Rozporządzenia zamiast reform

Obecny rząd nie może się pochwalić zbyt wieloma dokonaniami. Zapowiadane reformy finansów publicznych, ochrony zdrowia, administracji pozostały albo w fazie projektów, albo ich założenia są powszechnie krytykowane. Już wkrótce minie rok od ostatnich wyborów i sformowania rządu przez premiera Donalda Tuska, a „drugiej Irlandii” nie widać. Dlatego eksperci PO od propagandy próbują szukać wytłumaczenia dla braku tych reform, kreując na głównego „hamulcowego” prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

To prezydent ma przeszkadzać rządowi w dziele naprawy i reformy państwa – takie jest przesłanie rządzącej koalicji. Tym z jednej strony ma się tłumaczyć brak wielu potrzebnych ustaw w Sejmie, nad którymi rzekomo pracują ministrowie i posłowie koalicji. Ale ponieważ nie wystarczy tylko narzekanie, trzeba pokazać również determinację premiera i jego rządu w dziele reformowania kraju, stąd też wziął się pomysł, aby rządzić nie przy pomocy ustaw, ale rozporządzeń, aby sprawy kraju pchnąć do przodu, mimo niechęci prezydenta do rządu i gróźb wetowania ustaw uchwalanych przez większość koalicyjną w Sejmie i Senacie. Ale te zapowiedzi to też tylko propaganda i kolejna próba ukrycia bezradności rządu i braku koncepcji rządzenia krajem.

Co ciekawe, PO wyszła z propozycjami rządzenia za pomocą rozporządzeń po tym, jak Sejm przyjął weto prezydenta do ustawy medialnej i po tym, jak Lech Kaczyński zawetował ustawę znoszącą ograniczenia w wynagradzaniu szefów spółek z udziałem Skarbu Państwa (tzw. ustawa kominowa). Z punktu widzenia państwa były to mało znaczące ustawy, bo przecież ani przejęcie przez PO i PSL kontroli nad mediami publicznymi, ani zwiększenie płac prezesów firm państwowych nie będą miały wpływu na rozwój gospodarczy i społeczny kraju. Nie było więc żadnego powodu, aby rozdzierać szaty, że prezydent blokuje dzieło naprawy państwa, że przeszkadza rządowi w reformowaniu gospodarki, ograniczeniu biurokracji czy też hamuje reformy w ochronie zdrowia. „Straszenie” więc stosowaniem na szeroką skalę rozporządzeń ma tylko znaczenie propagandowe, bo w rzeczywistości takiej potrzeby nie ma. Co więcej, jest mało realne i PO doskonale o tym wie, że tak rządzić się nie da.


Piszemy rozporządzenia


– Jeżeli prezydent będzie wetował każdą naszą ustawę, to rozporządzenia mogą być jedyną możliwością – stwierdził poseł Zbigniew Chlebowski, przewodniczący klubu parlamentarnego PO. – Nie możemy sobie pozwolić na paraliż rządzenia, chcemy doprowadzić do reformy administracyjnej, zdrowotnej, a przy wetach prezydenta trzeba znaleźć jakieś rozwiązanie – podkreślił. Tę tezę powtarzał potem wiele razy we wszystkich wywiadach prasowych, radiowych i telewizyjnych. To samo zresztą robili jego partyjni koledzy i posłowie, narzekając, jaki to zły jest dla rządu prezydent.

To dlatego zamiast ustaw rząd miałby wydawać rozporządzenia w zakresie nawet tak ważnych spraw, jak reforma ochrony zdrowia. I tak minister finansów miałby w drodze rozporządzenia zwolnić szpitale przekształcone w spółki prawa handlowego z płacenia 22 proc. podatku VAT. W ten sposób nie trzeba by nawet uchwalać ustawy o przymusowych przekształceniach szpitali w spółki, aby osiągnąć ten sam cel.

Zresztą w podobny sposób miałyby zostać wprowadzane inne niezbędne reformy, w tym finansów publicznych. Szczegółów takich rozwiązań rząd jeszcze nie przedstawił, ale chce najwyraźniej pokazać swoją determinację.

Politycy koalicji, zwłaszcza PO, niewiele robią sobie z tego, że rządzenie przy pomocy rozporządzeń jest niemożliwe. Zdaniem konstytucjonalistów, byłoby to nawet w pewnych okolicznościach złamaniem ustawy zasadniczej. – Za pomocą rozporządzeń nie da się przeprowadzić reform – uważa dr Ryszard Piotrowski z Uniwersytetu Warszawskiego. Tłumaczy on, że Konstytucja stanowi, iż źródłem prawa są ustawy i tego nie da się „przeskoczyć”.

Z kolei jeden z bardziej znanych konstytucjonalistów – prof. Piotr Winczorek, którego trudno podejrzewać o brak sympatii dla rządu, przekonuje, że „rozporządzenie jest aktem mało elastycznym”, bo zakres jego stosowania określa właśnie ustawa, a tych koalicja ma nie uchwalać w obawie przed wetem. Wynika to po prostu z faktu, że rozporządzenia są aktem wykonawczym do ustawy. Jeśli bowiem ustawa daje obywatelowi np. prawo do zasiłku, to w rozporządzeniu można określić wzór wniosku, jaki składa się w ośrodku pomocy społecznej. Ale nie można już ograniczyć lub rozszerzyć prawa do ubiegania się o taki zasiłek.

Profesor Winczorek podkreślił, że przy pomocy rozporządzeń nie można regulować choćby tak fundamentalnych spraw jak zniesienie lub nałożenie podatków. A przecież zmiany w fiskalizmie to jedna z głównych obietnic rządu. Jego zdaniem, stosowanie rozporządzeń przez rząd będzie więc ograniczone. Dlaczego? Bo nie będzie można przy jego pomocy obchodzić ustaw, co zdają się między wierszami sugerować politycy koalicji. Gdyby ktoś wpadł na taki pomysł, to rozporządzenie zostanie zaskarżone do Trybunału Konstytucyjnego, który z pewnością takie przepisy uchyli. Gdyby zaś ministrowie i premier częściej sięgali po taką broń i przegrywali przed TK, groziłoby im nawet postawienie przed Trybunałem Stanu. A na to Donald Tusk się nie zdecyduje. Dlatego zapowiedź omijania weta przy pomocy rozporządzeń trzeba włożyć między bajki. O co więc chodzi tak naprawdę rządowi?


Prezydent w narożniku


Pomysły Platformy to kolejna odsłona sporu kompetencyjnego rządu z prezydentem i ataku medialnego na Lecha Kaczyńskiego. PO zależy na uczynieniu z prezydenta głównego „hamulcowego” reform. To zapowiedzi wetowania ustaw przez głowę państwa mają przeszkadzać rządowi w dobrej i skutecznej pracy dla dobra kraju. – Gdyby nie ten zły prezydent, to szybko uchwalilibyśmy potrzebne ustawy, zreformowalibyśmy gospodarkę, ochronę zdrowia i wszystkie inne dziedziny. Prezydent jest rzecznikiem opozycji i celowo rzuca nam kłody pod nogi – takie jest przesłanie PO od wielu miesięcy. I trzeba przyznać, że w znacznym stopniu ta taktyka jest skuteczna. Prezydent zdaje się być w defensywie, a większość mediów stoi wyraźnie po stronie rządu. Spychanie prezydenta do narożnika przez koalicję jest widoczne tym bardziej, im mniej sukcesów ma rząd. Lech Kaczyński próbuje się bronić, przypominając, że zawetował do tej pory zaledwie kilka ustaw. Prezydent zaznacza, że choćby w czasach rządów AWS o wiele częściej z weta korzystał prezydent Aleksander Kwaśniewski, blokując wiele pożytecznych i potrzebnych ustaw, w interesie swojego politycznego środowiska. Przykładem może być choćby ustawa o emeryturach mundurowych, która miała pozbawić niektórych przywilejów emerytalnych funkcjonariuszy komunistycznych służb. A mało kto już pamięta, że gdyby do ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej nie udało się pozyskać także posłów PSL, to nie wiadomo, czy ta instytucja by powstała, bo Kwaśniewski był jej przeciwnikiem. Trzeba też pamiętać o tym, jak lewicowy prezydent ingerował w ustawę wprowadzającą nowy podział administracyjny kraju, strasząc wetem. I jakoś największe ówczesne media nie widziały w tym nic niewłaściwego.

Lech Kaczyński przypomina też, że weto do ustaw nie jest żadnym bezprawnym czynem, ale taka kompetencja prezydenta jest zapisana w Konstytucji. I to prezydent decyduje, kiedy będzie z weta korzystał. Jeśli więc głowa państwa uzna, że dana ustawa jest niekorzystna dla państwa, to ją zawetuje. Najczęściej w tym kontekście mówi się o ustawach zdrowotnych, których założenia krytykuje nie tylko prezydent, ale i większość związków zawodowych i samorządów zawodowych. Jeśli PO zrealizuje to, co zamierza, to weto Lecha Kaczyńskiego będzie niemal pewne i w dodatku większość Polaków będzie tego samego zdania co prezydent. A skoro tak, to PO robi wszystko, aby zawczasu Polakom obrzydzić instytucję weta. Robi więc wszystko, aby za każdym razem, gdy prezydent będzie chciał z niego skorzystać, opinia publiczna a priori krytycznie oceniała go za to. Prezydent ma być ciągle w narożniku, ciągle w defensywie, a rząd dzięki umiejętnej propagandzie będzie udowadniał, że musi posiłkować się rozporządzeniami, aby cokolwiek zrobić przy „takim” prezydencie. PO liczy po prostu na to, że ponieważ większość Polaków nie posiada wiedzy prawniczej i nie rozumie, na czym polega istota rozporządzeń, to uda się w ten sposób zyskać ich przychylność, a osłabić jednocześnie prezydenta.

Marzenie o dekretach

Jeśli PO mówi teraz o rozporządzeniach, to może to świadczyć również o budowaniu klimatu do wprowadzenia zmian w Konstytucji, które pozwoliłyby na ograniczenie kompetencji prezydenta. Rozporządzenia to także w pewnym stopniu echo prezydenckich dekretów Lecha Wałęsy, przy których chciał on wprowadzać reformy w kraju. Wałęsa nie miał prawa do wydawania dekretów i wiele razy wyrażał z tego powodu żal, twierdząc, że przez to sprawy w kraju nie szły, tak jak powinny, tak jak on ludziom obiecywał. Platforma też ma kłopot z realizacją wyborczych obietnic i z prezydenta chce zrobić głównego „hamulcowego”. A gdy z obiecywanych reform nic nie wyjdzie, Zbigniew Chlebowski będzie mógł powiedzieć: „Ach, gdybyśmy tylko mogli rządzić za pomocą rozporządzeń, sprawy wyglądałyby zupełnie inaczej”.

Stanowić to może dobrą pożywkę do tego, aby próbować ograniczać weto prezydenckie właśnie przez zmiany w Konstytucji. Oczywiście, rodzi się pytanie, po co PO miałaby eksperymentować ze zmianą Konstytucji, doprowadzając do ograniczenia władzy prezydenta, skoro Platforma chciałaby na tym stanowisku w 2010 roku widzieć Donalda Tuska?

Po pierwsze, może to być element nacisku na Lecha Kaczyńskiego, żeby np. nie blokował w przyszłości ustaw zdrowotnych, którym już teraz, podobnie jak miliony Polaków, jest przeciwny. A przecież w przyszłości pojawi się zapewne jeszcze wiele innych ustaw, co do których będą istnieć różnice zdań między rządem a prezydentem. A wtedy weto jest niemal nieuniknione.

Po drugie, dyskusja wokół ewentualnej zmiany Konstytucji, a w zasadzie duża polityczna awantura, która by się z tym wiązała, byłaby na rękę Platformie, bo po raz kolejny konflikt polityczny, umiejętnie rozdmuchiwany w mediach, pozwoliłby na odwrócenie uwagi społeczeństwa od spraw gospodarczych i od braku efektów rządzenia obecnej ekipy. I do tego tak naprawdę ta sprawa by się sprowadziła, gdyż PO i PSL, nawet gdyby ich projekt poparli wszyscy posłowie lewicy i kół poselskich oraz posłowie niezależni, ma zbyt mało głosów, żeby w Sejmie przegłosować zmiany w Konstytucji. Bez PiS to się nie uda, a przecież ta partia nie zgodzi się na osłabienie pozycji prezydenta, bo wtedy koalicja rządowa miałaby całkowicie wolną rękę. Wątpliwe też, aby do takich zmian dążył SLD. Przecież tylko w warunkach weta lewica może coś w tym parlamencie znaczyć.

Dlatego też można być niemal pewnym, że idea rządzenia przy pomocy rozporządzeń to plan awaryjny PO na wypadek kolejnych problemów z rządzeniem. To także kolejny przykład arogancji Platformy, która nie dopuszcza do siebie myśli, że można by przecież zaprosić opozycję i prezydenta do ściślejszej współpracy przy reformowaniu państwa. W najbardziej kontrowersyjnych sprawach prezydent mógłby być tym czynnikiem, który pomoże w osiągnięciu konsensusu między rządem a opozycją. Ale wtedy PO musiałaby się przyznać do tego, że nie ma monopolu na mądrość i dobre pomysły legislacyjne. Byłaby to też sytuacja, która w naturalny sposób prowadziłaby do uspokojenia konfliktowych nastrojów w naszej polityce, na czym liderom PO najwyraźniej jednak nie zależy. Dopóki więc Platforma będzie wierna idei podtrzymywania ciągłego konfliktu z prezydentem, dopóty nic się w tej materii nie zmieni. Piłka jest po stronie rządu, bo to on jest przecież inicjatorem ustaw. Prezydent ma co prawda prawo do inicjatywy ustawodawczej, ale może z niego korzystać w wyjątkowej sytuacji i najlepiej za aprobatą sejmowej większości, bo przecież to posłowie będą ewentualnie taką ustawę przyjmować. Czy więc w PO zwycięży wreszcie troska o dobro wspólne, czy też nadal ważny będzie głównie partykularny interes?


Krzysztof Losz
drukuj