Tęskniłyśmy za Polską i za kromką chleba
Z Eugenią Tołwińską i jej córką Marią Sobolewską, zesłanymi na Syberię w ramach akcji wysiedlania ludności polskiej ze strefy przygranicznej z III Rzeszą, prowadzonej przez władze sowieckie na terenie Białostocczyzny w dniach 19-21 czerwca 1941 r., członkiniami Koła Sybiraków w Mińsku Mazowieckim, odznaczonymi Krzyżami Sybiraka, rozmawia Justyna Wiszniewska
Jak wyglądało życie w Tołwinie – cichym gnieździe rodzinnym, z którego niespodziewanie w nocy z 20 na 21 czerwca 1941 r. rozpoczęła się pięcioletnia tułaczka po syberyjskiej, a potem po ukraińskiej ziemi?
Maria Sobolewska: – Tołwin to wieś położona w Białostockiem, kilka kilometrów od Siemiatycz. Mój tato Józef Tołwiński był rolnikiem. Prowadził niewielkie, kilkunastohektarowe gospodarstwo razem z moją mamą i moją babcią Ewą Tołwińską. Tato jak na tamte czasy był światłym rolnikiem. Trochę zajmował się weterynarią, co było rzadko spotykane. Był również uzdolniony muzycznie – grał na akordeonie. Mama natomiast pochodzi ze starej szlacheckiej rodziny z tradycjami. Co pięć lat organizujemy zjazdy rodzinne, które kiedyś zainicjował brat mamy – ks. Władysław Siekierko.
Jak Panie przypuszczają, dlaczego właśnie rodzina Pań stała się obok wielu innych polskich rodzin na tych terenach celem prześladowań NKWD?
M.S.: – Po wybuchu wojny Tołwin znalazł się pod okupacją sowiecką. Wtedy zamieszkali z nami wujostwo Ekielscy: ciocia Józia, siostra mojego taty, i wujek Stanisław, którzy mieli młyn w Siemiatyczach. Dla nowej władzy wujek młynarz był burżujem i wyzyskiwaczem. Nakazano im przenieść się z Siemiatycz na odległość do 10 km i wtedy schronili się u nas w Tołwinie. Wokół wujka zbierali się ludzie zainteresowani działalnością konspiracyjną. Nasz dom, położony na skraju lasu, poza wsią, był doskonałym miejscem dla tego rodzaju spotkań. Poza tym moja ciocia Maria Tołwińska, siostra taty, wykładowca na SGGW w Warszawie, była członkiem AK, ps. „Kalina”, i ona również schroniła się w Tołwinie. Wiemy, że były donosy na naszą rodzinę. Ciocia Józia, która razem z nami została wywieziona, powtarzała, że gdyby oni się nie sprowadzili do Tołwina, to może byśmy tego wywiezienia uniknęli, ale dzisiaj trudno mówić o tym, co by było.
Jak przebiegały wypadki pamiętnej czerwcowej nocy w domu w Tołwinie?
Eugenia Tołwińska: – Kładliśmy się spać, gdy nagle zaświeciło się światło na podwórzu. Mąż zerwał się i wyjrzał przez okno. Na dworze stało pięć czy sześć samochodów z żołnierzami sowieckimi. Ogarnął nas strach – trwała przecież wojna. Zastukali do drzwi, mąż otworzył, a oni krzyknęli: „Rewizja!” Przetrząsnęli wszystko. Męża i Stanisława Ekielskiego posadzili na krzesłach na środku kuchni i przystawili do nich karabiny, tak że nie mogli się ruszyć. Musieli podawać stan inwentarza: liczbę koni, świń, krów, owiec itd.
Józia Ekielska – siostra męża, oprócz 8-letniego Henia i 4-letniego Stasia miała 3-miesięczną córeczkę Jadzię, a ja miałam półroczną Marysię i 3-letniego Edmunda, więc wiadomo, jaki zamęt się zrobił, kiedy Sowieci przyszli w nocy z takim szumem. Powiedzieli do nas w końcu: „Wybierajcie się!”. Jak tu się wybierać?! Ponieważ miałam gospodarstwo, była w domu wędlina, urżnęłam trochę w pośpiechu…, pakowałam żywność. Cały czas nas pospieszali: szybciej, szybciej! Co mogliśmy, to wzięliśmy – odzież, bieliznę, pierzynę, pieniądze itd. Razem z dobytkiem wsiedliśmy na dwa wozy i pojechaliśmy pod eskortą na stację kolejową Siemiatycze. Tam zgromadziło się już bardzo dużo innych rodzin z okolicy, które też zostały wywiezione. Na stację jeszcze jechałam z mężem, ale potem nas rozdzielili. Zostałyśmy same: ja z teściową, z siostrą męża i z piątką dzieci.
Co się stało z Pani tatą i wujkiem oraz z innymi kilkunastoma aresztowanymi mężczyznami?
M.S.: – 23 czerwca 1941 r. zostali zastrzeleni w okolicach Hajnówki. Ale cudem uratował się jeden człowiek – Jan Krasowski. Po egzekucji został ciężko ranny, jeszcze żył i słyszał, jak funkcjonariusze NKWD mówili: „Wsie pogibli!”. Podniósł głowę i oni to zauważyli. Wtedy wstrzymał oddech i upozorował śmierć. Kopnęli go tylko, mówiąc: „Pogib!” Człowiek ten na kolanach doczołgał się do pobliskiego domu, gdzie ktoś się nim zaopiekował i dzięki temu przeżył. Powiadomił o tym, co się stało, siostrę mojego męża Marię Tołwińską, która uniknęła wywózki i pozostała na gospodarstwie w Tołwinie. Ciocia Marysia poprosiła Niemców, żeby mogła otworzyć ten grób. A ponieważ była to zbrodnia sowiecka, wyrazili zgodę. Po ubraniu rozpoznała swojego brata i szwagra. Pochowano ich we wspólnej mogile w Siemiatyczach. Przez długi czas na grobie nie można było niczego więcej napisać oprócz daty śmierci i wezwania: „Pokój ich duszom”. Dopiero w ostatnim czasie zajęły się tym władze miasta. Na nagrobku zostały umieszczone nazwiska pomordowanych oraz znalazła się informacja, że zbrodni dokonało NKWD. Dodatkowo pod Hajnówką, w miejscu ich stracenia, został postawiony obelisk.
E.T.: – Dzieci w szkole mówiły, że ojciec zginął na wojnie. Przez trzy lata na Syberii modliły się o spotkanie z ojcem, a niedługo po naszym wywiezieniu ich ojciec już nie żył! My o wszystkim dowiedzieliśmy się przypadkiem na Ukrainie, że Tołwiński i Ekielski leżą w jednym grobie.
Ale powróćmy do momentu, gdy pozostawionych na stacji nielicznych mężczyzn, kobiety i dzieci spędzono do 10 bydlęcych wagonów… Jak wyglądała podróż w nieznane?
E.T.: – Trzy tygodnie nas wieźli pociągiem – po ok. 25 osób stłoczonych w jednym wagonie towarowym. Trudno to sobie wyobrazić… W jednym miejscu wycięta była dziura wielkości patelni – to była ubikacja, niczym nie osłonięta. Gdy na pierwszym postoju otworzyli wieczorem drzwi, ktoś przyniósł dwa wiadra wody. Miało to wystarczyć dla wszystkich. Proszę sobie wyobrazić, co to dla nas znaczyło nie myć się przez trzy tygodnie, proszę spróbować nie myć się tylko przez trzy dni! Wprost sypało się z nas, kiedy ktoś się poruszył. A dzieci? A pieluszki? Pampersów przecież nie było… Przez ten czas raz tylko dostaliśmy zupę z pokrzyw, a tak jedliśmy tylko chleb umoczony w wodzie. Ale ludzie dzielili się żywnością.
Na szczęście Józia miała dużo pokarmu (była karmiącą matką) i troje czy czworo dzieci piersią karmiła. Wreszcie przywieźli nas nad rzekę Ob. Byliśmy już zupełnie obojętni, wycieńczeni, myśleliśmy, że nas potopią. Rwaliśmy kawałki szmatek i pisaliśmy na nich imiona i nazwiska naszych dzieci, na wypadek, gdyby po naszej śmierci ktoś je przygarnął, żeby wiedział, z jakich rodzin pochodzą.
Czy wszystkie osoby przeżyły spośród tych, które jechały w wagonie?
E.T.: – Wszyscy przeżyli, ale tylko dzięki Bogu. Uratował nas Różaniec! Potem przeniesiono nas na statek i jeszcze tydzień płynęliśmy dalej rzeką Ob. Na statku panował straszny brud i plaga wszawicy. W małej osadzie (posiołku) przesiedliśmy się na dwie barki (niewodniki) i dalej płynęliśmy rzeką Parabielą. Barki były przepełnione i zaczęły tonąć. Myśleliśmy, że już z nami koniec, ale nareszcie pomalutku jakoś dobrnęliśmy do przystanku. Utopiła się wtedy duża część naszego dobytku.
M.S.: – Najpierw nas wywieźli w okolice Krasnojarska i Nowosybirska – tam byliśmy trzy lata, potem przywieźli nas na dwa lata na Ukrainę i tam już było lepiej. Czyli na zesłaniu byliśmy w sumie pięć lat.
Do jakiej miejscowości na Syberii zostały Panie przydzielone?
E.T.: – To była taka wioska, która nazywała się Kasicha. Przyjechał przedstawiciel kołchozu i wybierał sobie osoby. Targowali ludźmi jak końmi. Zgodzili się na to, żeby nas nie rozdzielać. Tłumaczyłyśmy, że my będziemy obie pracować, a mamusia będzie się dziećmi opiekować. I przystali na to. W całej wiosce była tylko jedna ziemianka dwuizbowa. W jednej izbie mieszkało małżeństwo z dzieckiem, drugą przydzielono nam (trzem kobietom i pięciorgu dzieciom). Wchodzimy, a kobieta, która była w ziemiance, zaczęła płakać. Pomyślałam: „Boże, przecież ona nas nie chce”! Było to bardzo przykre i upokarzające. Tłumaczyłyśmy jej, że będziemy dobre itd., a ona, gdy trochę się uspokoiła, mówi: „Wy tu się gośćcie, jak tylko chcecie, ja tylko tak płaczę, że to, co mnie spotkało 25 lat temu, teraz i was spotyka. Zapomnijcie o domu, to wam lżej będzie”. To była Rosjanka, która została zesłana na Syberię za to, że miała duży majątek, m.in. ok. 40 krów. W kilkunastu ziemiankach Kasichy mieszkali głównie zesłańcy z czasów rewolucji bolszewickiej.
Jak wyglądała codzienność w syberyjskiej wiosce?
E.T.: – Nie można było dziecka zostawić na dworze ani samemu posiedzieć, bo od razu atakowały nas meszki gryzące do krwi – wchodziły dosłownie wszędzie, nie można było się od tego opędzić. Trzeba było mieć stale osłoniętą głowę. A w nocy – nigdy w życiu tego wcześniej nie widziałam – niesamowite ilości pluskiew. Proszę sobie wyobrazić taką sytuację: Pierwszej nocy położyliśmy dzieci na ziemi i gdy już wszystkie spały, nagle jedno zaczęło piszczeć w niebogłosy, aż się całe trzęsło. Odkrywam je, a ono czerwone od pluskiew. A co na to nam powiedzieli gospodarze? Że te pluskwy w drzewach cedrowych siedzą. Więc ja mówię, że trzeba coś na to poradzić, przecież to niemożliwe, żeby tak żyć! A oni na to: „Niczewo, niczewo!”. Trzeba zielska dużo nasypać, to pluskwy pobłądzą i nie trafią do dzieci.
M.S.: – Nie było pieniędzy. Kobiety chodziły na tzw. zmiany, żeby coś wymienić na jedzenie. Na przykład za futro ojca dostałyśmy kilka wiader kartofli. Wtedy właśnie okazało się, jak ogromne znaczenie miały rzeczy zabrane pospiesznie z domu, które wymienione na jedzenie po prostu ratowały nam życie.
E.T.: – Podczas tego chodzenia na wymianę spotykały nas różne przygody. Kiedyś zabłądziłam w tajdze i myślę sobie: „Nie dość, że nic nie 'zmieniłam’, to teraz mogę spotkać niedźwiedzia”. Było już bardzo późno. Przeżegnałam się i poszłam dalej. Na szczęście natknęłam się na małą chatkę i tam przenocowałam. Potem musiałam przejść jeszcze przez zamarzniętą rzekę, ale na niej już kry popękały, choć sama rzeka jeszcze nie płynęła. Przeszedł mnie dreszcz. Co zrobić? Żeby lód się ruszył, trzeba było czekać przynajmniej tydzień. Nie mogłam zostawić kartofli – takiego majątku! I tak przeskakując z kry na krę, udało mi się cudem przejść przez rzekę. Kiedy jedna się zanurzała, to ja na drugą biegiem itd. Z przerażenia ledwo mogłam potem oddychać.
Pani Eugenio, gdzie Pani pracowała podczas pobytu na Syberii?
E.T.: – Pracowałam przy koszeniu trawy. Dostawałam za to dziennie 400 g chleba i dodatkowo 150 g chleba dla dzieci. Mój Boże, pamiętam pierwszy dzień. Okazało się, że dla mnie ta praca jest za ciężka. Ale nic, jak tylko mogę, to koszę i koszę. Nareszcie już obiad. Starałam się trochę odpocząć. Najpierw wzięłam chleb i zaniosłam do domu, z czego mamusia (teściowa) ogromnie się ucieszyła. Potem jednak domyśliła się, że nic nie jadłam, wybiegła za mną i woła: „Dziecko, weź choć kawałek, przecież ja im tu coś ugotuję!”. Bardzo dobrą miałam teściową. Machnęłam ręką i poszłam. Koszę, koszę, a tu wprost ciśnie i dławi mnie w piersi. Nareszcie przerwa. Dół duży wykopali i umieścili w nim ogromny kocioł, pod spodem ogień się pali i gotuje się zupa z pół kilograma mąki żytniej wsypanej do kotła – zwykły krochmal! Dają każdemu po jednym czerpaku, a ja bym wiadro zjadła. Odsunęłam się, uklękłam, przykryłam się, żeby mnie meszki nie „zjadły” i odmawiałam Różaniec z płaczem, bo jeść mi się chciało tak bardzo! Potem kosiłam jeszcze do wieczora i dopiero po zachodzie słońca wracałam kilka kilometrów łodzią do domu – bo tam przemieszczaliśmy się głównie rzekami. Przyjeżdżam do domu, a dzieci płaczą i pytają mnie, czy może czegoś nie „zmieniłam” na jedzenie – na wiadro kartofli i kawałek chleba. Dzieci czekały, że ja coś jeszcze przyniosę do domu, a ja sama byłam taka głodna!
Czy w sytuacjach przymierania głodem ludzie pomagali sobie nawzajem?
E.T.: – Polacy bardzo sobie pomagali. Tam przecież nic kompletnie nie było, tylko nieprzebrana tajga – same lasy. Pewnego razu np. dowiedzieliśmy się, że pani Czarkowska – zesłana na Syberię z trojgiem dzieci – umiera z głodu. Pomyślałam sobie, że to nie może tak być i coś trzeba jej zanieść do jedzenia. Upiekłam placek z pokrzywy i ziemniaków (pokrzywę polewało się wodą, żeby była miękka, kartofel ścierało się na tarce i po zmieszaniu z pokrzywą piekło się placek na płycie). Zachodzę do niej, a ona mówi: „Proszę pani, już leżę, nie mam nic do jedzenia. Dwoje dzieci też leży, tylko jeszcze jedno chodzi”. Poczęstowałam ich tym plackiem, a ona mówi do mnie tak: „Pani Tołwińska, dobrze, że pani przyszła, mam do pani prośbę. Czy pani mogłaby 'zmienić’ moje futro? Jak dam je mojemu synowi, to on mi tylko wiadro kartofli za nie przyniesie, a pani może by na więcej 'zmieniła’?”. Zgodziłam się. Pamiętam jak dziś, że za to futro dostałam dwanaście wiader kartofli. Pani Czarkowska bardzo się ucieszyła. Te kartofle uratowały im życie. Razem z dziećmi przeżyła Syberię i wróciła do Polski.
M.S: – Bieda łączy ludzi. Mamusia bardzo życzliwie wspomina tych, którzy byli z nami zesłani. Spotkaliśmy też wielu życzliwych Rosjan czy Polaków, którzy zostali wywiezieni na Syberię w latach 20. ubiegłego wieku. Polacy byli bardzo solidarni, inaczej by nie przetrwali. We wsi, w której mieszkaliśmy, w maju i w październiku organizowali wspólną modlitwę różańcową. To ich trzymało.
Tej biedy doświadczali dotkliwie wszyscy mieszkańcy Syberii, czasem w stopniu dla nas dziś niewyobrażalnym…
E.T.: – Podam taki przykład. W drodze powrotnej z tej „zmiany” futra pani Czarkowskiej spadł śnieg i nie dało się przejść przez zamarznięte jezioro, bo wydeptana przez ludzi ścieżka została zasypana i brnęło się w śniegu po kolana. Trzeba było gdzieś przenocować. Razem z synem pani Czarkowskiej trafiliśmy na nocleg do „czarownicy”. Otwieram drzwi, a w środku izby siedzi półnaga kobieta. Sweter dziurawy, włosy potargane. Przedtem nigdy nie widziałam tak obdartej i biednej kobiety. Drzwi zamknęłam na zaszczepkę i usiadłam na kartoflach – przecież to był wielki majątek, który ktoś mógł nam zabrać! Kobieta miała troje dzieci. Podała im do jedzenia w miseczce ugotowaną żytnią mąkę. Dzieci leżały na łóżku przykryte chodnikiem ze szmatek. Jeśli dziecko było w koszuli, to bez majtek, a które w majtkach, to bez koszuli. Wyleźli spod tego chodnika, zjedli kaszę i do tego napili się ze dwa lub trzy kubki czaju – napoju z ziela. Jej mąż siedział w więzieniu, a ona miała kilogram mąki wypisanej z kołchozu i musiała z tego wyżyć. Ugotowałam wtedy trochę kartofli, dałam chłopcu, żeby się najadł, i poczęstowałam jej dzieci. Zjedli to jak nie wiadomo jaki przysmak.
Jakie znaczenie miała w tamtych okolicznościach wiara wyniesiona z domu rodzinnego?
M.S.: – Wiara nas trzymała przy życiu. Ludzie bardzo dużo się modlili. Mamusia mówi, że chociaż teraz ma tak dużo czasu, to nie umie już tak się modlić, jak wtedy w tajdze. Zagrożenie wyzwalało w człowieku ogromne zawierzenie Bogu, bo poza Nim już nic innego nie zostawało.
E.T.: – Życie na Syberii wydawało się czasem ponad siły człowieka. Pamiętam zdarzenie, w którym w stanie kompletnego załamania otrzymałam pomoc z Nieba. Cały dzień płakałam, nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Klęczę w kącie, modlę się na różańcu i płaczę. Nagle poczułam, że ktoś złapał mnie za ramię i usłyszałam głos mojego męża, który powiedział do mnie bardzo zdecydowanie: „Nie płacz!, nie płacz!, nie płacz!”. Obejrzałam się za siebie z myślą, że może on tu gdzieś jest. Nikogo jednak nie było, ale przygnębienie odeszło. Potem okazało się, iż w tym czasie odbywała się ekshumacja zwłok osób zamordowanych pod Hajnówką. Innym razem, kiedy Marysia bardzo ciężko chorowała i była umierająca, przyszła mi nawet myśl, żeby się rzucić do rzeki i skończyć z tym wszystkim, ale znowu ktoś, wyraźnie to odczułam, przytrzymał mnie za ramię i powstrzymał od zrobienia tego. Bóg nad nami czuwał.
Jak było możliwe przetrwanie zimy na Syberii, gdy temperatura spadała do -40 st. C, w sytuacji gdy niemożliwa była jakakolwiek praca?
M.S.: – Z kołchozu przydzielano deputaty. Bieda była straszna i zimę przeżywało się głównie dzięki wymianie. Ciocia Józia, której się dobrze powodziło, zabrała sporo rzeczy: futra, buty itp. Na Syberii były to bardzo atrakcyjne towary. Nie słyszałam, żeby można je było wymienić na coś innego niż ziemniaki. Jak już mama wspominała, tam też była bieda, nie było jakichś innych produktów. Potem już na Ukrainie, kiedy były rozdzielane dary z UNRRA, [Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Pomocy i Odbudowy – powstała w USA w 1943 r. dla niesienia pomocy krajom alianckim zniszczonym w wyniku II wojny światowej – wyj. red.] brano pod uwagę jakieś kryteria, np. liczbę dzieci itp. Przetrwaliśmy dzięki zaradności, głównie cioci i mamy, bo żyliśmy w warunkach ekstremalnych.
Jak wyglądały święta?
M.S.: – Wszyscy siedzieliśmy i płakaliśmy.
E.T.: – Z początku mieliśmy kalendarz, później trudno było się domyślić, jaki mamy dzień. Ciągle wierzyliśmy, że możliwy będzie powrót do Polski. Jak człowiek okropnie tęsknił! Mnie się zdawało, że to nigdy nie nastąpi. Jedni drugich tylko podtrzymywali na duchu. Moja teściowa była prostą kobietą, ale bardzo mądrą. Jak się dowiedziałyśmy, że nasi mężowie zostali zamordowani, okropnie się załamałyśmy, zaczęłyśmy lamentować. A babcia, która straciła i syna, i zięcia, mówiła do nas wtedy: „Zostawcie to wszystko Panu Bogu”. Na Syberii najwięcej ona nas uspokajała.
M.S.: – Babcia miała receptę na dobrą teściową: maksimum pomocy, maksimum modlitwy, minimum ingerencji. To jest naprawdę dobra recepta!
E.T.: – Pamiętam, że trafiła nam się praca, za którą można było dostać dodatkowy przydział chleba. Trzeba było prząść len i skręcać nici do wyrobu sieci rybackich. Za kilogram przerobionego w ten sposób lnu, a to była bardzo ciężka praca, dostawałyśmy kilogram chleba. Myślałyśmy: „Będzie więcej chleba na święta, to przynajmniej wtedy najemy się do syta”. Zarobiłyśmy parę kilogramów chleba, schowałyśmy go do skrzynki, żeby wysechł. Przyszły święta, ale ledwie zaczęliśmy jeść, a tu jedno dziecko skulone – boli je brzuch, potem drugie. Jak się tego suchego chleba najadły i zimną wodą popiły, to żołądki nie wytrzymały. I takie to były święta…
Czy te trudne warunki odbiły się na zdrowiu Pań?
M.S.: – Wszyscy chorowaliśmy na oczy, na skutek niedożywienia, braku witaminy D. Potem, już po powrocie, miałam nadal poważne kłopoty z oczami, długo leżałam w szpitalu, podobnie reszta rodzeństwa. My z Jadzią najbardziej byłyśmy poszkodowane, bo byłyśmy najmłodsze. Na Syberii oczywiście brakowało lekarza i jakichkolwiek lekarstw. Plagą były wszy. Na Ukrainie mieszkałyśmy w jednym domu z człowiekiem chorym na gruźlicę. Z pobytu na Syberii pozostała mi pamiątka, a mianowicie skurczony żołądek. Jako małe dziecko głodowałam i żołądek nie rozrósł się tak, jak trzeba. Kiedy już jako dorosła kobieta miałam robione badania, lekarz, który je wykonywał, zawołał swojego kolegę i powiedział: „Chodź, zobacz, to jest żołądek ośmioletniego dziecka!”.
Jak to się stało, że udało się Paniom przedostać z Syberii na Ukrainę?
M.S.: – Po rozmowach generała Sikorskiego ze Stalinem sytuacja Polaków poprawiła się. W pewnym momencie doszły do nas wieści, że można się przybliżyć do Polski, choć jeszcze nie mogliśmy do niej wrócić. Na Ukrainie było już trochę więcej cywilizacji. Zamieszkaliśmy w miasteczku Olchowatka. Jak wspomniałam, rozdzielane były dary z UNRRA, które mimo że miałam dopiero trzy lata, „załatwiałam” dla rodziny. Mówiąc żartem, już wtedy wykorzystywałam swoją urodę i biegłość. Szłam do Żyda i śpiewałam mu: „Mój charoszenkij, mój prichożenkij”, a za to dostawałam np. puszkę fasoli. Innym razem dostawałam ołówek i kartkę. Pamiętam też, że był tam targ, na który chodziłam kupować ziarna słonecznika. Mama robiła na drutach kobietom ukraińskim różne sweterki, pomponiki itp. Ciocia dostała pracę w cukrowni. Przynosiła nam cukier w dużych butach z cholewami, z których, ku naszej radości, ten cukier wysypywała. Potem dostała pracę, gdzie wyrabiano masło. Nosiła przy pasie woreczek z materiału, do którego je chowała, a że była przy kości, więc mogła łatwiej to masło ukryć. Mój brat razem ze Stasiem Ekielskim chodzili pod cukrownię. Mieli długie tyczki z wbitym na końcu gwoździem, na który nabijali buraki cukrowe i przynosili je do domu. Wtedy babcia kroiła buraka w plasterki i piekła na gorącej płycie. To był wielki rarytas.
Pani Mario, podczas zesłania na Syberię była Pani małą dziewczynką. Jaki ślad pozostawiło to ciężkie doświadczenie w Pani życiu?
M.S.: – Dla mnie to są bardzo trudne wspomnienia. Mamusia często o tym opowiada i czasami nie bardzo wiem, czy to, co mam w pamięci, to są moje osobiste wspomnienia, czy raczej mamusi opowieści. Pamiętam powrót do Polski, pamiętam, że coś śpiewałam po rosyjsku i że dostałam od jakiegoś żołnierza cukierka i nie wiedziałam, co to jest. Ale w pamięci pozostały mi przede wszystkim głód i zimno… My wszyscy, sybiracy, mamy syndrom głodu. Mama do dziś ciągle boi się, że będzie np. za mało chleba w domu. Każdemu, kto wchodzi do mieszkania, od razu odruchowo zadaje pytanie: „Może jesteś głodny?”. Pamiętam, że również nasza ciocia Józia miała taki zwyczaj. Kiedy wróciła do Siemiatycz, u niej w domu zawsze stały gary nagotowanego jedzenia. Takie są konsekwencje pięciu lat ciągłego niedojadania. Jesteśmy wdzięczni Bogu, że żyjemy, że wróciliśmy.
Jak wyglądał powrót do Polski?
M.S.: – To był marzec 1946 roku. Wieźli nas w wagonach towarowych, było zimno. Przyjechaliśmy do Lublina. Przez PUR [Państwowy Urząd Repatriacyjny – wyj. red.] zostaliśmy skierowani na Majdanek. Przez jakiś czas nocowaliśmy w obozowych barakach na pryczach ze słomą. Tam robione były imienne listy. Po powrocie z Syberii już nie wróciliśmy na stałe do Tołwina. Wyjechaliśmy na Ziemie Odzyskane do Elbląga, gdzie mama dostała pracę w szwalni, w dużych zakładach odzieżowych.
Jaki miały Panie stosunek do Rosjan po tych strasznych doświadczeniach Syberii, a potem po pobycie na Ukrainie?
M.S.: – Myślę, że nie można żyć w nienawiści, bo to byłoby przecież niszczące. Nie mam w sobie jakiejś niechęci czy żalu. Czasami tylko przykro mi, że moje dzieciństwo było takie byle jakie. Mamusia natomiast im nie wierzy, ale nie ma urazy. Co roku od dziesięciu lat przyjmujemy pielgrzymów z Białorusi i Ukrainy zdążających na pielgrzymkę do Częstochowy. To są raczej biedni ludzie. Przyjmuję ich bardzo życzliwie. Jak się przeżyje coś takiego, jak Syberia, to potem zostaje większa wrażliwość na potrzeby drugiego człowieka.
Skąd wzięła się Pani miłość do muzyki?
M.S.: – Jak już wspomniałam, mój tato był uzdolniony muzycznie, odziedziczyłam po nim te zdolności i gram na pianinie. Przydało się to w mojej pracy pedagogicznej. W przedszkolu prowadziłam rytmikę. W moje ślady poszedł mój syn i gra na gitarze basowej i kontrabasie.
Czy to prawda, że pani Eugenia jeszcze do niedawna haftowała serwetki bez użycia okularów?
– Tak, mamusia ma 97 lat i doskonale się trzyma. Haftuje na maszynie serwetki. Codziennie czyta „Nasz Dziennik” od deski do deski. My tej gazety nie niszczymy, jak przeczytamy, to oddajemy do szpitala. Mamy zaprzyjaźnioną pielęgniarkę i ona chętnie te przeczytane numery zabiera. Bardzo jesteśmy wdzięczni za tę gazetę.
Jakie jest najważniejsze przesłanie, które chciałaby Pani przekazać swoim dzieciom i wnukom?
– Wszyscy jesteśmy wierzący. Wychowanie według tych wartości pomogło nam przetrwać na Syberii. Bo zawsze towarzyszyła nam nadzieja, że Pan Bóg jest z nami w tym trudnym doświadczeniu. Nie mamy żadnego majątku, ale mama przekazała nam prawość i zawierzenie Bogu każdego dnia. To staram się przekazywać dzieciom, i zawsze je uczę, żeby żyli ze sobą w zgodzie i żeby sobie pomagali. Mojego syna bardzo drażni tzw. wyścig szczurów. Mówi często: „Mamo, za czym oni tak pędzą, szkoda życia na takie życie…”. Cieszę się, bo to jest efekt moich zabiegów i teraz to procentuje.
Dziękuję za rozmowę.
Marsz Sybiraków
Z miast kresowych, wschodnich osad i wsi,
Z rezydencji, białych dworków i chat
Myśmy wciąż do Niepodległej szli,
Szli z uporem, ponad dwieście lat!
Wydłużyli drogę carscy kaci,
Przez Syberię wiódł najkrótszy szlak.
I w kajdanach szli Konfederaci,
Mogiłami znacząc polski trakt…
Z Insurekcji Kościuszkowskiej,
z powstań dwóch,
Szkół, barykad Warszawy i Łodzi
Konradowski unosił się duch
I nam w marszu do Polski przewodził.
A myśmy szli i szli dziesiątkowani
Przez tajgę, stepy – plątaniną dróg!
A myśmy szli i szli, i szli – niepokonani!
Aż „Cud nad Wisłą” – darował nam Bóg!
Marian Jonkajtys
