarki, postanowili asekuracyjnie ograniczyć transakcje z instytucjami finansowymi USA i Europy Zachodniej. Gorzej sytuacja wygląda w Europie, gdzie kilka dużych instytucji finansowych jest już zagrożonych upadkiem. Państwa strefy euro nie mają własnych narodowych banków centralnych i są uzależnione od Europejskiego Banku Centralnego, który reprezentuje interesy najsilniejszych.
Według stałych komentatorów „The Financial Times”, Daniela Grosa i Stefano Micossi, w świetle globalnego kryzysu dni obecnego systemu finansowego w Europie są policzone. „Kluczowym problemem – napisali na łamach „The Financial Times” 24 września – po tej stronie Atlantyku jest to, że największe banki europejskie stały się nie tylko za duże, by upaść, ale również za duże, by można je było uratować. Na przykład całkowite zobowiązania Deutsche Bank (współczynnik kredytowy – czyli stosunek udzielonych kredytów do środków własnych – ponad 50!) wynoszą około 2 biliony euro, więcej niż 80 procent dochodu narodowego brutto w Niemczech. Jest to po prostu, za dużo dla Bundesbank czy nawet dla całego niemieckiego państwa wobec faktu, iż niemiecki budżet musi stosować się do przepisów paktu stabilizacyjnego Unii Europejskiej i rząd niemiecki nie może nakazać swojemu bankowi centralnemu (inaczej niż to jest w przypadku Skarbu Stanów Zjednoczonych) wypuszczenia większej ilości waluty. Podobnie całkowite zobowiązania brytyjskiego banku Barclays, wynoszące około 1 bln 300 mld funtów (współczynnik kredytowy 60!), odpowiadają z grubsza wysokości dochodu narodowego brutto Wielkiej Brytanii. Bank Fortis ma współczynnik kredytowy w wysokości 'jedynie’ 30, jednak jego zobowiązania są trzykrotnie większe niż wysokość dochodu narodowego brutto w jego macierzystym kraju – Belgii”.
Globalny kryzys finansowy zmusi Unię Europejską do korekty polityki gospodarczej. O konieczności zwiększenia interwencjonizmu państwa mówił już prezydent Francji Nicolas Sarkozy, znany wcześniej z retoryki neoliberalnej, i kanclerz Niemiec Angela Merkel. Rząd belgijski, holenderski i luksemburski zdecydowały się na udzielenie pomocy publicznej w wysokości 11,2 mld euro, by ratować Bank Fortis przed upadkiem. Rząd niemiecki został gwarantem wartej 35 mld euro akcji ratunkowej dla banku hipotecznego Hypo Real Estate. Okazuje się, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Bruksela dogmatycznie zaleca kurację neoliberalną nowym członkom Unii, a do starych stosuje inne kryteria. Polska jest zmuszana do zwrócenia udzielonej stoczniom pomocy publicznej, a Niemcy, Francja czy Belgia mogą ratować ważne dla nich sektory gospodarcze.
Sytuacja jest groźna dla polskiej gospodarki. Okazuje się, jak miałki był – upowszechniany jako fundament transformacji gospodarczej w Polsce – dogmat o „niewidzialnej ręce rynku”. Co prawda, w Polsce nie stosowano na dużą skalę ryzykownych i skomplikowanych produktów finansowych, ale jesteśmy ściśle powiązani z gospodarką europejską. Już zaczyna brakować środków kredytowych w obrocie międzybankowym. Banki boją się sobie nawzajem pożyczać mimo korzystnego oprocentowania takich pożyczek. Stopień zadłużenia społeczeństwa i nieściągalności części udzielonych kredytów nie jest mały. Już wzrosło oprocentowanie kredytów. Oszczędzający w II i III filarze emerytalnym stracili od kilku do kilkunastu procent wartości gromadzonych na swoich kontach środków.
Obecny światowy kryzys przemawia na rzecz konieczności utrzymania pewnej suwerenności polskiej gospodarski. Własny bank centralny i złotówka są najistotniejszymi elementami tej suwerenności.
