Rodzice żyjący Eucharystią przykładem dla swoich dzieci
Mieczysław Guzewicz
Uroczystość Pierwszej Komunii Świętej jest momentem zasiania ziarenka. Dziecko przyjmuje do swojego serca Jezusa i rozpoczyna się proces mogący przynieść korzyści doczesne i duchowe. Rozpoczyna się rozwój i wzrost mogący przynieść bardzo obfity plon. Jednak wszyscy dostrzegamy smutną rzeczywistość, w której już po kilku tygodniach od uroczystości bardzo dużej części dzieci nie ma w kościele na niedzielnej Mszy. Nie ma też ich rodziców. W różnych częściach naszej Ojczyzny jest to proporcja od 10 do 70 procent. Tak, nawet ponad dwie trzecie dzieci po przyjęciu Jezusa przestaje już po kilku tygodniach praktykować, zaniedbując także sakrament pojednania.
W wielu parafiach bardzo dużo dobrej pracy na tej płaszczyźnie wykonują katecheci. Zachęcają dzieci do udziału w życiu sakramentalnym, do praktyk, do udziału w nabożeństwach. Przez kilka lat te zachęty w jakimś stopniu skutkują, ale 14-latki i starszą młodzież już niełatwo jest przekonać, zachęcić tylko na gruncie katechezy szkolnej. Bez wsparcia rodziców efekty są znikome. Lecz czy religijne wychowanie dzieci to obowiązek księży, sióstr, katechetów świeckich? Z całą mocą trzeba przypominać, że to rodzice są pierwszymi apostołami wobec swoich dzieci. Katecheza szkolna i parafialna ma tylko te działania wspierać. Religijny klimat domu rodzinnego jest glebą warunkującą rozwój ziarenka zasianego w dniu Pierwszej Komunii. Są też inne czynniki mające wpływ na ten wzrost. W przyrodzie liczą się powietrze, wilgoć, światło, temperatura, ale najważniejsza jest gleba. Do niej można porównać religijność rodziców!
Bardzo dobrze do tej części naszego rozważania pasuje obraz z Jezusowej przypowieści o siewcy. Jest siewca, jest ziarno, ale są też czynniki warunkujące wzrost. Obfity plon przynosi tylko to ziarno, które padło „na ziemię żyzną” (por. Mt 13, 1-9). Zwróćmy też uwagę, że w tej przypowieści nasz Pan i Nauczyciel ukazuje proporcję: tylko jedna czwarta zasiewu przynosi plon. Jakże odpowiada to wskaźnikom, które obserwujemy w naszych parafiach.
Kościół jest depozytariuszem dóbr duchowych. Dzięki szafarzom i sakramentom rozsiewa ziarno, obdarowuje nas możliwościami korzystania z nieograniczonych łask. Wielu z nas zaniedbuje, ignoruje, czasami wręcz celowo niszczy ten potencjał. Ale jest to szczególnie smutne, kiedy dotyczy dnia Pierwszej Komunii dziecka. Nie mam wątpliwości, osobowość większości dzieci jest delikatna, ufna, gotowa do wchłaniania dobra i wielu innych wartości. Jest doskonałym „materiałem”, z którego można uformować kogoś wielkiego, szlachetnego. Dochodzi do tego jeszcze płaszczyzna nadprzyrodzona, otwierająca na pełne możliwości rozwoju już w dniu przyjęcia sakramentu chrztu. Trzeba tylko podjąć wysiłek, trud tworzenia „dzieła sztuki”. Stwórca bardzo chce pomóc, rodzice często lekceważą zadanie i pomoc. Każde dziecko cieszy się wielkimi przywilejami u Jezusa, który je błogosławi, pokazuje jako wzór do naśladowania, obiecuje niewyobrażalną nagrodę za przyjęcie maleństw: „Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje mnie, lecz Tego, który Mnie posłał” (Mk 9, 37). To szansa i wielka odpowiedzialność.
W czasie spotkań z rodzicami dzieci pierwszokomunijnych lubię odwoływać się do fragmentu wypowiedzi Jana Pawła II z Zakopanego z 1997 roku. Tam w kościele na Krzeptówkach w czasie spotkania z dziećmi nasz wielki rodak kilka zdań skierował do nas, rodziców. Powiedział między innymi: „Przynosząc kiedyś wasze dzieci do chrztu, zobowiązaliście się do wychowania ich w wierze Kościoła i w miłości do Boga”1. Tak delikatnie, po ojcowsku, przypomniał rodzicom, do czego się zobowiązali. Jest to rzeczywiście bardzo delikatne przypomnienie, gdyż dla ludzi wierzących oczywista jest zależność, iż po narodzinach dziecka w naturalny sposób na rodzicach spoczywa obowiązek przekazania mu wszystkich treści z zakresu wiary. Dla pełnego potwierdzenia tej naturalnej zależności w czasie chrztu dziecka kieruje się do rodziców słowa: „Drodzy rodzice, prosząc o chrzest dla waszego dziecka, przyjmujecie na siebie obowiązek wychowania go w wierze, aby zachowując Boże przykazania, miłowało Boga i bliźniego, jak nauczył Jezus Chrystus”. Piękna jest natura tego zobowiązania. Religijne wychowanie to przekazanie dziecku wartości, które chronią je, chronią nas i całe społeczeństwo. Jest to wpojenie naszemu potomstwu zasad, które są początkiem i warunkiem rozwoju w kierunku doskonałości w każdej dziedzinie. Nie brakuje przykładów, do czego zdolny jest człowiek dobrze wykształcony i rozwinięty intelektualnie, ale pozbawiony wartości uniwersalnych, lekceważący Dekalog i Ewangelię. Warto pamiętać, że zaniedbanie w tej dziedzinie, ze swoimi wielorakimi konsekwencjami, uderza najpierw w rodziców, dopiero potem w Kościół, w społeczeństwo. Dlatego przypominam sobie i rodzicom, przy okazji wspomnianych spotkań, że wywiązywanie się z tego zobowiązania bardzo się nam, rodzicom, opłaci. Każdy z nas pragnie słyszeć słowa: „Ale z tego państwa syna to wspaniały, wartościowy człowiek”. Jeśli tak będzie, to miejmy świadomość, że jest to efekt naszego bardzo konkretnego trudu, naszej konsekwencji wobec wiary, naszej współpracy ze Stwórcą. Jednocześnie nikomu nie życzę doświadczenia wyrażonego słowami: „Synu, jak mogłeś tak zrobić, tak nas zranić”. Jednak jeśli zlekceważymy realizację podjętych na chrzcie zobowiązań, to taka sytuacja nas nie ominie. To tylko kwestia czasu. Jest też inny element natury tego zobowiązania, mianowicie ten, że sam Dobry Ojciec bardzo chce nam pomagać w tym dziele. Otwieranie się przez życie sakramentalne na współpracę z Najlepszym Wychowawcą zaowocować może tylko doskonałymi efektami. Jest to wielka zachęta to podjęcia intensywnej współpracy z Bogiem w realizacji trudu wychowania.
W tej samej homilii z Zakopanego Jan Paweł II wypowiedział także takie słowa: „Jeśli chcecie obronić wasze dzieci przed demoralizacją i duchową pustką, które proponuje świat przez różne środowiska, a nawet szkolne programy, otoczcie je ciepłem waszej rodzicielskiej miłości i dajcie im przykład chrześcijańskiego życia”. Dostrzegamy, że każda część tego fragmentu zawiera treść o najwyższej randze. Ja sam jako rodzic trojga dzieci chcę się nad nimi intensywnie zastanawiać, wyciągać wnioski. Kilka tygodni temu zainteresowałem się ilustracją zamieszczoną na okładce jednego z tygodników. Przedstawiała pluszowego misia z pętlą na szyi. Podszedłem bliżej do kiosku i spostrzegłem tytuł artykułu: „Czemu nie chcą żyć. Fala samobójstw wśród polskich dzieci”. Po przeczytaniu odczułem bardzo duże wewnętrzne poruszenie: duchowa pustka. Jeśli dziecko, młody człowiek targa się na własne życie, to świadczy to o największym poziomie jego wewnętrznej pustki. Papież podaje doskonałą receptę na niedopuszczenie do takiego stanu, a więc też na obronę naszych dzieci przed największymi dramatami. Duchowa pustka może także doprowadzić do całkowitego odwrócenia się młodego człowieka od Boga na wiele kolejnych lat, a w konsekwencji do odcięcia się od „źródła wytryskującego ku życiu wiecznemu” (por. J 4, 1-42). W tej genialnej recepcie znajdują się dwa elementy: ciepło rodzicielskiej miłości i przykład chrześcijańskiego życia. Oba nierozerwalnie ze sobą związane. Zaspokajanie u dziecka potrzeby bycia kochanym przez autentyczną miłość między rodzicami jest bardzo skutecznym sposobem doładowywania jego „akumulatora” emocjonalnego i zapobiegania tworzeniu się deficytu, pustki. Oczywiście najważniejsza jest miłość małżeńska rodziców mająca możliwość pięknego rozwoju i wielkiej żywotności dzięki sakramentowi małżeństwa. Dopiero potem chodzi tu o miłość rodzica do dziecka. Jest ona wtórna i warunkowana przez tę pierwszą.
Kolejne wyrażenie: „i dajcie im przykład chrześcijańskiego życia”, zawiera całą istotę naszego problemu. Można, parafrazując wypowiedź Ojca Świętego, powiedzieć, że jeśli chcemy zapewnić dziecku pełny rozwój duchowy, stworzyć optymalne warunki do wzrostu ziarna zasianego w czasie sakramentu chrztu i uroczystości Pierwszej Komunii, wywiązać się z obowiązku religijnego wychowania i zabezpieczyć przed demoralizacją, musimy z całą konsekwencją autentycznie żyć wiarą, być jej świadkami. To przykład chrześcijańskiego życia jest najlepszym sposobem wypełniania tych zadań i skutecznej profilaktyki. To takie oczywiste, a jednak tak trudne. Chodzi o przykład zarówno wypełniania w swoim życiu treści Ewangelii, życia nią na co dzień, jak i wierności Dekalogowi, przykazaniom kościelnym, całej nauce Kościoła. Kochanych dzieci pierwszokomunijnych po kilku tygodniach nie ma już na niedzielnej Mszy św., gdyż ich rodzice także nie chodzą. Nie ma przy konfesjonale w pierwsze piątki, bo rodzice tego nie praktykują. Gimnazjaliści zaskakują nas skalą negatywnych zachowań, gdyż ich rodzice powszechnie lekceważą zasady Dekalogu. Młodzież w zdecydowanej większości okazuje pogardę wobec uczciwości, czystości, ogólnoludzkich wartości, krytykuje duchowieństwo i Kościół, gdyż tak postępują ich rodzice. Rygoryzmem w wymaganiach niewiele się osiągnie. Podstawą autentycznego wychowania do zachwytu Ewangelią i osobą Jezusa jest przykład rodziców.
Fundamentem tych wszystkich działań jest systematyczny udział we Mszy Świętej. Wielokrotnie spotykamy się z sytuacją posyłania samego dziecka do kościoła. Jest to wielkie nieporozumienie. W dłuższej perspektywie takie postępowanie nie przyniesie żadnego efektu. Dziecko ma chodzić do kościoła nie dlatego, że tak każą rodzice, ale z powodu naturalnej potrzeby, którą przejmuje od rodziców poprzez wspólny z nimi udział w niedzielnej Uczcie Eucharystycznej i w czasie innych świąt. Piszę to także w oparciu o własny przykład. Staramy się zawsze razem uczestniczyć w niedzielnej Mszy. Wcześniej, w czasie śniadania, słuchamy transmisji z kościoła Św. Krzyża z Warszawy. Jest to z jednej strony pomoc w wytworzeniu świątecznego klimatu w domu, kiedy napełnia się on śpiewami i modlitwami, a z drugiej pozwala na wcześniejsze zapoznanie się z treścią czytań, wprowadza w ich zrozumienie. Jako stały element tego dnia traktujemy obejrzenie transmisji z Watykanu z modlitwy „Anioł Pański” oraz południowych programów redakcji katolickiej. Wszystko to jest jakby tłem do Mszy św., która staje się najważniejszym elementem dnia.
Nasz wielki rodak Jan Paweł II w swojej ostatniej encyklice „Ecclesia de Eucharistia” napisał: „Kościół żyje dzięki Eucharystii”. Możemy pozwolić sobie na parafrazę i powiedzieć: „Rodzina żyje dzięki Eucharystii”. I zaraz dodać, że rodzina nie może żyć bez Eucharystii. Odcinając się od źródła, skazujemy się na obumieranie duchowe. Jako najmniejsza komórka organizmu Kościoła przyczynimy się w ten sposób także do osłabienia całego ciała. Eucharystia dla naszych rodzin jest słońcem, powietrzem, napojem. Jakie to wielkie szczęście, że mamy w Polsce tyle kościołów, w których w każdą niedzielę odprawiana jest Msza św., że mamy tylu szafarzy sakramentów. Nie mam problemów z dostępem do Źródła. Za kilka tygodni w wielu naszych świątyniach dokona się bardzo obfity zasiew. Kolejne roczniki dzieci dostąpią łaski bezpośredniego kontaktu z Jezusem. To od nas, rodziców, zależy obfitość plonów, jakość postawy dzieci, gimnazjalistów, młodzieży. Bardzo nam się opłaci wkładać maksymalny wysiłek w utrzymywanie gleby w najlepszym stanie. Chodzi nie tylko o wychowanie młodych Polaków jako ludzi pięknych, uczciwych, pracowitych, szanujących dorosłych, przestrzegających zasad, norm, przepisów, ale przede wszystkim ludzi, którzy będą apostołami miłości Jezusa Eucharystycznego. Chodzi nade wszystko o to, aby nasze dzieci znalazły się w gronie zapisanych w księdze życia: „Dlatego też słusznie św. Ignacy określa Chleb eucharystyczny jako lekarstwo na nieśmiertelność, antidotum na śmierć” („Ecclesia de Eucharistia”, 18).
1 Homilia Jana Pawła II, Zakopane, 7 czerwca 1997 r. w: Jezus Chrystus wczoraj, dziś i na wieki. Przemówienia z Pielgrzymki Apostolskiej Ojca Świętego do Polski w 1997 roku, Ząbki 1997, s. 119-120.
