Historia w służbie dobra

Z Pierre’em Chanu, historykiem i demografem, emerytowanym profesorem Sorbony, Uniwersytetu w Caen i Katolickiego Uniwersytetu w Aix-en-Provence, członkiem Akademii Nauk Moralnych i Politycznych Instytutu Francuskiego, rozmawia Franciszek L. Ćwik


Panie Profesorze, należy Pan do grona najwybitniejszych współczesnych historyków francuskich. W jednym z wywiadów powiedział Pan, że ojciec chciał, żeby został Pan lekarzem. Jednak zamiast medycyny niemal od zawsze kochał Pan historię. Miłości tej towarzyszyła nadzieja, iż poznanie historii może przyczynić się do ograniczenia zła na świecie. Patrząc na to, co wydarzyło się w XX wieku, wydaje się, że ludziom jest bardzo trudno wyciągać pozytywne wnioski z historii…


– Nadal twierdzę, że historia powinna służyć dobru, chociaż ma pan rację, iż nie zawsze potrafi się z niej korzystać.


Tym bardziej jest to trudne, gdy te same wydarzenia historyczne często ocenianie są w diametralnie odmienny sposób. Na przykład wojny napoleońskie są dla Polaków epoką walki o niepodległość, podczas gdy Rosjanie oceniają je jako agresję. W jaki sposób należy więc szukać prawdy historycznej?


– Obie strony mają rację. Nie chodzi jednak o to, by wszystko ze sobą uzgodnić. Tego zrobić się nie da. Rzecz polega na tym, byśmy z przeszłości – niezależnie od tego, gdzie żyjemy – potrafili wyciągnąć odpowiednie wnioski na przyszłość. Historia stwarza takie szanse. Dlatego m.in. trzeba ją znać.


Okazuje się jednak, że znajomość historii może być niebezpieczna nawet w zachodnich demokracjach, bo daje szansę poznania prawdy, która może zburzyć tworzone od lat mity, zagrozić dominującej ideologii i związanej z nią poprawności politycznej. Czy obserwuje Pan we Francji takie obawy, próby manipulowania historią lub jej koniunkturalnego wybielania?


– Francja nie może dać pod tym względem dobrego przykładu innym. Historia w college’ach i liceach jest połączona z geografią, co bardzo ogranicza liczbę jej godzin. Przeciętny Francuz, nawet z wyższym wykształceniem, niewiele wie o historii swojego kraju. Dramatycznie niska jest jego wiedza historyczna i geograficzna o Europie i świecie. Dochodzi do tego, że nowo przyjęci studenci historii muszą na własną rękę uzupełniać swoją wiedzę, by móc kontynuować studia.


Jakie jest, Pana zdaniem, największe kłamstwo francuskich historycznych programów szkolnych?


– Największym kłamstwem jest oficjalna wersja historii rewolucji francuskiej.


Jak Pan ocenia tę rewolucję? Czym w rzeczywistości ona była?


– Rewolucja francuska to jedno wielkie bagno zainicjonowane przez oszołomów typu Robespierre’a. Zresztą uważam, że był to niezbyt znaczący, mały epizod w historii Francji, z którego zrobiono wielkie wydarzenie, nadal jako takie przedstawiane na lekcjach historii.

Skąd u Pana tak krytyczna ocena rewolucji francuskiej? To przecież rocznica jej wybuchu jest świętem narodowym Francji, a francuska republika odwołuje się do jej tradycji…

– Rewolucja francuska wszystko zburzyła i niczego dobrego nie przyniosła. Czy potrafiła ona zrealizować jej masońską zasadę: „Wolność – Równość – Braterstwo”? To ona zapoczątkowała walkę z Kościołem, podważyła podstawowe wartości chrześcijańskie.


Od kilku lat we Francji ukazuje się coraz więcej publikacji oskarżających rewolucję francuską – żeby wspomnieć chociażby książkę Reynalda Séchera o ludobójstwie w Wandei. Niedawno wyszła też praca zbiorowa, której jest Pan współautorem, zatytułowana „Czarna księga rewolucji francuskiej”. Czy oznacza to, że francuscy historycy zaczynają bardziej dokładnie i obiektywnie pisać na ten temat?


– Znaczącym przełomem były, wbrew zamiarom organizatorów, obchody 150. rocznicy rewolucji francuskiej. Już wtedy ukazały się krytyczne analizy, pochodzące również z lewicy. Słyszało się też zastrzeżenia dotyczące słów „Marsylianki”. Od tego czasu jest coraz więcej prac ukazujących prawdziwe, tragiczne wydarzenia i skutki tej rewolucji.


„Czarna księga rewolucji francuskiej” ukazuje ogrom przestępstw i terroru, jakich doświadczyło francuskie społeczeństwo. Po raz pierwszy w historii Europy w czasie rewolucji zastosowano masowe mordy, których techniki będzie można odnaleźć w późniejszej rewolucji bolszewickiej w Rosji. To nad Sekwaną po raz pierwszy doszło m.in. do masowych rozstrzeliwań czy też topienia ludzi. Jean Tulard, jeden ze współautorów książki, twierdzi, że źródeł rewolucji w Rosji należy szukać w rewolucji francuskiej, że istnieje ścisły związek między komunizmem i rewolucją francuską. Czy podziela Pan tę opinię?


– Jak najbardziej. Pierwsza zbrodnia przeciw ludzkości została popełniona w Wandei. Bardzo rzetelnie przedstawił i zanalizował ją mój młodszy kolega Reynald Sécher. Już Lenin uwielbiał francuskiego historyka Alberta Mathieza, zwolennika Robespierre’a. Później wielu sowieckim okrętom nadano imię francuskich rewolucjonistów. Doszło do tego, że słynny raport Chruszczowa, krytykujący system stalinowski, zmusił do rewizji poglądów dotyczących rewolucji francuskiej. To świetnie obrazuje, na ile rewolucja bolszewicka czuła się spadkobierczynią rewolucji francuskiej.


Dlaczego rewolucja francuska była aż tak opresyjna i mordercza?


– Przede wszystkim mamy do czynienia ze zjawiskiem zachowań nieokiełznanego tłumu rewolucyjnego, a później z terroryzmem, niszczącym przeciwnika. Temu służyła parada 14 lipca 1789 roku ze ściętą głową zarządcy Bastylii, hrabiego Launaya. Chodziło nade wszystko o zniweczenie opozycji. Gilotyna „przemawia” do tłumu, kiedy w celu wykonania wyroku przewozi się skazanych na wozie, jadącym bardzo powoli ulicami wypełnionymi tysiącami ludzi. Topienie przeciwników rewolucji w Nantes też miało służyć temu „pedagogicznemu” celowi. Kiedy rybacy zobaczyli swoich towarzyszy złowionych jak martwe ryby w sieci, miało to do nich przemawiać jako ostrzeżenie, by zaprzestali walki z rewolucją. Dlatego tych samych metod używali później bolszewicy.


Jakim więc uczuciom dała ujście rewolucja francuska?


– Nienawiści i zazdrości. Miał rację Napoleon, kiedy mówił, że powodem rewolucji była duma i pycha, a hasło wolności było jedynie jej pretekstem. W gruncie rzeczy chodziło o zniszczenie zablokowanego społeczeństwa, którego możliwości zmian były bardzo ograniczone. Rewolucja francuska znajduje swoje źródło w walce pychy jednych przeciw arogancji drugich. Był to rewanż upokorzonych, a nie uciśnionych. Wraz z upaństwowieniem dóbr kościelnych jawi się nowa dominująca klasa – mieszczaństwo. Rewolucje są zawsze okazją do zrobienia fortuny.


Ile ofiar ma na swoim koncie rewolucja francuska?


– Oblicza się, że wraz z wojnami napoleońskimi Francja straciła 2 mln ludzi. W samej Wandei liczącej wówczas około 800 tys. mieszkańców zamordowano co najmniej 120 tys. osób.

Twierdzi Pan, że rewolucja francuska, mimo swojej brutalności, była jedynie mało znaczącym epizodem w historii Francji. Ale czy jej idee nie mają wciąż wpływu na obecną wizję Europy?

– Nie sądzę, mają one jeszcze pewne korzenie we Francji, ale nie w Europie. Europa jest, moim zdaniem, bardziej budowana na koncepcji anglosaskiej.


W swojej karierze naukowej zajmował się Pan demografią. Uważa Pan, że Europa stoi przed groźbą upadku ze względu na systematyczny spadek liczby ludności. Pańskie ostrzeżenia nie zostały jednak wysłuchane. Dlaczego?


– Uważam, że wskaźnik urodzeń jest ważniejszy od wskaźnika CAC 40 [indeks 40 najsilniejszych spółek na Giełdzie Paryskiej – przyp. red.]. To ludność jest najważniejszym motorem rozwoju społeczno-gospodarczego. Nie usłyszano mego głosu, bo bardzo silne są wpływy maltuzjańskiej wizji świata.


W Europie szerzy się tzw. kultura śmierci, propagująca przerywanie ciąży, eutanazję, małżeństwa homoseksualistów. Ostatnio włoski parlamentarzysta i publicysta Giuliano Ferrara zaproponował uchwalenie przez ONZ moratorium na wykonywanie aborcji. Co sądzi Pan o tej inicjatywie?


– Jest to niezbędne, jeżeli Europa chce przetrwać. Osobiście od wielu lat jestem aktywnym członkiem francuskich stowarzyszeń pro-life. Przez wiele lat współdziałałem z prof. Jérômem Lejeune na rzecz walki o każde życie, nawet to dotknięte nieuleczalną chorobą.


Profesor Lejeune zostanie niebawem wyniesiony na ołtarze. Jaki był on jako człowiek i naukowiec?


– To był wybitny przedstawiciel nauki, odkrywca tzw. zespołu Downa. Myślę, że największe zasługi odniósł jako obrońca życia, tworząc fundację naukową i aktywnie pomagając kobietom w stanie błogosławionym, u których odkryto powikłania w rozwoju dziecka, do urodzenia malucha i w opiece nad nim. Był wielkim katolikiem, miłośnikiem życia.

Pan również jest ojcem pięciorga dzieci. Jak pogodził Pan swoją karierę naukową z rolą ojca?

– Często słyszy się, zwłaszcza wśród naukowców, że nie stać ich na dużo dzieci, bo to zagraża ich karierze naukowej. Jest to zupełna bzdura. Nie stoi za tym nic innego, jak tylko wygodnictwo. Zarówno ja, jak i prof. Lejeune jesteśmy przykładem tego, że można mieć osiągnięcia naukowe i wielodzietną rodzinę.


Musi Pan chyba przyznać, że obecna ideologia szerząca się w Unii Europejskiej temu nie sprzyja. Mimo to jest Pan zwolennikiem integracji europejskiej. Skąd ten optymizm?


– Ja widzę Unię Europejską przede wszystkim jako strukturę gospodarczą, i pod tym względem jest to nowa jakość. Obecnie Unia Europejska jest silniejszym organizmem gospodarczym od USA. To zupełne novum, które będzie mieć znaczenie w rozkładaniu wpływów ekonomicznych i politycznych. Zgadzam się, że jest w Unii dużo niebezpiecznych pomysłów i ideologii, pragnących narzucić swój destrukcyjny model, ale jako historyk nie bardzo się tym przejmuję, bo wiem, że wszystko ewoluuje i nic nie jest do końca stałe.


Czy jako chrześcijanina nie oburza Pana fakt braku zapisu w traktacie reformującym o chrześcijańskich korzeniach Europy?


– Oczywiście, że to mnie oburza, ale od rzeczywistości nie da się uciec, niezależnie od tego, czy jest ona gdzieś zapisana, czy nie. Europa ma chrześcijańskie korzenie i musi na nich – czy to się komuś podoba, czy nie – budować swoją przyszłość.


Dziękuję za rozmowę.
drukuj