O ludzki kształt prokreacji

Z Marią Klepacką-Środoń, dyrektorem wykonawczym Fundacji MaterCare International, międzynarodowej organizacji zrzeszającej ginekologów położników stawiających sobie za cel szeroko rozumianą pracę na rzecz Ewangelii życia, inicjatorką cyklicznych warsztatów interdyscyplinarnych dla małżeństw niepłodnych w Niepokalanowie, rozmawia Małgorzata Jędrzejczyk

„Humanae vitae” (HV) wybiega daleko w przyszłość. Encyklika została napisana w 1968 roku, gdy nikt jeszcze nie słyszał o zapłodnieniu pozaustrojowym czy innych manipulacjach genetycznych, a jednak przynosi odpowiedź na te kwestie…

– Encyklika „Humanae vitae” – o zasadach moralnych w dziedzinie przekazywania życia ludzkiego – rzeczywiście wyprzedziła o dziesięć lat pojawienie się pierwszego dziecka urodzonego po zapłodnieniu pozaustrojowym, ale już przyniosła odpowiedź na pytanie o ocenę moralną tego zjawiska. Wcześniej zjawisko tworzenia człowieka w szkle ocenił Goethe w „Fauście” w pięknym opisie, w którym ilustruje, jak samo dziecko wolałoby być tworzone z miłosnego zespolenia rodziców, a nie w pomroku laboratorium. Dlatego właśnie, że chodzi o życie ludzkie, a nie zwierzęce czy roślinne, nie jest obojętne, jak się ono zaczyna. „Humanae vitae” w 8. punkcie wyjaśnia: „Małżonkowie poprzez wzajemne oddanie się sobie, im tylko właściwe i wyłączne, dążą do takiej wspólnoty osób, aby doskonaląc się w niej wzajemnie, współpracować równocześnie z Bogiem w wydawaniu na świat i wychowywaniu nowych ludzi”. Encyklika określa rodzicielstwo jako dar i przywilej powierzony małżeństwu – co też oznacza, że małżeństwa cieszą się wyłącznością na ten rodzaj wzajemnego oddania, który otwiera drogę ludzkiemu rodzicielstwu. HV zatem wyraźnie staje w obronie „nierozerwalnego związku – którego człowiekowi nie wolno samowolnie zrywać, między dwojakim znaczeniem tkwiącym w stosunku małżeńskim: między oznaczaniem jedności i oznaczaniem rodzicielstwa” (HV 9).


Jednak zapłodnienie pozaustrojowe zrywa ów związek między oznaczaniem jedności i oznaczaniem rodzicielstwa.


– Zapłodnienie pozaustrojowe w swoich zewnętrznych skutkach wydaje się uzupełniać jedność i rodzicielstwo. Pozory zewnętrzne mogą być różne, natomiast program sztucznego rozrodu w rzeczywistości godzi w tę nierozerwalność znaczeń, w sedno ludzkiej prokreacji, na wszystkich kolejnych etapach, które spróbuję wyliczyć:

1. Często wprowadzeniem są praktyki antykoncepcyjne, które wykluczają płodność z aktów, których znaczenie tkwi właśnie w związku pomiędzy jednością i otwartością na prokreację. Dzieci stają się wówczas przedmiotem zamówienia bądź niezamówienia, a nie wyczekiwania i wdzięczności. Te praktyki już zrywają połączenie pomiędzy miłością a płodnością, pomiędzy oznaczaniem jedności a rodzicielstwa – połączenie, jakim się cechuje każde ludzkie, uczciwe, czyste i godne postępowanie w dziedzinie płciowości i prokreacji.

2. Potem mężczyzna dokonuje na sobie samogwałtu w klozecie kliniki, doprowadzając siebie (często przy pomocy pornografii) do takiego pobudzenia psychofizycznego, które normalnie jest składową aktu małżeńskiego. To, co wówczas czyni, w swojej właściwej istocie wyraża miłość, lojalność i oddanie osobie ukochanej, ale w tym kontekście jest przekłamane, aby uzyskać próbkę nasienia dla kliniki. Swoją płodnością, czyli konstytutywnym elementem aktu małżeńskiego, nie obdarza wówczas żony, lecz laboratorium.

3. Następnie kobieta jest poddawana próbom sztucznej inseminacji, w efekcie już sprowadzającej ją do obiektu rozpłodowego. Jest poddawana wyzutym z miłości próbom, aby w niej nastąpiło poczęcie i aby zaszła w ciążę… Jakim prawem technik laborant inseminator ma otrzymywać taki przywilej, jaki jest udziałem jej męża w kontekście pełnego aktu zjednoczenia?

4. Potem dokonywane są próby połączenia gamet na szkle, w laboratorium, aby stworzyć nowe dziecko w sposób całkowicie sztuczny. Akt małżeński jest zastąpiony wówczas biznesem i manipulacjami laboratoryjnymi. Tak stworzone zarodki ludzkie są następnie poddawane selekcji jakości, zamrażaniu, rozmrażaniu, manipulacjom genetycznym, najróżniejszym eksperymentom. Problem lodówek pełnych małych ludzi, który jest jedną z konsekwencji takiego postępowania, pozostaje nierozwiązywalny. Nie istnieją godne sposoby na uratowanie życia tysięcy zarodków tak stworzonych – pozostaje tylko możliwość czekania, aż obumrą, i ich pochówku.

5. Wreszcie kobieta ponownie jest sprowadzona do obiektu rozpłodowego, gdy wszczepiane są do niej zarodki stworzone tą drogą. Akt otwarcia się na możliwość stania się brzemienną jest czymś bardzo intymnym dla kobiety. Jest częścią tego, co dokonuje, wyrażając pełną miłość, jedność osobie, która stałaby się wówczas ojcem. Sprowadzenie jej do inkubatora w programie sztucznego rozrodu jest dla niej poniżające, godzi w jej integralność prokreacyjną i uniemożliwia prawidłowe zapoczątkowanie relacji rodzicielskich.

6. Wreszcie przy ciążach mnogich w wyniku transferu kilku zarodków w procedurze in vitro często jest dokonywana ich selektywna redukcja poprzez aborcję „nadliczbowych” dzieci. Trudno sobie wyobrazić gorszy początek rodzicielstwa.


„Humanae vitae” wypływa z prawa naturalnego, zawiera prawdy ogólnoludzkie, jej nauka nie odnosi się wyłącznie do małżonków katolickich…


– Byłoby absurdem twierdzić, że jest rzeczą niegodną tworzyć katolickie dzieci na szkle, ale niekatolickie dzieci już możemy tak tworzyć. Człowiek ma swoją przyrodzoną godność, poszukuje i potrzebuje miłości, niezależnie od tego, kim jest, jakie ma wyznanie.


Co zatem z zarodkami? Dziś pojawiają się głosy na temat adopcji embrionów poczętych w wyniku zapłodnienia pozaustrojowego.


– Tworzenie ludzkich zarodków przez laborantów jest naruszeniem godności życia ludzkiego o bardzo poważnych skutkach, gdyż, jak wskazuje instrukcja Kongregacji Nauki i Wiary „Donum vitae”: „W konsekwencji faktu, że zostały uzyskane w probówce i nie przeniesione do łona matki oraz określone jako 'nadliczbowe’, zostają wystawione na absurdalny los, bez możliwości ofiarowania im bezpiecznych, moralnie dopuszczalnych, warunków przetrwania”.

Niektórzy proponują, aby kobiety jednak adoptowały embriony czekające w lodówkach. Inni domagają się, aby kobiety, które już weszły w program sztucznego rozrodu, uczyniły wszystko, by chociaż własne dzieci – których może czekać aż kilkanaście – pozwoliły w siebie implantować. Istnieją głosy, że kobiety wokół powinny w ten sposób czym prędzej zachodzić w ciążę, aby ratować życie zamrożonych dzieci. Byłoby to wprawdzie rozwiązanie korzystne dla klinik in vitro, bo osoby troszczące się o dobro zarodków ludzkich również stałyby się ich klientami, wstydliwe lodówki pełne dzieci zaczęłyby się opróżniać i wydawałoby się, że sytuacja, jaka została stworzona, nie jest taka zła. Jednakże to rozwiązanie nie wydaje się szanować godności kobiet i jest w zasadzie niespójne z tym, co dla kobiety oznacza zachodzić w ciążę. Sztuczne wszczepianie zarodków do łona przyszłej matki nie liczy się z faktem, że zachodzenie w ciążę lub możliwość zajścia w ciążę domaga się kontekstu miłości, której wyrazem jest akt małżeński. Zgoda na tak pełne udostępnienie swego ciała, aby nim obdarzyć ewentualne dziecko, jest jednym z elementów tego, co kobieta wyraża w swojej zgodzie na współżycie z potencjalnym ojcem jej dziecka, który zarazem podejmuje się być gwarantem jej bezpieczeństwa. Jest też elementem jej pełnego daru z siebie. #Jest już wejściem w obszar „zamkniętego ogrodu”. Kobiety naturalnie chcą strzec tego wejścia, aby miało miejsce tylko w ramach aktu wyrażającego pełne wzajemne oddanie najbliższej osobie. Między innymi dlatego gwałt jest tak poważnym naruszeniem integralności kobiety. Nawet szczytny cel, jakim byłoby ratowanie życia dziecka, nie zezwala na przekraczanie tego typu granicy. Kobieta nigdy nie powinna być sprowadzona do obiektu rozpłodowego, zawsze ma swoją osobową godność.


Czy zatem jedynym wyjściem jest zamrażanie ludzkich embrionów? Czy to rozwiązanie jest godne człowieka?


– Krioprezerwacja embrionów, czyli zamrażanie, też jest niewłaściwa i tylko spowalnia proces ich umierania, tak samo jak krioprezerwacja chorych osób dorosłych – chociażby w nadziei, że może za kilkadziesiąt lat pojawi się jakaś terapia lecząca ich schorzenie – jest niewłaściwa. Krioprezerwacja jest nienaturalną, ale przede wszystkim nieludzką formą podtrzymywania życia ludzkich zarodków. Jest praktykowana z uwagi na ich ewentualną użyteczność, przydatność w przyszłości, a także z myślą o obligowaniu – również wyrzutami sumienia – klientów klinik do powracania po kolejne, nierzadko drogie, „transfery” zarodków do macicy kobiety. Rozwój zarodków jest wówczas zahamowany, ale wciąż są narażone na szkodliwe działanie promieniowania ze środowiska, przed którym już nie bronią ich naturalne mechanizmy naprawcze (które zazwyczaj na bieżąco korygują pojawiające się mutacje w genomie). Zamrażanie zarodków ludzkich prowadzi do zjawiska, które profesor Jerome Lejeune kiedyś określił jako zjawisko „puszek koncentracyjnych”. To zjawisko, które pieczętuje, wzbudza pogardę wobec naszego człowieczeństwa. Ludzkie zarodki są wówczas przetrzymywane jak czyjaś własność. Nie wolno tak traktować ludzi!


Ale pierwsze kroki w kierunku sztucznego rozrodu już zostały poczynione. (Jesienią tego roku mają być gotowe regulacje prawne do ratyfikowania przez Polskę konwencji bioetycznej oraz projekt ustawy o zapłodnieniu in vitro). Czy nie ma dobrego rozwiązania? Czy musimy dalej ponosić konsekwencje tych decyzji?


– Program sztucznego rozrodu jest pewną spiralą, w której złamanie jednej bariery etycznej często prowadzi do poczucia przymusu łamania następnych, ale na każdym etapie istnieje możliwość zaniechania przekraczania tych granic, zejścia z tej ścieżki. To trzeba podkreślić. Na każdym etapie to zaniechanie polega na tym samym: na odwrocie od klinik in vitro i na powrocie do miłości małżeńskiej, do porządku rzeczy, w którym jest zachowana integralność płodności i miłości. Zamrożone dzieci, skoro już w niegodny sposób zostały powołane do życia, należy, jeśli tylko można, odebrać klinikom i wobec braku możliwości zapewnienia im warunków rozwoju, pozwolić im umrzeć. Najpierw oczywiście należy udzielić im chrztu, pożegnać je i zapewnić im godny pochówek. Może być to trudne, ale nie można uciekać od tego. Do tej konieczności doprowadzają ludzkie działania nieliczące się z ludzką godnością. Taki smutny kres mają „spektakularne osiągnięcia techniki” przypominające opis Goethego, jak Wagner tworzy człowieka na szkle i obwieszcza sukces okrzykiem: „Wydarta naturze chwała!”.


Czy oznacza to zaniechanie starań o dziecko? Paweł VI w encyklice „Humanae vitae” wręcz prosi o to, by „medycyna starała się wypracować wystarczająco pewną metodę poprawnej moralnie regulacji poczęć, opartej na uwzględnianiu naturalnego rytmu płodności”. W ten sposób ludzie nauki, a w szczególności uczeni katoliccy, wykażą ze swej strony, że rzeczy mają się tak, jak Kościół naucza, mianowicie, że „nie może być rzeczywistej sprzeczności między boskimi prawami dotyczącymi z jednej strony przekazywania życia, a z drugiej pielęgnowania prawdziwej miłości małżeńskiej”.


– Niewątpliwie należy wciąż starać się o potomstwo, szukać dobrych sposobów leczenia niepłodności, takich, które stawiają granice, szanują człowieczeństwo. Przykładem takiego leczenia jest NaProTechnologia, którą prof. Thomas Hilgers opracował, czerpiąc inspirację i wzmocnienie ze słów, jakie encyklika „Humanae vitae” kieruje do lekarzy w 27. akapicie: „Wysokim uznaniem darzymy tych lekarzy i członków służby zdrowia, którzy w pełnieniu swojego zawodu ponad wszelką ludzką korzyść przenoszą to, czego wymaga od nich szczególny wzgląd na chrześcijańskie powołanie. Niech niezachwianie trwają w zamiarze popierania zawsze tych rozwiązań, które zgadzają się z wiarą i prawym rozumem, oraz niech starają się dla tych rozwiązań zjednać uznanie i szacunek ze strony własnego środowiska. Niech ponadto uważają za swój zawodowy obowiązek zdobywanie w tej trudnej dziedzinie niezbędnej wiedzy, aby małżonkom zasięgającym opinii mogli służyć należytymi radami i wskazywać właściwą drogę, czego słusznie i sprawiedliwie się od nich wymaga”. Osiągnięcia prof. T. Hilgersa są przykładem, jak silne ramy etyczne stały się napędem rozwojowym i kierunkowskazem do zdobywania tej niezbędnej wiedzy. Należy zatem szukać leczenia, które przede wszystkim szanuje wyłączność małżonków w dziedzinie prokreacji. Jak wspomniał Papież Benedykt XVI w swoim przemówieniu z okazji 40-lecia „Humanae vitae”: „Żadne zdobycze techniki nie zastąpią aktu wymiany miłości dwojga małżonków, będącego znakiem największej tajemnicy, która czyni ich protagonistami i współuczestnikami dzieła stworzenia”.


A jeśli leczenie nie pomoże?


– Małżeństwo, które musi pogodzić się z tym, że nie zostało obdarzone dziećmi, może też być wezwane do szczególnie silnego świadectwa o tym, jak cenne jest nasze życie i czym naprawdę jest prawdziwe ludzkie rodzicielstwo. Jest przyjęciem dziecka jako daru. Dar może być nam dany, ale może nie być dany. Jest też gotowością do poświęceń – nawet własnej tęsknoty za dzieckiem, jak to uczyniła prawdziwa matka stojąca przed Salomonem – jeśli tego wymaga dobro dziecka. Nie wątpię, że Pan Bóg każdemu takiemu małżeństwu powierza wiele zadań i tkwi w nich wielki potencjał.


We wspomnianej encyklice Paweł VI przestrzegał także przed innym zjawiskiem, którego skutki dziś odczuwamy – wszechobecne reklamy, telewizja czy obyczaje emanujące seksizmem. Czy dziś w ogóle możliwa jest zmiana mentalności ludzkiej, tak daleko posuniętego seksizmu, który, można powiedzieć, zdominował współczesną kulturę, obyczaje, uprzedmiotawiając kobietę i mężczyznę? Na jakiej drodze możliwa jest zmiana?


– Jest możliwa, bo wciąż widzimy bardzo wiele przejawów poszukiwania miłości między ludźmi, i to prawdziwej, pogłębionej, całościowej miłości, która zdaje egzamin życia i w której odnajdują się jednocześnie wymiar cielesny i duchowy. Ponadto poszukujemy odpowiedzi na coraz to nowsze pytania wiążące się z nowymi możliwościami technicznymi, np. dlaczego nie łączyć gamet ludzkich ze zwierzęcymi, dlaczego nie zarzucić całkowicie naturalnej drogi poczęcia dzieci, czy w ogóle mieć dzieci, dlaczego nie zgodzić się na handel ludzkimi zarodkami… W szczególności kobiety są zmęczone banalizacją ludzkiego ciała, wyzuciem języka ciała z wewnętrznych treści, deptaniem ludzkiej miłości i szukają drogi, aby przywrócić znaczenie temu, na co pozwalają w swoich intymnych relacjach.

Tymczasem, jak w swoim przemówieniu zaznaczył Papież Benedykt XVI: „Prawda wyrażona w encyklice 'Humanae vitae’ nie ulega żadnym zmianom; przeciwnie, w świetle nowych odkryć naukowych głoszona przez nią nauka staje się bardziej aktualna i pobudza do refleksji nad jej niezbywalną wartością. Kluczem, który pozwala konsekwentnie wnikać w jej treści, pozostaje słowo miłość. Jak pisałem w mojej pierwszej encyklice 'Deus caritas est’: 'Człowiek staje się naprawdę sobą, kiedy ciało i dusza odnajdują się w wewnętrznej jedności… Kocha jednak nie sama dusza, ani nie samo ciało: kocha człowiek, osoba, która kocha jako stworzenie jednostkowe, złożone z ciała i duszy’ (nr 5). Bez owej jedności zatraca się wartość osoby i można narazić się na poważne niebezpieczeństwo traktowania ciała jako przedmiotu, które można kupić lub sprzedać (por. ibid.)”.


Ksiądz kardynał Karol Wojtyła był jednym z członków komisji powołanej przez Pawła VI do prac nad encykliką „Humanae vitae”. Zachęcał rodziny do życia według zasad HV, sformułował 6 tez – pewien program dla tych rodzin. Jak go upowszechnić?


– W punkcie 26. „Humanae vitae” zwraca uwagę na apostolstwo rodzin wśród rodzin: „Wśród owoców, które dojrzewają, gdy prawo Boże jest gorliwie przestrzegane, niezwykle cenny jest ten, że sami małżonkowie często pragną podzielić się z innymi wynikami swoich doświadczeń. Dzięki temu w szerokich ramach powołania świeckich znajdzie się nowa i niezwykle doniosła forma apostolatu, w której równi usługują równym. Wtedy bowiem sami małżonkowie podejmują zadanie apostolskie względem innych małżonków, pełniąc rolę ich przewodników. Wśród tylu form chrześcijańskiego apostolatu ta wydaje się obecnie najpotrzebniejsza”.

W myśl tego wezwania ówczesny kardynał Karol Wojtyła przygotował prostą regułę dla grup małżeństw „Humanae vitae”, w której zachęca małżeństwa, aby wzajemnie się wspierały w grupach, we własnej formacji, w duchu rad ewangelicznych, aby umiały sprostać etycznym wymogom ich stanu, wymogom życia. Reguła pozostawia tym grupom małżeństw szeroką swobodę wyboru czy wypracowania własnego programu formacyjnego, tym samym wyraźnie doceniając ich dojrzałość i własną twórczość. Stąd te grupy mogłyby się wpisać w krajobraz wszelkich istniejących katolickich ruchów zrzeszających rodziny, jak również tworzyć podstawę nowych grup małżeństw, gotowych określać się jednoznacznym mianem małżeństw „Humanae vitae”. Dawałyby duże wzmocnienie, zwłaszcza w sytuacjach, gdy życie przynosi wiele trudności i pytań. Myślę, że ich powstawanie byłoby pięknym wotum wdzięczności za encyklikę, za życie dzieci i silnym zaczynem obrony etyki i godności początków życia ludzkiego – jakże bardzo potrzebnej – przez ludzi Kościoła. Mam nadzieję, że rozważając dar, jakim była encyklika „Humanae vitae” przy okazji jej czterdziestolecia, dojrzejemy do tego, aby tę „najpotrzebniejszą formę apostolatu” rozwinąć – przynajmniej przed jej pięćdziesięcioleciem! Domaga się tego życie, również gdy napotyka trudności.


Dziękuję za rozmowę.

W książce „Duchowość małżeńska w nauczaniu Jana Pawła II” o. Kazimierz Lubowicki OMI pisał o zaangażowaniu ks. kard. Karola Wojtyły, który brał czynny udział w pracach nad „Humanae vitae”, a po jej opublikowaniu starał się na różne sposoby zapoznać wiernych oraz poszczególne małżeństwa z jej wewnętrzną logiką oraz dopomóc im wprowadzić w życie jej praktyczne nauczanie. Pod jego kierunkiem „grupa krakowska” opracowała dogłębne wprowadzenie do encykliki. Powołał Wydział Duszpasterstwa Rodzin. Zorganizował we wszystkich parafiach sieć poradnictwa małżeńskiego. Uświadamiał kapłanom, że odpowiedzialność za wielką sprawę, jaką jest małżeństwo i rodzina, to główna dziedzina apostolstwa świeckich. Powołał studium teologii rodziny dla kapłanów oraz dla świeckich w trosce o dojrzałe, chrześcijańskie widzenie małżeństwa. Zaangażował się też w ratowanie nienarodzonych i pomoc samotnej matce. W tym celu w 1974 r. stworzył w archidiecezji prekursorski dom dla samotnych matek, nazwany później SOS Księdza Kardynała Karola Wojtyły. Myślał o założeniu grupy małżeństw „Humanae vitae”. Napisał nawet dla nich regułę życia.


Poniżej zamieszczamy pełny tekst reguły dla grupy małżeństw „Humanae vitae” sformułowanej przez ks. kard. Karola Wojtyłę, przechowywanej w archiwum Wydziału Duszpasterstwa Rodzin Kurii Metropolitarnej Archidiecezji Krakowskiej. Cytowany tekst jest zamieszczony na s. 21 wspomnianej książki.



1.
Niniejsza reguła powstaje w oparciu o doświadczenia duszpasterskie, a zarazem o doświadczenia małżeństw pozostających w kręgu tych pierwszych doświadczeń. Powstaje ona w momencie, kiedy ukazała się encyklika Humanae vitae, która na nowo stawia autentycznie chrześcijańskie – czyli ewangeliczne – wymagania małżeństwom oraz duszpasterzom małżeństw. Grupa małżeństw, która przyjmuje tę regułę, mogłaby określić siebie symbolem „Humanae vitae”.

2.
Reguła odnosi się wyłącznie do małżeństw, a nie do poszczególnych małżonków. Chodzi o to, aby przyjmowały ją i realizowały pary małżeńskie, a nie tylko sami mężowie albo same żony, bez zaangażowania się współmałżonków.

3.
Reguła zobowiązuje małżonków zasadniczo tylko do życia wedle tych zasad moralności chrześcijańskiej, które stosują się do porządku przykazań, nie zobowiązuje natomiast do życia wedle rad ewangelicznych ściśle pojętych. Realizacja rad ewangelicznych ubóstwa, czystości i posłuszeństwa w ścisłym znaczeniu może być udziałem tylko osób mających powołanie zakonne. Ponieważ jednak doświadczenie życia małżeńskiego wykazuje, że zachowanie głoszonych przez Kościół zasad moralności nie jest możliwe bez pewnej ascezy – dlatego małżeństwa grup „Humanae vitae” muszą przemyśleć i stosować w życiu ducha rad ewangelicznych.

4.
Celem właściwym grupy małżeństw „Humanae vitae” jest stały wysiłek zmierzający do takiej postawy duchowej, aby integralna nauka Chrystusa Pana o małżeństwie i rodzinie głoszona przez Kościół mogła być w ich małżeństwie z całym zrozumieniem i umiłowaniem wypełniona. Chodzi więc o kształtowanie właściwej duchowości, czyli życia wewnętrznego, które pozwoli na to, że życie małżeńskie i rodzinne będzie układać się po chrześcijańsku. Duchowość taka nie istnieje w formie gotowej, tak jak duchowość różnych zakonów, ale musi być stale wypracowywana. Wypracowywanie takiej duchowości jest również ważnym zadaniem grupy małżeństw. Środkiem do jej wypracowania jest praktykowanie przez poszczególne małżeństwa grupy owej postawy duchowej, o której mowa powyżej.

5.
Drugim właściwym elementem grupy jest apostolstwo. Jakie ono przybierze formy, tego tutaj nie rozstrzygamy. W każdym razie małżeństwa grupy biorą na siebie obowiązek pewnego apostolstwa, a przede wszystkim obowiązek stałej modlitwy za inne małżeństwa oraz za wielką sprawę, jaką we współczesnym Kościele i w świecie jest małżeństwo i rodzina. Zarówno kształtowanie form apostolstwa, jak i formuł modlitwy, o której mowa, jest znów sprawą do stopniowego wypracowywania.

6. Do rozstrzygnięcia samych zainteresowanych małżeństw pozostawia się, czy i w jakim czasie zechcą się do nakreślonych tutaj zadań zobowiązać specjalnym przyrzeczeniem.

drukuj