Taka piłka jak młodzieży chowanie

Korupcja, skandale, wszechogarniający chaos, nieusuwalni działacze stawiający siebie ponad wszystkim i kompletnie nieliczący się z opinią publiczną, brak sukcesów na arenie międzynarodowej, i to zarówno klubowej, jak i reprezentacyjnej, mizerna liga, jeszcze gorsi piłkarze, mający tylko wielkie mniemanie o sobie – wymieniać można długo, frustrować się i załamywać ręce też. Niepoprawni optymiści wierzyli, że na Euro 2008 uda się choć w części zamazać prawdziwy obraz polskiego futbolu, ale misja Leo Beenhakkera i jego podopiecznych się nie powiodła. Za cztery lata najlepsze reprezentacje Europy zawitają do naszego kraju i trzeba zrobić wszystko, by czas ten także pod względem sportowym wykorzystać optymalnie.

Przed Euro 2008 oczekiwania były gigantyczne. Wokół narodowej drużyny stworzono znakomitą atmosferę, klimat niezwykle przychylny i pozwalający marzyć o wielkich sukcesach. Plany i nadzieje rozbudzał charyzmatyczny trener, który na każdym kroku powtarzał, że w Polsce rodzi się mnóstwo wspaniałych piłkarskich talentów, młodych chłopaków, którzy bez kompleksów mogą rywalizować ze swymi rówieśnikami z innych krajów. Bębenka podbijali też sami kadrowicze, ogłaszający, że stać ich na spektakularne wyniki, walkę o najwyższe cele etc. Jak to się wszystko skończyło, doskonale wiemy. Upadek, uderzenie o ziemię było bardziej bolesne, niż mogło być, bo nastąpiło z większej wysokości. Zamiast w glorii i chwale nasi zawodnicy wracali po mistrzostwach do kraju cichaczem, samotnie, przegrani i zdołowani. Przejście z krainy iluzji do rzeczywistości nastąpiło w sposób wyjątkowo szybki i brutalny. Pozostały tylko pytania, dlaczego było tak, jak było, i nadzieja, że w przyszłości uda się uniknąć popełnionych błędów. Podobnie jednak wyglądała sytuacja w 2002 i 2006 roku, gdy nasza drużyna kończyła zmagania w mundialach w Korei i Japonii oraz w Niemczech. Wówczas nastąpiły zmiany na trenerskim stołku, poza tym nie zmieniło się nic. Teraz Beenhakker zachował posadę, ale całą naszą piłkę musi czekać rewolucja. Dogłębna, sięgająca podstaw (najmłodszych adeptów futbolowej sztuki, bo tylko w ten sposób możemy zrobić jakiś krok do przodu) i samych szczytów, czyli osób nią zarządzających; mająca niezbędne wsparcie rządu, władz, polityków, bez których niewiele da się zrobić. Cały proces może potrwać długie lata, ale nie ma innej drogi.


Bez reform ani rusz


Podstawa to ludzie. Prężni, oddani sprawie, moralnie czyści, niebudzący zastrzeżeń szeroko rozumianego środowiska, posiadający wielką wiedzę i chęci, nieobawiający się ryzyka, a przy tym potrafiący radzić sobie w… bagnie. To marzenie, ale czy realne? Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że jakiś krok w tę stronę zostanie zrobiony. Michał Listkiewicz, prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej, obwieścił, że na wrześniowym zjeździe centrali poda się do dymisji i nie będzie już zabiegał o przedłużenie kadencji. Niedługo później okazało się, kto może być jego ewentualnym następcą, i wówczas zwolennikom reform mina zdecydowanie zrzedła. Na czoło listy kandydatów wysunął się bowiem Grzegorz Lato, czyli kontynuator myśli zarządzającej polską piłką od lat, odrzucający wszelkie zmiany, wygodny dla działaczy, betonu zasiadającego we władzach związku i czującego się tam wyjątkowo wygodnie i bezkarnie. Dziś jednak wydaje się, że król strzelców mundialu w 1974 r. sternikiem związku nie zostanie. Listkiewicz coraz częściej daje bowiem do zrozumienia, że „dla dobra polskiej piłki i powodzenia misji Euro 2012” zdecyduje się z „bólem, osobistym poświęceniem i świadomy ofiar i wyrzeczeń” raz jeszcze stanąć w szranki o fotel prezesa, a to oznaczałoby pewne zwycięstwo. Ma poparcie delegatów, którzy zmian nie chcą, i to wystarczy. Opinia publiczna? Honor? Pusty śmiech…

A reformy, głębokie reformy są podstawą, bez której trudno zabierać się do naprawiania naszego futbolu. Przez ostatnie lata w tej materii nie zmieniło się nic. Polskie drużyny zaznają upokorzenia, i to na każdym polu. Narodowa wraca na tarczy z najpoważniejszych imprez (bądźmy szczerzy i powiedzmy wreszcie, że sam awans na wielki nawet turniej nie jest niczym szczególnym, tylko pierwszym krokiem na drodze do sukcesów), drużyny klubowe bez skutku dobijają się do bram Ligi Mistrzów i raz za razem odchodzą z niczym. Przegrywają nawet w Pucharze UEFA, czyli tej rywalizacji pocieszenia, dla „uboższych”. Krajowe rozgrywki toczą się w cieniu afery korupcyjnej, z którą PZPN nie potrafił (może nie chciał?) sobie kompletnie poradzić. Czy przez przypadek walczący z korupcją niezłomni wrocławscy prokuratorzy przez długie miesiące w ogóle nie współpracowali z futbolową centralą? Niech każdy sobie odpowie. W lidze panuje totalny chaos i bałagan, tuż przed startem nowego sezonu długo nawet nie było wiadomo, ile drużyn w niej wystąpi i jakie!

Zmiany są konieczne! Polska piłka potrzebuje nowych ludzi, młodych, nieuwikłanych w różne układy, chętnych do ciężkiej pracy i niezależnych finansowo, czyli niebudzących wątpliwości co do szczerości swych intencji. Takowych nie brakuje. Tylko czy ktoś da im wreszcie dojść do głosu?


Młodzież to fundament


Inna, równie istotna sprawa, to zapewnienie optymalnych warunków do rozwoju uzdolnionej młodzieży. Tej nie brakuje, Beenhakker nie kokietuje, przypominając o tym, ale gdzieś po drodze ginie i do poważnej, seniorskiej piłki docierają tylko nieliczni. Od lat nie udało się opracować spójnego systemu szkolenia najmłodszych i młodych adeptów futbolowej sztuki, choć to powinno być podstawą funkcjonowania każdego dobrze zorganizowanego klubu. Dlaczego w najmocniejszych europejskich drużynach: Manchesterze United, Barcelonie, Realu Madryt, gra wielu wychowanków związanych z nimi nie tylko od strony finansowej, ale i emocjonalnej? Czemu takowych brakuje w Wiśle Kraków? Nie jest tajemnicą, że najlepszy, najbardziej optymalny system szkolenia młodzieży wymyślono w Holandii, i jest niepojęte, czemu nikt nie prosi o pomoc w tej materii Beenhakkera – Holendra przecież? Słynne szkółki Ajaksu Amsterdam trenują na znakomitych, specjalnie pod wiek przygotowanych obiektach, mają do dyspozycji optymalne warunki i wyspecjalizowanych trenerów, uczących nie tylko techniki, lecz i taktyki. Nie przez przypadek już najmłodsze drużyny grają takim samym systemem jak pierwsza, powielają te same nawyki taktyczne. W ten sposób pewne zachowania wchodzą dzieciakom w krew i ich przejście do dorosłej piłki odbywa się później w sposób płynny i naturalny. Nie tylko na szeroko rozumianym Zachodzie, ale i np. w Czechach szkolenie narybku rozpoczyna się już w pierwszych klasach szkoły podstawowej, a nawet wcześniej, w wieku 6 lat. Zajęcia mają charakter zabawy, ale już wówczas specjaliści są w stanie ocenić, czy chłopak ma predyspozycje do zrobienia kariery. Błyskawicznie zaczyna szlifować przede wszystkim technikę, najważniejszy element futbolowego rzemiosła, tak u nas zaniedbywany. Treningi są oczywiście dostosowane do predyspozycji zawodnika, wiadomo, że inne obciążenia są w stanie znieść 8-, inne 15-latkowie. W każdym dobrze funkcjonującym klubie praca z dziećmi jest jedną z najważniejszych spraw, fundamentem, priorytetem, który zwraca się z nawiązką. A jak jest w Polsce? Tragicznie. Szkolenie najmłodszych traktowane jest jako zło konieczne, a warunki, w jakich się odbywa, czasami urągają wszelkim zasadom. Treningi trampkarzy w czołowych klubach prowadzone są niekiedy… na trawniku koło hali sportowej, bo jedyne dostępne boiska zajmują albo seniorzy, albo są oszczędzane. Szkoleniowcy, zazwyczaj pasjonaci, zarabiają grosze, nic dziwnego, że do pracy się nie palą, lub traktują ją po macoszemu. Gdy młodzi gracze dorastają, zazwyczaj nie dostają szans, ponieważ główni trenerzy, sparaliżowani presją wyniku, wolą postawić na sprawdzonego miernego trzydziestokilkulatka niż wstawić do składu juniora. Tak kółko się zamyka. Iluż to mieliśmy w ostatnich latach utalentowanych chłopaków, a ilu z nich zrobiło poważne kariery? Gdy przed laty sir Alex Ferguson dostrzegł niezwykle zdolnego 14-latka Ryana Giggsa, odwiedzał go w rodzinnym domu, przekonując rodziców, by pozwolili synowi przejść pod jego opiekę do Manchesteru United. Gdy tak się stało, szkocki trener roztoczył nam piłkarzem parasol ochronny, dbał, by żadne głupstwa nie przyszły mu do głowy, ba – przez długi czas zabraniał mu udzielać wywiadów, wiedząc doskonale, że sława ma też drugie dno. Ryan wyrósł na wielkiego piłkarza. To oczywiście przykład być może wyjątkowy, ale wskazujący, jak wielkie kluby dbają o swój narybek i przyszłe gwiazdy.


Na boisko, nie przed komputer!


Kolejny problem, z którym nikt nie potrafi sobie u nas poradzić, to sportowa edukacja. Żyjemy w czasach komputerów, internetu, telewizji, gier wideo zastępujących dzieciakom ruch na świeżym powietrzu. Przed laty okupowały trawniki przed blokami (inna sprawa, że dziś ochoczo zamieniane na parkingi), uganiając się za piłką, dziś psują wzrok i kręgosłup przed monitorami, bezmyślnie wciskając klawisze klawiatury. Nie mają pomysłu, jak to zmienić, rodzice, nie mają nauczyciele. Lekcje WF są zbyt rzadko, często prowadzone przez ignorantów i ograniczają się do podania dzieciakom piłki – by te pobiegały i zrealizowały nieszczęsną godzinę. Absurd. Ministerstwo sportu chwali się programem „Moje Boisko Orlik 2012”, zakładającym budowę do 2012 r. ponad 2 tys. wielofunkcyjnych, bezpłatnych i ogólnodostępnych boisk dla młodzieży. Tak naprawdę to kropla w morzu potrzeb, a podobnych obiektów powinno powstać o wiele, wiele więcej (o ile te w ogóle powstaną…).

Polska piłka jest w opłakanym stanie i nie zmienił tego nawet awans do mistrzostw Europy. Porażka, klęska podopiecznych Leo Beenhakkera w turnieju finałowym wielu zaskoczyła, ale czy powinna? Mówiąc brutalnie, mamy w kraju kilkunastu średnich graczy, którzy są w stanie pokonywać słabych rywali w eliminacjach, raz na jakiś czas wspiąć się na wyżyny i wygrać pojedynczy mecz z mocnym rywalem, ale w wielkim turnieju, w którym trzeba rywalizować co kilka dni, nie są już w stanie nic osiągnąć. Ostatnie dwa mundiale i Euro 2008 są tego potwierdzeniem. Czy uda się to zmienić do 2012 roku? Nie wiem, być może nie, bo nie ma prostej recepty gwarantującej sukces od razu. Wszystko wymaga długofalowej pracy, ciężkiej pracy, którą zacząć trzeba od podstaw. Polska piłka potrzebuje zdolnej młodzieży, którą później można szlifować. Aby nastąpił wysyp talentów, dzieciaki muszą mieć zapewnione odpowiednie warunki do treningów, a kluby muszą chcieć z nimi pracować. To zadanie dla PZPN, ważne, zbudować jeden system szkolenia trampkarzy, potem juniorów, z którego wszyscy mogliby (musieli) korzystać. Niech w tej materii Beenhakker posłuży pomocą, tak jak robi w Rosji jego rodak Guus Hiddink. Niech dzieci trafią pod opiekę fachowców, wyspecjalizowanych trenerów, godnie wynagradzanych za wyniki swej pracy. To podstawa, ale bez niej nic nie da się osiągnąć. Nie pomoże nawet prowadzone na siłę wyszukiwanie talentów z polskim pochodzeniem w ligach zagranicznych. Miejmy nadzieję, że perspektywa Euro 2012, budowa nowych stadionów będzie czynnikiem zachęcającym dla bogatych sponsorów, chcących zainwestować w nasze kluby. Chcąc mieć silną reprezentację, musimy mieć silną ligę, nie ma innej drogi. Dziś polskie drużyny, dysponujące jednym z najniższych budżetów w Europie, nie są w stanie rywalizować z przeciwnikami z Holandii, Francji, Ukrainy czy Rosji, a niedawno (Cracovia) zaznały klęski w starciu z Białorusinami. Dramat.

Aby rozpocząć budowę, trzeba jednak mieć mocne fundamenty, nieskorodowane korupcją i kłamstwem. Ludzie decydujący o obliczu polskiej piłki muszą zrobić wszystko, by rozpoczynający sportową karierę dzieciak wzrastał w przekonaniu, że wszystko zależy od jego pracy, a nie od zasobności koperty wręczanej przez działaczy. A tak niestety dziś jest.


Piotr Skrobisz
drukuj