Belgia coraz bardziej rozdarta

W Belgii wybuchł nowy polityczny kryzys po tym, jak premier tego kraju Yves Leterme zrezygnował z pełnionej przez siebie funkcji, a zarazem z pośredniczenia w wypracowaniu porozumienia co do podziału kompetencji władz regionalnych i przyznania większej autonomii poszczególnym regionom. Król jeszcze nie przyjął tej dymisji. Między tworzącymi koalicyjny rząd partiami nadal trwa spór.



Król Albert II, poinformowany przez Leterme’a o jego rezygnacji z funkcji premiera, nadal rozważa, czy przyjąć tę dymisję – podano w oficjalnym oświadczeniu pałacu królewskiego. Albert II natychmiast rozpoczął konsultacje z czołowymi politykami w kraju.

– Wydaje się, że poszczególne społeczności posiadają sprzeczne ze sobą wizje tego, w jaki sposób wprowadzić nową równowagę. Wizje te są po prostu nie do pogodzenia – powiedział Leterme w oświadczeniu, zaraz po podjęciu decyzji o rezygnacji. Dodał, że reforma państwa „pozostaje kluczową sprawą”. Jednocześnie dał do zrozumienia, że z nim czy bez niego na czele rządu kwestia ta będzie stale powracać.


Do trzech razy sztuka?


To już trzecia nieudana próba pokonania głębokich podziałów między dwoma niepotrafiącymi wypracować porozumienia częściami belgijskiego społeczeństwa podjęta przez tego flamandzkiego konserwatystę. Tworząc w marcu swój gabinet, miał nadzieję na zakończenie konfliktu między Flamandami, stanowiącymi 60 proc. 10-milionowej populacji Belgii, a pozostałą częścią ludności posługującą się językiem francuskim.

Leterme wyznaczył sobie 15 lipca jako ostateczny termin załagodzenia sporu między ugrupowaniami z Flandrii oraz Walonii dotyczącego gruntownych reform kraju. Flandria, mówiąca po niderlandzku północna część Belgii, domaga się rozszerzenia uprawnień władz regionalnych tak, aby stały się adekwatne do stanu jej gospodarki. Flamandowie domagają się wzmocnienia regionów kosztem państwa federalnego. Sprzeciwiają się przy tym dotowaniu mniej zasobnej, położonej na południu francuskojęzycznej Walonii. Z kolei mówiący po francusku Belgowie zarzucają Flamandom chęć pozbycia się balastu w postaci gospodarczo zacofanej Walonii.

Leterme’owi udało się utworzyć koalicyjny rząd, gdy pięciu współtworzącym go ugrupowaniom – trzem frankofońskim (socjaliści, liberałowie i centryści) oraz dwu niderlandzkojęzycznym (chrześcijańscy demokraci i liberałowie) – udało się porozumieć m.in. w sprawach polityki gospodarczej, polityki społecznej, służby zdrowia i imigracji.

Zaskoczenia decyzją belgijskiego premiera nie kryją politycy reprezentujący francuskojęzyczną część społeczeństwa. – Sądzę, że nadal mamy czas, aby znaleźć rozwiązanie w ciągu najbliższych godzin czy też dni w ramach tego, co już udało nam się wypracować – oświadczył w wywiadzie dla programu pierwszego belgijskiego radia Didier Reynders, lider francuskojęzycznych liberałów w Belgii.

Zdaniem analityków, w tak napiętym momencie żadna z frakcji nie zdecyduje się na przedterminowe wybory. Według prof. dr. hab. Wojciecha Roszkowskiego, eurodeputowanego PiS, o rozłamie Belgii na dwa niezależne państwa mówi się od dłuższego czasu. Jednak, jego zdaniem, nie nastąpi to szybko. – Jeżeli w ogóle dojdzie do takiej sytuacji, to jest to jeszcze odległa perspektywa, gdyż interes zarówno strony flandryjskiej, jak i walońskiej jest w Brukseli. Bruksela jest obecnie chyba jedynym spoiwem obydwu politycznych adwersarzy – ocenił w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”. – Po pierwsze, jest ona wieloetniczna, po drugie zaś, stanowi siedzibę Unii Europejskiej – kluczowe, życiodajne źródło, z którego żadna ze stron nie będzie chciała zrezygnować – tłumaczył. Żaden z belgijskich polityków nie przedstawił jeszcze skutecznego rozwiązania spornych kwestii.


Anna Wiejak
drukuj