Na wodzie pisane
Ścieżka obok drogi
Stanisław Michalkiewicz
Prom z Vancouveru do Victorii, stolicy Kolumbii Brytyjskiej w Kanadzie, płynie półtorej godziny, przekraczając w tym czasie cieśninę, a następnie klucząc pośród malowniczych skalistych wysepek porośniętych iglastymi lasami. Pogoda dopisuje, więc pasażerowie wygrzewają się w słońcu na górnym pokładzie pod potężnym kominem, z którego dobiega basowy pomruk dieslowskich silników. W tej atmosferze trudno myśleć o czymś nieprzyjemnym, ot, choćby o kolejnej rocznicy, jaka przypada 17 września, kiedy to Armia Czerwona, wykonując postanowienia umowy z ówczesnym strategicznym partnerem Związku Sowieckiego, czyli wybitnym przywódcą socjalistycznym Adolfem Hitlerem, przekroczyła wschodnią granicę Polski. Ta inwazja, której następstwem były deportacje ludności polskiej z Kresów Wschodnich w głąb Rosji i na Syberię, położyła kres marzeniom o kontynuowaniu polityki jagiellońskiej. W okresie międzywojennym przybrała ona postać tak zwanej koncepcji federacyjnej, to znaczy – oddzielenia Polski od Rosji kordonem niepodległych, chociaż zaprzyjaźnionych z Polską państw utworzonych przez narody zamieszkujące przed rozbiorami Wielkie Księstwo Litewskie. Nic z tego nie wyszło z co najmniej dwóch powodów: po pierwsze – Polska była zbyt słaba, by stwarzać tego rodzaju fakty dokonane, a po drugie – powstałe w międzyczasie tamtejsze nacjonalizmy z różnych przyczyn przybrały antypolski charakter. Drugą podobną koncepcją był prometeizm, czyli ekscytowanie tendencji niepodległościowych wśród narodów kaukaskich, który również nie wyszedł poza sferę projektów. Po drugiej wojnie światowej Związek Sowiecki ustanowił granicę swoich wpływów w środku Niemiec, więc ze zrozumiałych względów o jakiejkolwiek polityce jagiellońskiej nie można było nawet marzyć, wobec czego nie tylko partia, ale nawet tak zwani pozytywiści praktykowali politykę „piastowską”.
Po rozwiązaniu Związku Sowieckiego i rozpadzie światowego systemu komunistycznego Polska, podobnie jak inne państwa Europy Środkowej, przystąpiła do NATO, a nawet do tzw. Unii Europejskiej, która – chociaż formalnie jeszcze nie istnieje, to istnieje de facto, a jej politycznym kierownikiem są Niemcy. W rezultacie polityka „piastowska”, czyli obrona polskiego stanu posiadania na Ziemiach Zachodnich i Północnych, napotyka trudności w postaci utrzymującej się po stronie niemieckiej presji na zadośćuczynienie roszczeniom majątkowym tak zwanych wypędzonych. Nie jest wykluczone, że Niemcy, jako państwo poważne, osiągną w końcu swój cel w postaci doprowadzenia do zgodności między stanem prawnym, jaki rysuje się na gruncie konstytucji Republiki Federalnej Niemiec, a stanem faktycznym, co oznaczałoby kolejny rozbiór Polski.
Tymczasem Stany Zjednoczone, przynajmniej na tym etapie, sprawiają wrażenie, jakby zamierzały prowadzić aktywną politykę na wschodzie Europy, polegającą na spychaniu rosyjskiej strefy wpływów coraz bardziej na północny wschód. Nietrudno zauważyć, że jest to tendencja zbieżna w rezultatach z dawnymi koncepcjami federacyjnymi, a nawet – prometejskimi, więc nic dziwnego, że budzi w Polsce wielkie emocje i nadzieje, zwłaszcza w niektórych środowiskach. Nie jest, niestety, wiadome, jak długo ta tendencja w polityce amerykańskiej się utrzyma, a ponadto – czy jest autentyczna, czy tylko stanowi swego rodzaju dywersję wobec Rosji, żeby skłonić ją do ustępstw w zupełnie innych sprawach. Niezależnie jednak od tego, fakty dokonane, jeśli tylko udałoby się je stworzyć, byłyby przecież dokonane. Stąd też i emocje, i nadzieje są całkowicie zrozumiałe. Dlatego też część opinii publicznej w Polsce przyjęła umowę ze Stanami Zjednoczonymi w sprawie tarczy antyrakietowej ze zrozumieniem i nadzieją.
Ale kiedy tylko to porozumienie zostało zawarte, również i Unia Europejska, czyli Niemcy, przedtem bardzo sceptycznie nastawione wobec tak zwanego Partnerstwa Wschodniego, czyli prób skaptowania przez Polskę i inne państwa leżące na wschodnich krańcach Unii Europejskiej, Białorusi i Ukrainy, nagle pozwoliły Polsce na rozwijanie tej inicjatywy, czyli na nawiązanie do polityki jagiellońskiej, oczywiście dostosowanej do istniejących obecnie realiów. Czy jest to próba licytowania się ze Stanami Zjednoczonymi, które na politykę jagiellońską nie tylko nam pozwalają, ale nawet nas do niej zachęcają, czy też – w obliczu sytuacji, jaką stworzyła niedawna wojna na Kaukazie, również i Niemcy, mimo strategicznego partnerstwa, na wszelki wypadek chciałyby mieć „swoich” dywersantów? Co tu dużo mówić; jest o czym myśleć z okazji rocznicy 17 września, chociaż basowy pomruk silników promu płynącego z Vancouveru do Victorii i jesienne słońce skłaniałyby do zupełnie innych refleksji.
