Z Wilna przez Gdańsk do Kanady
Ludzie z pokolenia akowskiego i powojennego odchodzą od nas i wkrótce nic już nie zastąpi ich żywych relacji dotyczących ważnych dla Polaków wydarzeń. W tej sytuacji szczególnego znaczenia nabierają wszelkie próby gromadzenia i publikowania ich wspomnień – cennych okruchów z przeszłości, które razem tworzą wielobarwny obraz tego, co widziały oczy i co zapadło w serce. Dramatyczne dzieje Polaków ukazują wydane w cyklu „Świadectwa” przez wrocławską filię katolickiej oficyny Michael wspomnienia Ludwika Makowieckiego, w roku 1944 młodziutkiego, zaledwie osiemnastoletniego żołnierza wileńskiej AK, który razem z tysiącami innych akowców trafił do sowieckiego obozu w Kałudze. Życie Ludwika Makowieckiego i jego żony Aliny to nie tylko kawałek wojennej historii Wileńszczyzny. W latach 70. w Gdańsku Wrzeszczu, przy placu Wybickiego, ich mieszkanie stało się azylem dla wielu ludzi z kręgów nazywanych dziś umownie „opozycją demokratyczną”.
Marzenia o niepodległej Polsce na wiele lat zaciążyły na życiu Ludwika i Aliny Makowieckich, skłaniając niejednokrotnie do ryzykownych działań, np. wtedy, gdy użyczali swojego mieszkania Dariuszowi Kobzdejowi, który jako organizator „nielegalnych” manifestacji z okazji 3 Maja i 11 Listopada znajdował tam bezpieczną przystań. Albo wtedy, gdy w stanie wojennym ukrywali znanego działacza opozycji, wyprowadzając go przez podwórko na chwilę przed tym, jak do mieszkania wpadli esbecy i dokładnie je przeczesali. Pani Alina powiedziała mi coś bardzo ważnego o tym zaangażowaniu w opozycję za czasów Gierka: „Kiedy tak patrzyłam na młodych ludzi z gdańskiego SKS-u, Ruchu Młodej Polski czy ROPCziO, którzy spotykali się w naszym mieszkaniu, to zawsze wyobrażałam sobie, że to jakieś nowe wcielenie akowców, co wrócili po latach, by na nowo podjąć walkę o wolną Polskę”. Pani Alina przyznaje, że po 30 latach nie wszystko wygląda tak pięknie, że wielu z tych opozycjonistów zawiodło ją swoimi późniejszymi wyborami politycznymi i działalnością, ale wtedy nikt nie myślał o „opcjach” politycznych, lecz o tym, że trzeba wspólnie naruszyć nienaruszalny, zdaniem większości, komunizm. Jakby na to nie patrzeć, zarówno wojenne przygody Ludwika, jak i późniejsza działalność Makowieckich dla „świętej sprawy”, jak mawiało się w czasach Armii Krajowej, zasługują na naszą uwagę i wdzięczność.
Tradycja rodzinna
Gdy wybuchła wojna, Ludwik Makowiecki miał zaledwie 13 lat i dopiero co skończoną szkołę powszechną Ojców Jezuitów w Wilnie. Wiedział jednak dobrze, co się z Polską dzieje i przeżywał to boleśnie. W domu otrzymał solidne, patriotyczne wychowanie, którego fundament był szczególnie mocny, bo opierał się na historii rodzinnej. Ojciec, też Ludwik, pochodził spod Witebska, gdzie dziadek miał duży majątek, choć była to ledwie połowa majątku rodowego. Drugą połowę zajęli bezprawnie Rosjanie w ramach represji za udział w Powstaniu Styczniowym. Kiedy nastali bolszewicy, było jeszcze gorzej. Zabrali resztę majątku, a rodzinę Makowieckich wymordowali. Ojciec Ludwika ocalał, bo był w tym czasie w Odessie. Najkrótszą drogą i najprostszym sposobem uciekał do Polski – tak jak tysiące innych rodaków przerażonych piekłem, jakie stworzyli bolszewicy. Widział sceny, jakich oko ludzkie na tej ziemi wcześniej nie widziało. Dopełnieniem rodzinnej tragedii stała się śmierć synka podczas tej ucieczki. Rodzice pochowali go gdzieś przy torze kolejowym i ze ściśniętymi sercami pojechali dalej. Gdy dotarli do Warszawy, umarła także żona Ludwika. Nie wiadomo, czy bardziej z wycieńczenia, czy ze zgryzoty. Ludwik został sam, ale podniósł się z nieszczęścia. Ożenił się po raz drugi i zamieszkali z żoną w Wilnie. Tu w roku 1926 urodził się Ludwiczek. Wzrastał w atmosferze wspomnień o utraconej w bolszewickim piekle rodzinie i z poczuciem dumy, że Polacy w roku 1920 odepchnęli „wschodnią nawałę” nie tylko spod Warszawy, ale i z Kresów.
Smutek
Bolszewicy zaatakowali Polskę 17 września 1939 r., a już następnego dnia dotarli do Wilna. Nastał czas nazywany potem w mieście okresem „pierwszego Sowieta” albo po prostu pierwszą okupacją. Po niej przyszła republika litewska z łaski Sowieta, więc bardzo nietrwała, potem „drugi Sowiet”, gdy „lud litewski” zapragnął „włączenia do ojczyzny światowego proletariatu”. Wreszcie nastali Niemcy, z którymi wileńska AK toczyła liczne boje od roku 1943. W lipcu 1944 przyszedł „trzeci Sowiet”… W sumie dorastający Ludwiczek zaznał aż pięciu okupacji Wilna i Wileńszczyzny. Ta ostatnia okazała się najtrwalsza i pognała rodzinę raz jeszcze na zachód, tym razem aż do Gdańska.
Po latach Ludwikowi zostały w pamięci sceny z pierwszej okupacji. Jako dziecko rósł w naiwnej wierze, że wszyscy obywatele Rzeczypospolitej w razie opresji będą jej bronić. Kiedy jednak w Wilnie pojawił się sowiecki okupant, chłopiec z przerażeniem zobaczył, że miejscowi Żydzi, także sąsiedzi jego rodziny, witają obcych jak swoich, wysługują się im i złorzeczą Polsce. Młodzi Żydzi założyli na ramiona czerwone szmaty i utworzyli bolszewicką „milicję”. Pomagali NKWD w odnajdywaniu miejscowych „burżujów”. Byli „przewodnikami” NKWD podczas wielkich deportacji. Znajoma Żydówka powiedziała Ludwikowi: „Wy teraz będziecie nam podeszwy całować!”. Chłopca ogarnął wielki smutek, cały jego świat się zawalił.
Wielu rzeczy zupełnie nie rozumiał. Pewna Rosjanka mieszkająca w oficynie ich domu witała Sowietów kwiatami. Oni byli dla niej „swoi”. Niebawem dowiedział się jednak, że została aresztowana i wywieziona na Sybir. Miała męża Polaka i ostentacyjna radość z powodu „wyzwolenia” nie zmyliła „czujności” NKWD…
Któregoś dnia przed świtem pod dom naprzeciwko podjechała bolszewicka ciężarówka. Wywożono rodzinę polskiego policjanta, który nie wrócił z wojny – kobietę i małe dzieci. Po jakimś czasie jeden z bolszewików rzucił na ciężarówkę zawiniątko. To było najmłodsze dziecko… Po chwili mdlejąca matka z pozostałymi dziećmi znalazła się również na odkrytym samochodzie, choć mróz był trzaskający. Ludwiczek obserwował to wszystko z szeroko otwartymi oczyma. Nagle do samochodu z otwartą jeszcze klapą podeszła Żydówka z sąsiedniego sklepiku. Podała płaczącej kobiecie kilka woreczków z kaszą i cukrem. Ludwiczek zrozumiał, że wszystko jest jeszcze bardziej skomplikowane, niż mu się przedtem wydawało…
Piętnastoletni chłopiec, nieodrodny wnuk powstańca styczniowego, chodził po Wilnie w niemieckich butach z szerokimi cholewami. W jednej z nich krył się pistolet. Była to niebezpieczna, młodzieńcza fanfaronada, ale i on, i jego koledzy czuli się w mieście pewnie, jak to u siebie, wbrew okupantom.
„Wyzwolenie”
Wypędzenie Niemców z Wilna, w wyniku wspólnej operacji armii sowieckiej i wileńskiej AK, dało Polakom kilka dni złudnego bezpieczeństwa i przyniosło łzy szczęścia. Sowieci zachowywali się początkowo z wielką kurtuazją, były wspólne patrole w mieście. Brygady AK miały być przekształcone w polską dywizję. Po ulicach chodzili żołnierze AK ubrani w polskie mundury, przeszyte z niemieckich czy litewskich, niektórzy w rogatywkach na głowach.
Ludwik uznał, że to najwyższa pora na zaciąg. Skończył właśnie 18 lat. Przedarł się do Czarnego Boru i dotarł do brygady „Wilhelma”. W pewnym momencie, na skrzyżowaniu dróg, zostali osaczeni przez czołgi sowieckie. Za chwilę zobaczyli zamaskowane karabiny maszynowe. Nie było wątpliwości, że będą strzelać. Poddali się. Tak upadły ostatnie nadzieje i złudzenia co do „sojusznika naszych aliantów”. To nie był żaden sojusznik, lecz ten sam bolszewik co w 1920 roku; ten sam Sowiet, który bez litości gnał do bydlęcych wagonów matki z małymi dziećmi. To był wróg, tyle że bardziej podstępny od tego, który właśnie opuścił miasto. Nad Wileńszczyzną rozciągała się na lata żelazna sowiecka kurtyna.
Łzy i duma
Pognali ich do Miednik Królewskich, gdzie zgromadzono już w prymitywnych warunkach tysiące polskich dziewcząt i chłopców – żołnierzy AK. Czekali na transport do Kaługi. Jakimś cudem Ludwik Makowiecki dowiedział się, gdzie jest syn. Przekupił sowieckich strażników dużą ilością wódki. Zgodzili się, by młody żołnierz opuścił obóz. To była wielka pokusa, ale choć Ludwik dopiero od niedawna był w oddziale, czuł z kolegami silną więź i pragnął dzielić z nimi to, co przyniesie los. Poza tym była to kwestia honoru… Ojciec zrozumiał. Odchodził od bramy z płaczem i z lękiem o dalsze losy Ludwika. Jak mało kto znał bolszewików, którzy wymordowali mu całą rodzinę. Nad tym lękiem górowała jednak duma, bo oto się przekonał, że dobrze wychował syna.
Po latach Ludwik pamiętał, że jeszcze przed wyjazdem do Kaługi pojawili się w obozie oficerowie od Berlinga – w polskich mundurach, ale z rosyjską wymową. Namawiali, by się zaciągnąć do wojska „ludowego”. Zgłosiło się kilkudziesięciu, pół procent stanu obozu…
W nieznane
Pod koniec lipca nastąpił wymarsz do stacji Kiena, gdzie czekały wagony. Po drodze Ludwik postanowił uciec. Co innego bowiem wyciągnięcie z obozu przez ojca, a co innego ucieczka z transportu na oczach kolegów. Okazja nadarzyła się na postoju. Prawie się udało, ale w ostatniej chwili Sowiet dojrzał porzucony plecak. Ludwik pomaszerował ze wszystkimi. To była niezapomniana droga. Janusz Hrybacz „Zawisza” wspominał: „Przemarsz żołnierzy AK przez osiedla i wioski wywołał ogromne poruszenie. Nigdy nie zapomnę widoku bezradnych konwojentów, bezskutecznie spychających bagnetami tłum napierających kobiet, żegnających nas ze łzami. Może wśród nich były matki i siostry naszych chłopców. Te biedne, zapłakane kobiety wynosiły z domów to, co miały pod ręką: chleb, mleko, jabłka. Ale chyba najważniejsze to swoje serca i uczucia jedności z nami. Były to przejmujące sceny, świadczące o naszej jedności narodowej. Nawet nasi wrogo nastawieni konwojenci musieli doznać wstrząsu, okazując swoją bezradność wobec takiej postawy bezbronnego tłumu”.
W Kienie załadowano ich do wagonów towarowych – bez żadnego wyposażenia poza półkami z desek, zadrutowanych od zewnątrz, strzeżonych przez uzbrojonych konwojentów sowieckiej straży granicznej – i w wielkiej ciasnocie ruszyli w nieznane. „Dokąd jedziemy, nie wiedzieliśmy. Jazda trwała około tygodnia. Wypuszczano nas, aby załatwić potrzeby fizjologiczne, raz na dobę. Dostawaliśmy wiadro wody do picia i często śledzie wprost z beczki. Po pięćdziesiąt kilometrów i więcej żadnych zabudowań, ani żywej duszy. Rzadko spotykało się nory w ziemi – ziemianki, w których mieszkali ludzie” – wspominał po latach Ludwik Makowiecki.
„Sołdaty”
Transport dotarł do Kaługi w środkowej Rosji, na brzegu Oki, co niby „jak Wisła szeroka”. Ci, co lepiej znali historię Polski, nie z Wisłą jednak kojarzyli to miejsce, ale z sybirskim szlakiem Polaków od XVIII wieku. Dla Polaka nazwa „Kaługa” brzmiała zawsze złowrogo. Do tej złej sławy z czasów rosyjskich doszła nowa „funkcja” Kaługi i całego obwodu w czasach sowieckich. Był to rejon łagrów, miejsce wielkiego cierpienia tysięcy ludzi. Teraz miasto wyglądało jeszcze bardziej upiornie, było doszczętnie zniszczone po przejściu frontu. Nasi żołnierze nie wiedzieli, że przywieziono ich tu jako „ochotników” do armii sowieckiej! Od tej pory tworzyli, wbrew swej woli, 361. rezerwowy pułk piechoty Armii Czerwonej! Było to nawet logiczne. Skoro propaganda sowiecka głosiła, że Wileńszczyzna jest sowiecka, bo taka była wola jej mieszkańców podczas „wyborów” za pierwszej okupacji, to dlaczego młodych „Sowietów” nie zaciągnąć do Armii Czerwonej! Z tym jednak był problem. Od początku NKWD przekonało się, że z tych czterech tysięcy internowanych żołnierzy wileńskich brygad Sowietów nie da się zrobić. Po odmowie złożenia przysięgi skierowano ich do ciężkiej pracy przy wyrębie lasu. Wrócili do kraju w roku 1946. Powstaje zasadnicze pytanie: co by zrobiono z opierającymi się Polakami, gdyby świat nie wiedział już wówczas o zbrodni w Katyniu? Gdyby to był na przykład rok 1938, kiedy Polaków mieszkających w Sowietach mordowano masowo tylko dlatego, że byli Polakami? Kto by odnalazł ich groby w Kałudze? Wydaje się, że powrót naszych chłopców do domu, jeszcze przed ogłoszeniem głównego wyroku trybunału w Norymberdze, był ze strony sowieckiej aktem politycznym, chęcią uchronienia się przed nowymi pytaniami o zbrodnie. Poza tym słusznie rozumowali, że przeciwników komunizmu będzie można zabić równie dobrze w Gdańsku, Łodzi czy w Warszawie, skoro cała „Polsza” znalazła się w sowieckiej strefie wpływów.
Modlitwa
Warunki w obozie były koszmarne. Ludwik zapamiętał całe kolonie pluskiew, nędzne jedzenie (woda z robakami udająca kapuśniak, okraszona pokostem) i ciasnotę, która nie pozwalała się nigdy wyspać. Zapamiętał też opiekunów z NKWD. Jeden z nich, młody Żyd, wyglądał na elewa. Kiedyś wpadł w złość, bo jeden z naszych żołnierzy ukląkł wieczorem przy pryczy i długo się modlił. Żyd wydawał mu jakieś polecenia, ale tamten nie słuchał. Enkawudzista potraktował to jako odmowę wykonania rozkazów, straszył karami. Żołnierz skończył się modlić i spokojnie odpowiedział: „U nas, katolików, taki zwyczaj, że jak się modlisz, to z nikim nie gadasz” (…). „Obserwując dalsze zachowanie się Żydziaka, zauważyłem, że coś w nim zaświtało. Od tej pory odnosił się do nas dobrze” – wspominał po latach Ludwik. Widać dostojeństwo i powaga tej modlitwy nawet na Sowiecie zrobiły wrażenie.
„Normalni” i „nienormalni”
Na Ludwiku największe wrażenie zrobiła jednak scena, którą potraktował jak swoistą alegorię sowieckiego społeczeństwa. Kiedyś, gdy podczas ćwiczeń leżeli pod wysokim płotem obozu, po drugiej stronie ogrodzenia usłyszeli kobietę, która z rozpaczą w głosie przeklinała Stalina. Byli zdumieni! Ich sowiecki opiekun wyjaśnił krótko: „Nie słuszajcie, ona s uma szedszy” (Nie słuchajcie, ona straciła rozum). Nie kłamał. Za płotem był szpital dla psychicznie chorych. Ludwik pomyślał wtedy, że w Związku Sowieckim tylko człowiek szalony ma odwagę złorzeczyć Stalinowi. Pozostali, „zdrowi” psychicznie, chwalą go ze strachu. Instynkt samozachowawczy, jak u zwierzęcia, był oznaką „normalności”, ludzkie odruchy sprzeciwu oznaką „szaleństwa”…
Trzeba też było się nauczyć, że w kraju, z którego wyrzucono Boga, wiele rzeczy odbiega od tego, co w normalnym świecie uznaje się za normę. Kartofle na kołchozowym polu zbiera się za dnia tak, by w nocy ktoś mógł z tego pola jeszcze coś ukraść. Drzewa ścina się nie przy ziemi, tylko na wysokości człowieka, żeby było szybciej i żeby wyrobić „normę”, nie bacząc na marnotrawstwo i szkody, bo one tu także są względne. Nic nie jest niczyją własnością, o nic nie trzeba się troszczyć – może jedynie o to, by zachować wszelkie pozory.
Kiedyś zaprowadzono Ludwika i kilku jego kolegów do zrujnowanego miasta, by wyciągnęli i oczyścili cegły do budowy. Kazano wyciągać je z zabytkowej cerkiewki. Zobaczyli stare ikony, malowane wprost na ścianie. Z ciężkim sercem przystąpili do „pracy”, która polegała na wydłubywaniu cegieł z murów cerkwi i stopniowym jej rujnowaniu. Obok, w całym mieście, było morze ruin, z których i łatwiej, i szybciej można było wydobyć materiał do budowy. Ale oni już się przyzwyczaili do tego, że co normalne w Polsce, nie musi być normalne w kraju Stalina. Kiedy byli małymi dziećmi, straszono ich komunizmem. Teraz dopiero zrozumieli, że prawdziwej grozy bolszewizmu nie przedstawia zarośnięty bolszewik z krostami i wybałuszonymi dziko oczyma z polskiego plakatu wojennego. Prawdziwa groza to ta sowiecka nienormalna „normalność”.
Nie z Wilna…
Ludwik szybko się uczył sowieckiego sposobu myślenia i wyzbywał się wszelkich złudzeń. Jeszcze w Miednikach spalił w ognisku wszystkie swoje dokumenty, żeby nie narażać ojca, matki, siostry i brata na możliwe represje. Gdybyż to mogli przewidzieć nasi oficerowie katyńczycy! Mieli prawo pisania kartek i listów do rodzin. Korzystali z tego prawa, tęsknili. Zabito ich dwa razy! Nie tylko strzałem w tył głowy. Adresy ich najbliższych, najdroższych osób, zapisane ich własnymi rękami, trafiały na listy deportacyjne NKWD! Kiedy oni padali do dołów śmierci, ich żony i dzieci jechały już do Kazachstanu na zatracenie!
Ludwik wymyślił sobie teraz nowe życie. Urodził się w Krakowie na Floriańskiej (innych nazw ulic z Krakowa nie pamiętał…). Zmienił datę urodzenia i dane rodziców. Pomyślał, że zanim dojdą do Krakowa i sprawdzą, minie dużo czasu, a w Wilnie już byli i już zrobili swoje porządki. Mistyfikacji sprzyjał fakt, że był bardzo krótko w oddziale i koledzy jeszcze go dobrze nie poznali, nie było niebezpieczeństwa przypadkowej weryfikacji fałszywych danych.
Powrót
Ta mistyfikacja pomogła też we wcześniejszym zwolnieniu. Zwalniali najpierw młodocianych, a Ludwik ujął sobie rok w „nowym” życiu dla NKWD. Choć chorował na krwawą dyzenterię, nie przyznał się do tego. Dostał tak jak inni zwolnieni porcję sucharów, papiery podróżne i wyrzucono go za bramę. Wszyscy zwolnieni zjedli suchary na poczekaniu, a podróż zapowiadała się na co najmniej tydzień. W Wiaźmie ukradli coś, żeby sprzedać i nie umrzeć z głodu. Ludwika złapali. Był tak zdeterminowany, że od razu uciekł, tyle że bez niczego, także bez dokumentów. Na stacji zobaczył transport kolejowy na zachód. Wskoczył do wagonu wypełnionego cebulą, razem z młodą Polką, też z Wileńszczyzny. Eskortujący wagon Rosjanin i Uzbek okazali się byłymi więźniami łagru. Pomogli. Mieli szczęście, transport jechał przez Wilno. Pociąg stanął pod sygnałem. „Pożegnałem się z konwojentami, wyskoczyłem. Do domu z tego miejsca miałem 200 metrów. Zapukałem do drzwi. Otworzyła mama: 'Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!'”…
„Do Polski”
Rodzina Ludwika, po wcześniejszych doświadczeniach z bolszewikami i z obawy o los syna, zarejestrowanego już przecież przez NKWD, postanowiła jak najszybciej ruszyć na zachód, do Polski. „Do Polski”? To wyrażenie nie przechodziło wtedy wilniukom przez gardło. Jakże można jechać „do Polski”, skoro miasto z Ostrą Bramą jest jej kwintesencją? Skoro tu mieszka jej duch? O ówczesnych dylematach i rozdartych sercach można by długo mówić. Każdy wybór był zły, a przez to tragiczny: zarówno pozostanie na miejscu i poddanie się nieuchronnej sowietyzacji, zwłaszcza młodego pokolenia, jak i wyjazd „gdzieś do Polski”, który był jak ucieczka z ukochanego miejsca, jak zdrada.
Edukacja na gruzach
Rodzina Makowieckich trafiła do Gdańska Wrzeszcza. Mniej więcej w tym samym czasie dojechała tu inna rodzina wileńska – Stankiewiczowie, z 17-letnią córką Aliną. Przyjechali później, bo pan Stankiewicz, przedwojenny kolejarz, nie mógł długo uwierzyć, że „Ameryka nas sprzedała”. Pojechali dopiero 62. transportem PUR z Wilna przez Królewiec do Gdańska. Tu koczowali przez miesiąc w okropnych warunkach, zanim w końcu dostali mieszkanie. Alina, poznając z czasem historię Polonii gdańskiej, miała satysfakcję, że los rzucił jej rodzinę w szczególne miejsce w Gdańsku. To był przed wojną taki polski rewir, zamieszkały m.in. przez polskich kolejarzy, tu pracował wybitny kapłan Bronisław Komorowski, duchowy przywódca Polonii gdańskiej, zamordowany przez Niemców w KL Stutthof w 1942 roku.
Ludwik nie znał Aliny z Wilna, ich drogi przecięły się dopiero w Gdańsku i wkrótce się okazało, że są sobie przeznaczeni. Poznali się w Państwowym Liceum Pedagogicznym (dziś II LO w Gdańsku). Choć dzieliły ich dwa lata, byli w tej samej klasie. W tamtych czasach było to normalne, po wojennej odysei w jednej ławce szkolnej widywało się kolegów, których dzieliło znacznie więcej lat. Szkoła miała charyzmatycznego dyrektora, pana Antoniaka, który pozostał w serdecznej pamięci pani Aliny do dziś. Dyrektor, przed wojną major Wojska Polskiego, interesował się sytuacją życiową swoich uczniów i nie dziwiły go nawet najbardziej powikłane koleje losu. Pomógł wielu dziewczętom i chłopcom z Kresów, nie dopytując o świadectwa i inne dokumenty. Przyjmował do poszczególnych klas na podstawie ustnych oświadczeń, pomagał w szybkim powrocie do normalnego rytmu życia i kształcenia.
Ludwik, po solidnej szkole jezuickiej w Wilnie, i Alina, po szkole powszechnej i gimnazjum na tajnych kompletach w Wilnie prowadzonych przez pracowników naukowych Uniwersytetu Stefana Batorego, szybko odnaleźli się w gdańskiej szkole. Byli zdolni i nauka nie sprawiała im kłopotów. Na zdjęciu z balu maturalnego w czerwcu 1948 roku widzimy ich już obok siebie, trzymają się za ręce. Na ślub czekali jednak jeszcze trzy lata, odbył się w kościele Ojców Jezuitów w Gdańsku Wrzeszczu. Cały czas się uczyli. Alina zdała na medycynę, ale jej nie przyjęto, studiowała więc zootechnikę w Toruniu. „Nie przepracowałam w moim zawodzie ani jednego dnia” – śmieje się pani Alina. „Te studia były jednak bardzo pożyteczne, zawsze kochałam zwierzęta”. Przez lata pracowała w bibliotekach, najdłużej w bibliotece naukowej na Długiej w Gdańsku. Ta praca dawała jej możliwość nawiązywania ciekawych kontaktów z ludźmi, co zawsze sobie bardzo ceniła.
Ludwik po maturze pojechał za swoją wybranką do Torunia, studiował biologię, ale to nie było dla niego. Ukończył Technikum Budowlane w Gdańsku, potem politechnikę. Pracował w biurach projektowych, zaprojektował m.in. makietę KL Stutthof.
Dom otwarty
Ciekawość świata i kontaktów z ludźmi, pragnienie poznania genius loci Gdańska, który był dla wilniuków namiastką utraconego Wilna, sprawiły, że mieszkanie Aliny i Ludwika przy placu Wybickiego we Wrzeszczu było zawsze domem otwartym dla ciekawych gości, ludzi zbuntowanych, poszukujących, ludzi idei – mieszanki wileńsko-kaszubskiej. Bywał tu m.in. wybitny grafik rodem z Wilna Ryszard Stryjec, ludzie z gdańskiego środowiska aktorskiego, jak Wanda Stanisławska (znana m.in. z filmu „Rejs”) i Lucyna Legut, pisarze, przede wszystkim znakomity Marek Nowakowski i nowatorski Leopold Buczkowski (autor głośnej powieści „Czarny potok”, malarz, grafik rodem także z Kresów, tyle że z Podola), nieustraszony satyryk, „ulubieniec” Gomułki Janusz Szpotański, późniejszy prezes TVP Marian Terlecki i Stefan Kisielewski „Kisiel”. W czasie wielkiego strajku sierpniowego w roku 1980 Makowieccy ustanowili swój prywatny rekord. W swym niewielkim mieszkaniu na Wybickiego gościli jednocześnie 17 osób…
Mieszkanie Makowieckich było też w latach 70. przystanią dla młodych ludzi z politycznej opozycji. Bywali tu Ewa i Piotr Dykowie, Magda Modzelewska, Arkadiusz Rybicki, Aleksander Hall i ten, którego pani Alina najbardziej ceniła za wrażliwość i przywiązanie do idei Polski niepodległej, przedwcześnie zmarły w 1995 roku Dariusz Kobzdej, animator manifestacji narodowych 3 Maja i 11 Listopada w Gdańsku pod pomnikiem Jana III Sobieskiego. Przemówienia pod pomnikiem wygłaszał Tadeusz Szczudłowski, z którym Makowieccy również się przyjaźnili. Kiedy 3 maja 1980 r. Darek Kobzdej wyruszał pod pomnik na kolejną manifestację, bazą dla niego było mieszkanie na Wybickiego. Ludwik uszył mu specjalny worek, chowany pod bluzę, z którego Darek po Mszy św. w bazylice Najświętszej Maryi Panny w Gdańsku wyciągnął biało-czerwoną flagę. Po tej manifestacji Szczudłowski i Kobzdej zostali pobici przez SB i postawieni przed „sądem”, który skazał ich za „zakłócanie porządku publicznego” na 3 miesiące więzienia. Odsiedzieli cały wyrok na Kurkowej w Gdańsku. Będąc pod wrażeniem tego wydarzenia, Ryszard Stryjec wykonał alegoryczną grafikę, hołd dla Ruchu Młodej Polski i opozycji gdańskiej. Znalazły się tu nazwiska Szczudłowskiego, Kobzdeja oraz Magdy Modzelewskiej i Bożeny Rybickiej, które niebawem, podczas wielkiego strajku sierpniowego, poprowadzą w Stoczni Gdańskiej wielkie zbiorowe modlitwy za Ojczyznę. Tę grafikę pani Alina przechowuje pieczołowicie do dziś.
Po latach pani Alina ma żal do niektórych spośród swoich dawnych młodych przyjaciół. Uważa, że niektórzy odeszli od głównej idei, która łączyła wtedy całe środowisko opozycyjne, o której się nawet nie mówiło, bo rozumiało się ją bez słów – idei pełnej suwerenności Polski, opartej na szacunku dla przeszłości i tradycji.
Na obczyźnie
W roku 1989 Alina i Ludwik wyjechali do Kanady. Tam zamieszkał wcześniej ich jedyny syn Szczepan (urodzony w roku 1952) i nie mogli dłużej wytrzymać tego rozstania. Trudno w wieku 60 lat, w obcym środowisku, rozpoczynać nowe życie. Pani Alina nie chce o tym za dużo mówić. Uśmiecha się tylko na wspomnienie, jak dostała pierwszą pracę. W sklepie jakaś Polka próbowała się dopytać sprzedawczyni, gdzie w Kanadzie można kupić kaszę gryczaną. Alina się roześmiała i tak się poznały…
Kanada kojarzy jej się przede wszystkim z wielką samotnością. Także dlatego, że tu w lutym 2006 roku pożegnała na zawsze Ludwika. Umarł nagle, po zawale serca. Po konsultacji z miejscowym księdzem postanowiła skremować ciało ukochanego człowieka, urnę zawiozła do Gdańska. Po Mszy św. prochy pochowano na cmentarzu Srebrzysko.
Mimo wieku i nieznajomości środowiska nie pozostali w Kanadzie bezczynni, nie byliby sobą. Zanim Ludwik odszedł, założyli w Toronto Rodzinę Radia Maryja. Dziś pani Alina jest wierną słuchaczką Radia, ogląda Telewizję Trwam i czyta „Nasz Dziennik”. Utrzymuje nadal szerokie kontakty z ludźmi, interesuje się wydarzeniami politycznymi w kraju, martwi się o Polskę jak o własną rodzinę. Życie ją nauczyło, że to jest rodzina w dosłownym znaczeniu, bez żadnych metafor…
Piotr Szubarczyk, IPN Gdańsk
