W obronie rodziny


Na nowych bohaterów narodowych liberalne media usiłowały wykreować dwóch nowojorczyków – Brendana Faya i Thomasa Moultona, pozostających w związku gejowskim, którzy przyjechali specjalnie do Polski, aby „bronić wolności”. Może to wyraz wdzięczności za Kościuszkę bądź Pułaskiego, którzy swego czasu udali się w podróż w przeciwną stronę, by walczyć o wolność „waszą i naszą”? Polscy postępowcy milczą na razie na ten temat – chyba dlatego, że są zajęci przepraszaniem wszystkich wokół za polskiego „homofobicznego” prezydenta i polski Naród, który uparcie tkwi w ciemności. A zwyczajni ludzi gubią się w pytaniach: o co w tym wszystkim chodzi? Odpowiedź na to pytanie jest prosta i zarazem złożona. Dlaczego?

Samo zjawisko homoseksualizmu ma skomplikowaną naturę, czym innym bowiem jest sama wewnętrzna skłonność, którą człowiek odkrywa w sobie, czym innym uleganie jej poprzez tworzenie związków homoseksualnych i podejmowanie współżycia, a jeszcze czymś innym domaganie się instytucjonalnej legalizacji związków jednopłciowych i zrównania ich w prawach ze związkami heteroseksualnymi, postawienia na jednej płaszczyźnie z rodziną w klasycznym tego słowa znaczeniu. Do każdego z tych zagadnień należy podejść inaczej. Problem jest niezwykle delikatny – w dyskusji, jaka od czasu do czasu przetacza się w naszym kraju, pojawia się wiele niezrozumienia i krzywdzących opinii, a także niesłusznych oskarżeń o homofobię, nietolerancję itp. Skoro rzekomo Polacy to tacy homofobi, to dlaczego praktycznie nie ma skarg na prześladowania ze względu na orientację seksualną w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich? Dlaczego ogromnej większości Polaków zupełnie nie interesuje sprawa, kto ma jakie preferencje seksualne? To sprawa bardzo intymna, osobista – jeżeli ktoś z tego czyni sztandar, to raczej on ma problem…

Faktem jest, że lobby homoseksualne w całej Europie, także za oceanem, jest bardzo mocne, ma swego rzecznika w partiach lewicowych i organizacjach lewackich. Poprawność polityczna nakazuje mówić o osobach manifestujących (zwykle bardzo hałaśliwie) swoją „inność” niemalże jak o bohaterach narodowych (vide: cała oprawa medialna, fascynacja granicząca wręcz z uwielbieniem dla Faya i Moultona, sprowadzonych do Polski na zaproszenie i za pieniądze TVN). „Walczących o prawa” gejów i lesbijki stawia się na czele ruchów okrzykniętych „postępowymi”. Każda próba podjęcia racjonalnej dyskusji, obrony wartości rodziny, często tylko wyrażenie tego, co podpowiada logika – że chodzi tu o prostą prokreatywność, która uprzywilejowuje małżeństwa w klasycznym tego słowa znaczeniu, sprawiają, że pojawiają się bardzo brutalne potępienia, oskarżenia, zwykle kierowane w stronę Kościoła i społeczeństwa.


Jak jest naprawdę?


Trzeba jasno powiedzieć: Kościół nigdy nie potępiał człowieka noszącego w sobie skłonności homoseksualne. Nie czynił też tego Jezus, który nie piętnował nikogo – nawet największego grzesznika, otaczał miłością tych, którymi najbliżsi wzgardzili i których odrzucili. Pozostawiam na boku dyskusję, która się dziś toczy, dotyczącą dylematu: czy skłonność homoseksualna jest wrodzona genetycznie, czy jest to raczej kwestia niewłaściwego wychowania, wpływ środowiska, w którym człowiek wzrasta? To temat bardzo zawiły i wieloaspektowy, niewygodne dla organizacji gejowskich wyniki badań są albo przemilczane, albo nagłaśnia się to, co jest poprawne ideologicznie i potwierdza ich roszczeniowe tezy. Faktem jest, że są osoby, które mają wewnętrznie zaburzoną zdolność do tworzenia relacji i że z tego powodu bardzo cierpią. Znam ludzi dorosłych, nawet ojców i matki, którzy mają rodziny, dzieci, ale wewnętrznie są bardzo nieszczęśliwi. To niezwykle trudne problemy i często wielkie życiowe tragedie. Nie zawsze da się pomóc. Rzecz jednak absolutnie fundamentalna: nikt nie ma prawa, by ich potępiać, wyłączać poza nawias społeczeństwa, zaliczać do grupy tych „gorszych”. I tak się nie dzieje! Chrześcijanina obowiązuje prawo miłości, które konstytuuje jego tożsamość. Nie ma innej opcji. Nieprawdą jest, że Kościół problemy homoseksualistów spycha na margines i piętnuje. Wielokrotnie poprzez oficjalne dokumenty watykańskie głos papieski przypominał o obowiązku szacunku, delikatności i współczucia wobec nich. Mają oni pełne prawo do korzystania z całego dobra, jakim dysponuje Kościół, z sakramentów świętych, pod warunkiem jednak, że zrezygnują z tworzenia nieuporządkowanych relacji, włącznie ze współżyciem. Nie ma tu nic niezwykłego, gdyż ta sama zasada dotyczy także nieuporządkowanych, grzesznych relacji heteroseksualnych.


To nie kara Boża


Niejednokrotnie pojawia się zastrzeżenie, że przeciwstawiając się legalizacji związków homoseksualnych, uznając współżycie homoseksualne za dewiację, Kościół odmawia osobom o tej orientacji prawa do szczęścia. Kościół nikomu nie odmawia prawa do szczęścia – wskazuje jedynie, że nie każda droga doń prowadzi. Przecież także wśród osób heteroseksualnych są takie, które nie nadają się do tego, by założyć rodzinę; jak mówi Jezus, jedni nie nadają się do małżeństwa, ponieważ takimi się już urodzili, innych uczynili takimi ludzie, a jeszcze inni dobrowolnie rezygnują z niego np. dla wyższej idei (służba bliźnim) czy dla królestwa niebieskiego (por. Mt 19, 12). Homoseksualizm nie jest też karą Bożą, nie jest szatańskim piętnem. Kto tak głosi, popełnia błąd nadinterpretacji.

Według psychologów, skłonności homoseksualne mogą pojawić się przejściowo w okresie dojrzewania i kształtowania się postaw seksualnych, społecznych młodego człowieka. Jest to czas bardzo trudny, wymaga wielkiej uwagi i mądrości. Psychologowie, lekarze podkreślają, że kluczowe znaczenie mają tutaj właściwe relacje z rodzicami. Udowodniono, że zaburzona relacja np. z ojcem (bądź jego brak) może przyczynić się do wypaczenia osobowości i tego, że młody człowiek zaczyna patrzeć na świat oczami kobiety – matki. Podobnie procentuje niewłaściwa więź, jaka istnieje pomiędzy córką i ojcem. To tylko jedna z sytuacji, która uniemożliwia osiągnięcie prawidłowej dojrzałości psychoseksualnej. Doskonale zdają sobie z tego sprawę działacze organizacji lesbijskich i gejowskich, bezwzględnie wykorzystując istniejące wewnętrzne niezdecydowanie. Bardzo drapieżna propaganda, love parady, nagłaśnianie medialne społecznych inicjatyw organizacji lewackich, polityka oskarżeń – są celowymi działaniami mającymi za zadanie pokazać: zobaczcie, jest nas wielu, jesteśmy silni, nie bójcie się, przyjdźcie do nas! To dodatkowo zafałszowuje istotę problemu i wielu, szczególnie młodych ludzi, daje się zwieść fałszywej wizji wolności i płciowości. Poprawność polityczna jeszcze bardziej zaciemnia problem, praktycznie uniemożliwiając uczciwą, publiczną dyskusję.


O właściwy obraz rodziny


O ile Kościół nie potępia samej skłonności homoseksualnej, to jednak bardzo zdecydowanie protestuje przeciwko czynom homoseksualnym (podjęcie współżycia, „małżeństwa” gejowskie), jak też lobbowaniu na rzecz legalizacji związków homoseksualnych i przyznawania im praw do adopcji dzieci. Opór ten wyrasta z samego prawa naturalnego, z nauczania Pisma Świętego i z antropologii bliblijnej. Bóg stworzył człowieka jako mężczyznę i kobietę. Oboje dopełniają się duchowo i biologicznie, są w stanie przekazać życie. Nie ma tutaj alternatywy – stosunki homoseksualne bowiem w sposób naturalny „wykluczają z aktu płciowego dar życia”. Biblia wielokrotnie w sposób jasny i zdecydowany potępia stosunki homoseksualne, traktując je jako poważną deprawację (por. Rz 1, 24-27; 1 Kor 6, 10n; 1 Tm 1, 10). W „Uwagach na temat homoseksualizmu” wydanych przez Kongregację Nauki Wiary 31 lipca 2002 r. (dokument podpisany przez ks. kard. Josepha Ratzingera, obecnego Benedykta XVI), Kościół potwierdza niemoralność tych praktyk, co więcej, obliguje ludzi wierzących do promowania właściwej koncepcji płciowości tak, by nie tworzyć tu dwuznaczności i by jasno opowiadać się przeciwko tworzeniu warunków sprzyjających promowaniu i rozwojowi dewiacji. Co się rzadko zdarza w tego typu wystąpieniach, ks. kard. Ratzinger wprost zobowiązuje polityków, kierujących się wartościami chrześcijańskimi w tworzeniu prawa, do przeciwstawiania się legalizacji „małżeństw” homoseksualnych i jasnego wyrażania swojego sprzeciwu w sytuacji, gdy podejmowane są próby zaburzenia porządku społecznego poprzez deprecjację rodziny w jej tradycyjnym rozumieniu.

Niewątpliwie w najbliższym czasie będziemy świadkami wielu wydarzeń, które będą miały za zadanie „urobienie” opinii publicznej w Polsce w taki sposób, aby doprowadzić do zmiany obowiązującego prawa. Zbyt wiele środowisk jest tym zainteresowanych – nie po to, by rzeczywiście ulżyć doli „uciemiężonych” w „zacofanej” Polsce gejów i lesbijek, bo tak naprawdę nie oni się liczą – lecz by zaistnieć w mediach, zbić kapitał polityczny. Przodują w tym wspomniane już organizacje lewicowe i lewackie. Często jest to przyczółek do podjęcia walki z obecnością religii w życiu społecznym – coraz trudniej ukryć prawdziwy cel tych inicjatyw. Na ile się to uda? To w dużej mierze zależy od tego, czy my, jako ludzie wierzący, będziemy potrafili podjąć racjonalną dyskusję i czy będziemy na tyle silni, by mądrze i spokojnie bronić swoich przekonań, rozumieć problem, przyjmować z szacunkiem każdego człowieka, nie dawać powodu do oskarżeń, ale zarazem stać mocno na straży tego, co święte i niezmienne.


Marcin Jasiński
drukuj