„Humanae vitae”… na upadek i na powstanie wielu

Ogłoszeniu encykliki „Humanae vitae” towarzyszył znamienny sprzeciw różnorodnych środowisk, wśród których niestety znalazła się grupa duchownych amerykańskich, a wśród nich kard. Lawrence J. Shehan – w czasie Soboru Watykańskiego II członek specjalnej Komisji Papieskiej powołanej do zbadania naukowych przesłanek problemów demograficznych i regulacji poczęć. Na tle tych wydarzeń jakże opatrznościowa wydaje się rola ówczesnego ks. kard. K. Wojtyły, który dzięki głębokiemu rozumieniu filozofii osoby genialnie naprowadzał dyskusję nad encykliką na właściwe tory i pokazywał rozwiązania, które początkowo wydawały się nieosiągalne.

Dramatyczne wydarzenia dla Kościoła, jakie rozgrywały się wokół encykliki „Humanae vitae” w niektórych środowiskach duchownych amerykańskich, wspomina na łamach „L’Osservatore Romano” (co było streszczane i relacjonowane przez EWTN i CNA) kard. James F. Stafford, wówczas kapłan diecezji Baltimore, której pasterzem był kard. Lawrence J. Shehan. Jego relacja zawiera cenne refleksje dotyczące życia duchowego Kościoła. Uważa on, że tego, co się działo (i co się dzieje) w Kościele w związku z głoszoną przezeń nauką o powołaniu małżeńskim, nie można zamykać w płaszczyźnie czysto ziemskiej. Jest to ta sama walka, o której mówi Ewangelia i w której przewodzi nam Chrystus. Jest to walka duchowa, która toczy się „nie przeciw ciału i krwi, lecz przeciw duchowym mocom ciemności”; walka, w której nieodzowna jest czujność, aby nie ulec pokusie.

Anatomia sprzeciwu

Kardynał Shehan powołany do wspomnianej Komisji Papieskiej brał udział w jej obradach, nie mając wyrobionego definitywnie poglądu na sprawy dotyczące etyki odpowiedzialnego rodzicielstwa. Z faktów później ujawnionych wynikało, że panował tam spory zamęt, więc nic dziwnego, że kard. Shehan „posłał poufne listy do szeregu osobistości Kościoła w Baltimore, oczekując jakiejś porady”. Ksiądz Stafford również otrzymał taki list. Starał się odpowiedzieć uczciwie na postawione w nim pytania, opierając się na swoim doświadczeniu życiowym i pastoralnym. „Rodzina i wychowanie dało mi chrześcijańskie rozumienie ludzkiej płciowości”. Dodatkowym motywem nakazującym trwać w tradycyjnej nauce katolickiej była obserwacja tragicznych skutków, jakie pojawiły się w pewnych rodzinach, w których mężczyzna lub kobieta (zwłaszcza jednak mężczyzna) nie brali na serio etycznych wymagań wynikających z istoty więzi małżeńskiej. Ksiądz Stafford odpisał kardynałowi, odwołując się właśnie do takich pastoralnych obserwacji. Wspomina tragiczne przeżycie, kiedy był świadkiem konania w więzieniu 16-letniego chłopca, ofiary narkotyków, do czego przyczyniło się odejście z rodziny jego ojca. Podkreślił znaczenie rozpadu więzi małżeńskiej, spowodowane brakiem odpowiedzialności mężczyzny, ulegającego pokusie łatwizny i hedonizmu. Ma ona miejsce również wtedy, gdy wyrazi się zgodę na antykoncepcję. Ksiądz Stafford argumentował, że grozi to katastrofą dla miłości małżeńskiej i dla więzi rodzinnej: „Dar miłości małżeńskiej powinien być otwarty na płodność. Te dwa momenty są związane i stałe. Ta prosta idea oświeciła mnie jak błyskawica. Napisałem Kardynałowi bardziej formalnie: że znaczenie jednoczące i prokreatywne małżeństwa nie może być rozdzielone. Zatem świadome pozbawienie aktu małżeńskiego jego wymiaru płodności jest czymś wewnętrznie złym. Zachęta lub aprobata dla takiego nadużycia doprowadzi do upadku ojcostwa i do poniżenia kobiety”.

W tym samym kierunku rozwijał swoją refleksję ks. kard. Karol Wojtyła, redagując pismo do Pawła VI jeszcze przed ukazaniem się encykliki. Ten sam kierunek myślenia przyjął właśnie sam Paweł VI, ponieważ w encyklice chodziło o prawdę powołania mężczyzny i kobiety, a nie tylko o „zakaz antykoncepcji”, jak to niektórzy fałszywie komentowali.

Dla jakichś nieznanych powodów kardynał nie przyswoił sobie tej idei, choć ks. Stafford był na jak najlepszym tropie i niestety przystał do tzw. większości w Komisji, która opowiedziała się za zmianą nauczania Kościoła w kwestii planowania rodziny.

Wtedy rozpoczął się dramat. Kardynał Stafford ukazuje „anatomię sprzeciwu”, jakiego był świadkiem. Oto „wielebny Charles E. Curran, wykładowca teologii moralnej na Katolickim Uniwersytecie Ameryki (…) oraz dziewięciu innych profesorów teologii na tymże uniwersytecie, umówili się na spotkanie w Caldwell Hall, aby w zmowie z 'Washington Post’ zająć stanowisko wobec encykliki, która częściami ukazywała się w prasie. Później się okazało, że o godz. 9 wieczorem otrzymali pełny tekst encykliki, przeczytali tekst, analizowali, krytykowali i ułożyli składające się z sześciuset słów 'stanowisko sprzeciwu’ (Statement of Dissent). Wtedy zaczęli dzwonić do wielu teologów, aby uzyskać poparcie dla teksu 'sprzeciwu’ w formie podpisu pod tekstem, chociaż ci, do których zwracali się telefonicznie, nie mieli nawet sposobności ani zobaczyć encykliki, ani tekstu oświadczenia profesorów. Równocześnie załatwili sobie w lokalnej telewizji program na ten temat jeszcze tej samej nocy”. Nasuwa się refleksja: ten pośpiech, ta noc, to napięcie natchnione lękiem przed prawdą, przypomina zupełnie nastrój, w jakim sanhedryn przygotował pojmanie i przeprowadził sąd nad Chrystusem. Czy to czegoś nie mówi?

Po ogłoszeniu tego „Oświadczenia sprzeciwu” zaczęły się działania lokalne. Kardynał Stafford opisuje, co się działo w samej diecezji Baltimore. Tu również telefonicznie zwołano księży do parafii ST. William of York pod pretekstem dyskusji nad encykliką: „Było to w niedzielę wieczorem, 4 sierpnia. Zgodziłem się przyjść. Już spora grupa kapłanów zgromadziła się w suterenach rektoratu. Chociaż oczekiwaliśmy, że będzie to sposobność, aby przeczytać papieski dokument i podjąć dyskusję, nic z tego nie nastąpiło. Zamiast tego, jeden przywódca, w asyście kilku kapłanów z seminarium, przeczytał głośno tekst waszyngtońskiego oświadczenia. Potem poprosił każdego z nas, abyśmy złożyli pod tym oświadczeniem podpis. Nie było czasu na dyskusję, refleksję, modlitwę. Każdy kapłan został wezwany, by powiedzieć swoje 'tak’ lub 'nie'”. Kardynał Stafford dalej relacjonuje: „Ja nie mogłem podpisać. Przypomniałem sobie list do kard. Shehana. Byłem nadal przekonany o prawdziwości mojego widzenia sprawy i wniosków. (…) Każdy zgodził się podpisać (…) Pozostałem osamotniony. Atmosfera w suterenie stała się duszna”.

Kardynał Stafford zwraca uwagę na fakt, że to opowiedzenie się za protestem waszyngtońskiej grupy wywarło niesłychanie ujemny wpływ na kapłańską wspólnotę w diecezji. Wszyscy głowili się, jak sobie poradzić z tym faktem psychicznego i intelektualnego przymusu. Dialogi były pełne grubiaństwa i złośliwości. Powstało coś w rodzaju „braterskiej przemocy”. Atakowano ks. Stafforda jako tego, który się „wyłamał”, i drwiono z niego, ostrzegając, że łamie sobie karierę… Kardynał pisze: „Spadło na nas coś nowego i nieoczekiwanego w Kościele. Rektor i niektórzy profesorowie seminarium używali chwytów retorycznych, aby poniżyć prawdę we wspólnocie. Wobec oponentów przyjmowali rolę przyjaciół Hioba. Ta pogarda stawała się koszmarem”.


Pokusa zastąpienia etyki farmakologią


Metoda, przy pomocy której zorganizowano opozycję przeciw encyklice „Humanae vitae”, bardzo przypomina te formy mobilizacji „mas społecznych”, jakie pamiętamy z dziejów niesławnej PRL. W taki sam sposób organizowano wiece ludowe, na których „uchwalano” zbiorową kolektywizację wsi, lub zwoływano spęd „intelektualistów”, aby przekazać światu głośny protest przeciw „amerykańskiemu imperializmowi” lub przeciw mieszaniu się Kościoła do polityki. Nigdy nie było rzeczowej dyskusji, zawsze decyzja przychodziła „z góry”, z tajemniczych instancji, których nikt nie legitymował. Jest to istotna cecha systemów totalitarnych, gdzie prawda się nie liczy, chyba że jest to prawda, którą trzeba zwalczyć i zniszczyć przy pomocy kłamstwa i przemocy. Trudno tu nie zauważyć tej samej logiki, którą odwieczny przeciwnik stosuje w walce przeciw człowiekowi. Od dwóch tysięcy lat dobrze wiemy, że ta walka koncentruje się ściśle na posunięciach czy uderzeniach skierowanych przeciw Kościołowi. Stąd widać, jak aktualne są wezwania skierowane przez Chrystusa do Jego uczniów i jak nie wolno lekceważyć tych sytuacji, które Ewangelia określa słowem „próba” (peirasmos). Taką próbą była pokusa zastąpienia etyki farmakologią lub technologią kontroli płodności. W tej próbie wielu załamało się, ponieważ zabrakło im prawdziwie ewangelicznej postawy pokory i posłuszeństwa wobec Ducha Świętego, który przemawia ustami Piotra. Kardynał Stafford właśnie na to kładzie nacisk. Kościół musi naśladować Chrystusa, który „nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał” (Hbr 5, 8). Wiara jest formą posłuszeństwa Słowu Bożemu, także kiedy nauka wiary obejmuje zasady moralne. Moralność wynika z samej istoty wiary, jest bowiem powierzeniem siebie Bogu objawiającemu się w ramach spotkania, które ma charakter zbawczy. Moralność nie może nigdy być sprowadzona do spekulacji czysto racjonalnej, tym bardziej nie może kłaniać się autorytetom „naukowym”, czyli takim autorytetom, które nie wiedzą, kim jest człowiek. Kościół wyrasta z Wieczernika i z Tajemnicy Paschalnej, dlatego żyje autentycznym życiem, gdy wciela w swoje relacje treść ducha ewangelicznego, który jest tym samym duchem, jaki ożywiał Serce Niepokalanej Dziewicy. Dlatego kard. Stafford formułuje wniosek pedagogiczny skierowany do Kościoła (głównie do kapłanów): „Lekcja, którą trzeba sobie przyswoić, jest ta: obecnie posłuszeństwo (Chrystusowych) uczniów wobec Następcy Piotra nie może istnieć w oderwaniu od ubóstwa w duchu i od czystości serca, kształtowanego Słowem, które przychodzi z Krzyża”.


Fałszywa opozycja: miłość kontra płodność


Towarzysząc duchem kard. Staffordowi w jego wspomnieniach na temat reakcji amerykańskiej na ukazanie się encykliki „Humanae vitae”, warto porównać jego doświadczenia z naszymi doświadczeniami w Polsce w tym właśnie okresie. Miałem to szczęście być w bliskim kontakcie ze środowiskiem krakowskim, któremu – jak wiadomo – przewodził duchowo i intelektualnie ks. kard. K. Wojtyła. W środowisku tym bardzo żywo zainteresowano się tematyką spodziewanej encykliki. Po nieoficjalnym ujawnieniu tzw. raportu Komisji Papieskiej, w którym sugerowano Papieżowi zmianę doktryny Kościoła na temat regulacji poczęć, ks. kard. K. Wojtyła zainaugurował serię posiedzeń, na których należało merytorycznie przemyśleć i przedyskutować opinie członków Komisji, zarówno te, które broniły tradycyjnej doktryny Kościoła, jak i te, które proponowały pójście w kierunku nowych hipotez, legalizujących antykoncepcję. W miarę posuwania się prac w zespole pogłębiała się świadomość, że tematyka nowej encykliki nie jest obojętna zarówno dla samoświadomości Kościoła, jak i dla całej antropologii. Wyszliśmy stanowczo poza horyzont ograniczony do kategorii „zakazu” względnie „pozwolenia”, tym bardziej „metody”, widząc coraz wyraźniej związek powołania małżeńskiego z przedwiecznym planem Boga, który wymagał od człowieka takiego rodzaju odpowiedzi i takiego poziomu miłości, aby w samej treści miłości małżeńskiej, czyli w sercu Przymierza, dostrzec bogactwo obdarowania Stwórcy, ustanawiającego w człowieku godność rodzicielską przez uczestnictwo w Przedwiecznym Ojcostwie Boga (Ef 3, 15). Dyskusja nad „celami małżeństwa” przeniosła się z płaszczyzny ontologii i prawa na płaszczyznę symbolu osoby, którą Bóg od początku wezwał do takiej miłości, która byłaby Jego obrazem, przez żywe uczestnictwo w Jego darze. Wszystko, co było w tradycyjnej koncepcji celów słuszne i potwierdzone przez tradycję całego Kościoła, znalazło się w nowej postaci wewnątrz tajemnicy miłości oblubieńczej, która skupia w sobie całe posłannictwo wyrastające z sakramentu. Wiedzieliśmy już, że nie można spierać się alternatywnie: „miłość czy płodność”, bo płodność, jako powołanie dwojga osób będących małżeństwem, znajduje się w samej istocie miłości małżeńskiej i że w swojej głęboko ludzkiej prawdzie nie może się realizować poza miłością. Równocześnie stało się jasne, że miłość nie może stać w opozycji do płodności, skoro płodność określa jej istotę, jako że ojcostwo mężczyzny i macierzyństwo kobiety aktualizuje się wyłącznie przez całkowity i bezinteresowny, wzajemny dar oblubieńczy obojga małżonków. Odrzucenie płodności byłoby odrzuceniem samej istoty daru osobowego, który zawiera zgodę na współdziałanie z Bogiem w tym dziele, które Stwórca powierza małżonkom. W tych refleksjach były niezmiernie pomocne naświetlenia biblijne, ale przede wszystkim głębokie rozumienie filozofii osoby (filozofii personalistycznej) u ks. kard. Karola Wojtyły, który genialnie naprowadzał dyskusję na właściwe tory i pokazywał rozwiązania, które początkowo wydawały się nieosiągalne.

Paweł VI otrzymał opracowanie od ks. kard. K. Wojtyły i istnieje uzasadnione przypuszczenie, że w jakimś stopniu inspirował się nim. Wszyscy uczestnicy tych spotkań wiedzieli, że rozstrzygają się wielkie sprawy Boże, choć nie obejdzie się bez cierpień. Bardzo nas martwiło, że na świecie odzywały się głosy krytyki lub niedojrzałe postulaty uwarunkowane powierzchownym sposobem myślenia. To, że w Krakowie był ks. kard. K. Wojtyła, a nie np. kard. Shehan, to był wielki dar Boży dla Polski, a potem – jak się okazało – także dla Kościoła i świata.


Ks. Jerzy Bajda
drukuj