Dla mnie zawsze najpiękniejszy jest kontakt z człowiekiem
Z o. Stanisławem Golcem CSsR, znanym dolnośląskim redemptorystą, kustoszem sanktuarium Golgoty Wschodu, obchodzącym właśnie 50. rocznicę przyjęcia święceń kapłańskich, rozmawia Marek Zygmunt
Słyszałem, że zaraz po ukończeniu szkoły średniej miał Ojciec rozpocząć pracę w zakładach azotowych koło Tarnowa. Jak to się więc stało, że znalazł się Ojciec w murach Seminarium Duchownego Ojców Redemptorystów w Tuchowie?
– Rodzice bardzo chcieli, abym pracował w zakładach azotowych znajdujących się koło Tarnowa. Ale wśród tarnowskiej młodzieży zaistniała wtedy taka – nazwałbym to – wspaniała atmosfera wyjazdu na misje. Wtedy nie było, tak jak dzisiaj, referentów do spraw powołań czy też osób duchownych zajmujących się kontaktami z młodzieżą pod tym kątem. Miałem tylko taką świadomość, że tam, w Tuchowie, jest klasztor, seminarium i są misjonarze. Dlatego też wracając kiedyś pociągiem z obozu harcerskiego, wysiadłem właśnie w Tuchowie i postanowiłem odwiedzić tamtejszy redemptorystowski „Dom Ziarna”. Przyjął mnie wtedy bardzo sympatycznie o. Stefan Ryznar. Nie miałem przy sobie żadnego podania, żadnych dokumentów, ale ta rozmowa jeszcze bardziej utwierdziła mnie w przekonaniu, że to jest właśnie moja przyszłość, moje powołanie. Trudno mi jakoś szczególnie wyróżnić któregokolwiek z moich późniejszych seminaryjnych wychowawców, bo każdy z nich pięknie zapisał się w jakimś sensie na całe moje życie. Po przyjęciu święceń kapłańskich uczęszczałem jeszcze na tzw. tercjanum, w ramach którego przygotowywano młodych misjonarzy do pracy misyjnej. To było takie roczne, mówiąc językiem potocznym, szkolenie w przygotowywaniu homilii, w zatwierdzaniu kazań rekolekcyjnych, misyjnych. Po jego ukończeniu można było jakoś śmielej wyruszać na dzieło misyjne. Była to wtedy praca niełatwa, odpowiedzialna, nastawiona przede wszystkim na nieustanne przebywanie wśród ludzi. Ale jeśli się miało ten zapał, chęć i świadomość, że przez to dzieło głoszenia Ewangelii można komuś dużo pomóc w obudzeniu czy też we właściwym ugruntowaniu wiary, to ta posługa sprawiała, że czułem się szczęśliwy.
Czy pamięta Ojciec swoją pierwszą parafię?
– My nie wspominamy pierwszej parafii, tylko mówimy o placówce. Dla mnie był nią nomen omen… Toruń! Któż wtedy przypuszczał, że po latach powstaną w tym mieście tak piękne i niezwykle potrzebne dzieła, jakimi są niewątpliwie Radio Maryja i Telewizja Trwam, Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej. Ale o tym pewnie jeszcze dzisiaj porozmawiamy… Na misje jechało wtedy zawsze po dwóch misjonarzy. Ja byłem tym drugim, jeszcze ciągle obserwującym, ale już głoszącym misyjne nauki.
W Toruniu spotkałem się z – jeśli tak to można określić – przygodą mojego życia: I Peregrynacją Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, która miała miejsce w diecezji pelplińskiej. Ta peregrynacja nie była wtedy jeszcze tak rozbudowana, jak to się odbywa dzisiaj. Organizowano jedynie trzydniowe rekolekcje przed przybyciem Obrazu oraz już w trakcie jego peregrynacji, 24-godzinne czuwania. Władza komunistyczna nie dawała zezwoleń na jakiekolwiek przywitania Obrazu, wszystko odbywało się w obrębie murów kościelnych albo ogrodzenia. Procesja wokół świątyni była dosyć uciążliwa, ponieważ wierni już wtedy brali w niej liczny udział.
Później pielgrzymowałem wraz z Obrazem przez diecezję zielonogórsko-gorzowską i archidiecezję wrocławską. I tutaj już ta peregrynacja, choć nadal walczyliśmy z władzami komunistycznymi, przerodziła się w przygotowawcze misje tygodniowe. Kiedy po jej zakończeniu w archidiecezji wrocławskiej ks. infułat Wacław Szetelnicki prosił w specjalnej ankiecie kapłanów o ocenę jej przebiegu w danej wspólnocie parafialnej, okazało się, że ja jako młody misjonarz przeprowadziłem najwięcej misji. We Wrocławiu zresztą w tym charakterze przepracowałem 15 lat. Stąd przeniesiono mnie na trzy lata do Szczecinka, a później do Barda Śląskiego. Otrzymałem zresztą osobisty list od ówczesnego metropolity wrocławskiego ks. abp. Bolesława Kominka, który bardzo chciał, żebym podjął posługę misyjną nie tylko w Bardzie Śląskim, ale zaproponował mi również funkcję archidiecezjalnego referenta ds. sanktuariów maryjnych. Z bardeckiego sanktuarium Matki Bożej Strażniczki Wiary trafiłem ponownie do Wrocławia, gdzie także przez 15 lat byłem proboszczem parafii pw. Matki Bożej Pocieszenia. To była pierwsza i – jak się później okazało – ostatnia wspólnota parafialna.
Większość mojego życia kapłańskiego wypełniała do tego czasu praca misyjna. Msze św., homilie, dyżury w konfesjonale, to jest niesamowity urok. Tego misjonarze po prostu na co dzień nie doświadczają. Od połowy maja br. jestem już emerytem, ale cieszę się bardzo z faktu, że moi zakonni przełożeni pozwolili mi tutaj zostać w roli rezydenta. To jest dla mnie ciągle jakaś łaska Boża: spotykanie się z ludźmi poprzez konfesjonał, Eucharystię, wspólną modlitwę, różne grupy parafialne.
Wiem, że przez wiele lat był Ojciec również aktywnym członkiem Komisji Episkopatu Polski ds. Trzeźwości.
– Tak, byłem nim przez pięć pięcioletnich kadencji, czyli 25 lat. Poznałem w tym czasie bardzo wielu ludzi, którzy w tym trudnym komunistycznym okresie naszych dziejów robili wszystko, co tylko było możliwe, aby zachować trzeźwość w Narodzie. Prymas Tysiąclecia ks. kard. Stefan Wyszyński wielką troską otaczał właśnie ludzi dotkniętych problemem alkoholizmu. W diecezji łomżyńskiej i sandomierskiej prowadziłem misje potraktowane jako część orędzia Matki Bożej Fatimskiej, nawołujące do pokuty, do przemiany życia. Była w nich także podejmowana właśnie tematyka trzeźwościowa, której celem było uświadomienie wiernym, na czym polega problem alkoholizmu.
Członkiem tej komisji był także ks. prałat Zdzisław Peszkowski.
– Wielkiego Polaka ks. prałata Zdzisława Peszkowskiego poznałem rzeczywiście przy okazji prac tej komisji. Od razu zauważyłem, że jako harcerz z krwi i kości miał on w sobie niejako zakodowane właśnie to szczególne piękno trzeźwości. Potem dowiedziałem się, iż jest on człowiekiem szczęśliwie uratowanym od śmierci w Katyniu. Dużo rozczytywałem się już wtedy o Katyniu, o Sybirze i to wszystko stało się jakoś treścią mojego życia. Kontakty te ożywiły się w 1994 r., kiedy zostałem proboszczem we wrocławskiej parafii pw. Matki Bożej Pocieszenia. Z jego inspiracji, przy jego wydatnej pomocy i stałej trosce utworzyłem w pobliżu naszego kościoła sanktuarium Golgoty Wschodu. Każdy pobyt w tym sanktuarium ks. prałat Peszkowski bardzo głęboko przeżywał. Utkwiła mi szczególnie w pamięci Msza św. koncelebrowana m.in. przez niego w naszym sanktuarium 1 października 2005 r. pod przewodnictwem ordynariusza świdnickiego ks. bp. Ignacego Deca. W czasie tej Eucharystii wrocławscy archeolodzy i przedstawiciele Zakładu Medycyny Sądowej przekazali nam kilka czaszek osób zamordowanych w Katyniu. Tego po prostu nie da się opisać, opowiedzieć, jak bardzo ks. Peszkowski przeżywał ten pogrzeb. Prawie się położył, obejmując trumnę z czaszkami. Dotykał ją różańcem poświęconym przez Jana Pawła II, bo jak mi później powiedział, przypominało mu to doły katyńskie.
Raduję się z faktu, że ks. prałat Zdzisław Peszkowski jest honorowym obywatelem Wrocławia, był też kandydatem do Nagrody Nobla. Cieszył się z każdego odznaczenia, wyróżnienia, ale zawsze dedykował je przede wszystkim osobom pomordowanym w Katyniu. Kiedyś powiedział do mnie: „Wiesz, bracie, ja je przyjmuję dla nich. Jeśli mi w ogóle na tym zależy, to tylko dlatego, aby przez każdą nagrodę zobaczyć Katyń”. Po prostu w jego osobie miał być widziany Katyń. Wśród wielu przekazanych przez siebie do wrocławskiej Golgoty Wschodu zdjęć, pamiątek najbardziej cenił sobie poświęcony przez Jana Pawła II tzw. Tryptyk Golgoty Wschodu składający się z drzwi, ziemi katyńskiej oraz wizerunku Matki Bożej Kozielskiej. Przekazując nam ten dar, powiedział, że będzie to największy dar dla tej izby pamięci o Katyniu, dodając: „No wiesz, bracie Stanisławie, nie widzę lepszego miejsca, żeby to pokazać”.
Ksiądz prałat Peszkowski nie tylko osobiście nawiedzał nasze sanktuarium, ale i sam, zarówno w kraju, jak i szeroko poza jego granicami, promował wrocławską Golgotę Wschodu. Z jego rekomendacji cały czas przyjeżdżają do nas pielgrzymki z różnych zakątków Polski i wielu innych krajów. Ostatni raz zatelefonował do mnie już ze szpitala na trzy tygodnie przed swoim odejściem do Domu Pana. Dziękował za zaproszenie na wrześniowe uroczystości katyńskie. Duchowo i modlitewnie był na nich obecny…
Zabierając głos na tejże uroczystości, powiedział Ojciec m.in.: „Jestem szczęśliwy, tak bardzo pragnąłem Polski wolnej i demokratycznej. Dzisiaj ona jest”. Ale czy rzeczywiście jest wolna?
– Ma pan całkowitą rację, stawiając w tej kwestii znak zapytania, bo nasza Ojczyzna będzie rzeczywiście wolna wtedy, kiedy każdy, nie tylko zresztą Polak, będzie się opowiadał za prawdą, za miłością. Tak jak nas nauczył Sługa Boży Jan Paweł II. Powinniśmy czynić wszystko, co tylko jest możliwe, aby nasze życie było tak po ludzku dobre, szczęśliwe i uczciwe.
Tymczasem kiedy kapłani, a szczególnie Ojciec Dyrektor Tadeusz Rydzyk i jego współpracownicy z Radia Maryja, zabierają głos w tych sprawach, to często spotykają się z zarzutami zajmowania się polityką!
– Uważam, że każdy kapłan katolicki w Polsce będzie dobrym księdzem tylko wtedy, kiedy będzie kochał Boga, kochał swój Naród, swoją Ojczyznę. Współbraciom posługującym w Radiu Maryja, Telewizji Trwam, Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej, a szczególnie mojemu serdecznemu przyjacielowi Ojcu Dyrektorowi Tadeuszowi życzę, aby zawsze szli właśnie w tym kierunku, żebyśmy nie zapomnieli wypowiadanych często przez niego słów „Alleluja i do przodu”. Nie wolno bowiem w tej kwestii ustępować nawet za grosz!
Czy lubi Ojciec słuchać zespołu… Golec uOrkiestra?
– Rodzinnie nie jestem z nimi związany, ale już samo nazwisko tak jakoś przyjaźnie nastawia do tego zespołu. Podoba mi się u nich, że w swoim repertuarze kultywują góralskie, rodzinne zwyczaje, sięgając w nich do pięknej polskiej tradycji, w której pełnią prawdy jest Bóg, Matka Boża. Oni po prostu odwołują się do tego wszystkiego, co powinno być w naszym kraju zawsze drogie.
Mimo emerytury ma Ojciec nadal napięty grafik. Czy ma Ojciec czas na aktywny wypoczynek, osobiste przyjaźnie, prywatne pasje?
– Myślałem już, że mnie to pytanie ominie. Mam dużo takich moich osobistych zamiłowań, które mimo wszystko staram się realizować. Lubię np. dużo czytać, zwłaszcza literaturę nawiązującą do pięknych polskich tradycji, do bohaterstwa. Wiele razy przeczytałem np. dzieła Sienkiewicza. Jestem wręcz zafascynowany jego klarownym, pięknym językiem, którym posługuje się w swoich utworach. Mam też duży sentyment do przyrody. Na wszystkich placówkach, w których posługiwałem, sadziłem zawsze drzewa, krzewy ozdobne. Cieszyłem się, że one sprowadzały ptactwo, że znowu teren ten stawał się rozśpiewany. To dla mnie też była i jest taka „mała piękna Polska”. Dla mnie zawsze najpiękniejszy jest kontakt z człowiekiem, zachwyt nad każdą osobą i bogactwo, które od innych ludzi cały czas otrzymywałem i nadal otrzymuję.
W sobotę, 13 września br., o godz. 11.00 odbędą się we wrocławskim sanktuarium Golgoty Wschodu kolejne rocznicowe uroczystości katyńskie, połączone także z pięknym jubileuszem 50-lecia przyjęcia przez Ojca święceń kapłańskich.
– Z wielkim wzruszeniem i zarazem zaszczytem będę przewodniczył tej Eucharystii, w czasie której homilię wygłosi nasz – nie waham się użyć tego określenia – wielki biskup patriota, ordynariusz świdnicki ks. bp Ignacy Dec. Ksiądz biskup dokona także aktu poświęcenia specjalnej tablicy pamiątkowej ku czci ks. prałata Zdzisława Peszkowskiego, ufundowanej przez kombatantów oraz Wydział Programów Katolickich i Patriotycznych PSE „Polest” we Wrocławiu. Na tę podniosłą uroczystość zapraszam serdecznie nie tylko członków Rodziny Katyńskiej, sybiraków, kombatantów, młodzież, harcerzy, ale i po prostu wszystkich, którym drogie jest słowo „patriotyzm”.
Ojcze Stanisławie, wyrażając wdzięczność za rozmowę, pragniemy także podziękować Ojcu serdecznie za tę wielką życzliwość, jaką od samego początku istnienia naszego pisma otacza Ojciec na co dzień „Nasz Dziennik”. Życzymy wielu łask Bożych w dalszej jakże pięknej posłudze kapłańskiej.
