Miałam wspaniałych rodziców
Z Teresą Hedą-Snopkiewicz, córką generała Antoniego Hedy „Szarego”, legendarnego dowódcy AK na Kielecczyźnie, rozmawia Justyna Wiszniewska
W swoich „Wspomnieniach 'Szarego'” Pani ojciec Antoni Heda w szczególny sposób opisuje jedno spotkanie: „Z Wacławą poznaliśmy się jesienią 1942 r. za pośrednictwem jej bliskiego kolegi, Jana Jurka 'Sępa’ z Krzyżanowic. Zobaczyłem ją po raz pierwszy wcześniej – załatwiającą coś w gminie w Iłży i zachwyciłem się nią od pierwszego wejrzenia – uroczą, rumianą, uczesaną w koronę z warkoczy (…). Zaczęliśmy się kontaktować na drodze służbowej w konspiracji. Zresztą przysięgę składała na moje ręce w mieszkaniu Pawłów Godziszów w Iłży”. Jak to się stało, że Pani mama znalazła się w czasie okupacji na Kielecczyźnie?
– W czasie wojny trzy panny Kotlickie: Wacława, Mieczysława i Lucyna z Wolborza koło Piotrkowa Trybunalskiego, wyjechały jako nauczycielki w poszukiwaniu pracy do szkół zawodowych w Kieleckiem. Niemcy bowiem otwierali tylko szkoły techniczne. Siostry włączyły się od razu w działalność konspiracyjną. I w takich właśnie okolicznościach poznali się moi rodzice. Moja mama była piękną kobietą, była bardzo dobra i niezwykle odważna. W Krzyżanowicach prowadziła szkołę i szpitalik dla rannych w starym budynku opuszczonym przez urząd gminy, w którym mieszkała razem ze swoją siostrą Mieczysławą. Kiedyś przyjechali gestapowcy, a ona akurat miała rannych i proszę sobie wyobrazić, że schowała ich w beczkach z wodą. Mama potrafiła pojechać za gestapowcem, żeby mu odebrać rower, który jej ukradł. Była naprawdę wyjątkowa. Natomiast bardzo znamienne było to, że kiedy ojciec przedstawił mamę swoim rodzicom, to moja babcia Antonina uprzedziła mamę: „Panienko, nie będziesz miała z niego pożytku, bo on ukochał cały świat”. I niestety, to się sprawdziło.
Ślub Pani rodziców był raczej nietypowy. Pani ojciec wspomina, że oboje postanowili zrezygnować ze złotych obrączek z uwagi na to, że wtedy wielu ludzi w Polsce cierpiało z powodu biedy i prześladowań…
– Ślub odbył się 7 kwietnia 1945 r. w rodzinnym domu mamy w Wolborzu. To był ślub prywatny, konspiracyjny, wymuszony sytuacją, w jakiej znaleźli się moi rodzice, gdyż ojciec już wtedy się ukrywał, ponieważ nie ujawnił się. Specjalnie w tym celu zrobiono w domu kaplicę, ołtarz z obrazem Matki Bożej Częstochowskiej. Ślubu kościelnego udzielił moim rodzicom ks. Bronisław Gajda. Odbyło się to bez żadnej rejestracji w dokumentach parafialnych czy urzędowych. Byli świadkowie, była rodzina, kilku najbardziej zaufanych żołnierzy, a potem wesele, tylko nie było rejestracji ze względów bezpieczeństwa.
Jakie to miało konsekwencje dla Pani rodziny?
– Moi rodzice ukrywali się. Ojciec miał tzw. lewe papiery – raz był Wiśniewski, innym razem Szymański. Jak przychodziłyśmy na świat, to nie byłyśmy w ogóle rejestrowane, nie istniałyśmy jako obywatelki Polski Ludowej. Ja urodziłam się w styczniu 1946 r., a moja siostra w maju 1947 roku. Ojciec nie był przy narodzinach żadnej z córek, zaangażowany nadal w konspirację gdzieś podróżował, nawet mama nie wiedziała, gdzie, gdyż ze względów bezpieczeństwa trzymał ją od tego z daleka. Ale ona dzielnie to znosiła. Tak więc o naszych narodzinach dowiadywał się po fakcie, ale był dumny!
Rodzice mieszkali m.in. w Emilianowie na Mazurach. Ojciec został tam kierownikiem cegielni, bo miał wykształcenie techniczne, przedwojenne, więc dosyć wysokie jak na ówczesne czasy. Nawet miał samochód.
Jakie były okoliczności aresztowania Pani ojca?
– W lipcu 1948 r. ojciec wysłał nas – mamę, mnie i moją siostrę Marysię – nad morze do Swarzewa, wioski rybackiej za Puckiem. Przygotowywał ucieczkę całej rodziny kutrem na Zachód. Przyjechał nas odwiedzić i stwierdził, że Marysia ma temperaturę. Pojechał więc po termometr do mieszkania najstarszej siostry mamy, Anny, która była nauczycielką w Gdyni. W międzyczasie były adiutant ojca, co jest bardzo przykre, przyjechał do babci do Wolborza, którą poznał na ślubie rodziców. Dowiedział się, gdzie ojciec przebywa, i zdradził adres UB. Kiedy ojciec wracał do Swarzewa, funkcjonariusze UB czekali już na niego w Gdyni na stacji Chylonia. Kiedy wszedł na dworzec, zauważył, że coś się dzieje i już nie kupował biletu do Swarzewa, żeby nie wydać mamy, ale w przeciwnym kierunku. I w tym momencie, kiedy stał przy kasie na pustym dworcu, narzucono mu worek na głowę i ojciec „zniknął”. Mama została sama, bez mieszkania, bez środków do życia i przez 3 miesiące nie wiedziała, co się z ojcem stało. Na szczęście była rodzina. Mamę przyjęła najpierw babcia w Wolborzu. Ja, mając kilka lat, zostałam wysłana na Śląsk, do mojej cioci, gdzie wuj był dyrektorem kopalni. Moja siostra z kolei była przez jakiś czas z mamą u rodziny w Łodzi, potem znowu wszystkie przeniosłyśmy się na Śląsk – prowadziłyśmy tułacze życie. Mama nie mogła na początku w ogóle dostać pracy. Potem pracowała jako m.in. kierowniczka stołówki w Łodzi i w Kostuchnie. Problem z nami polegał jeszcze na tym, że ten nierejestrowany ślub kościelny sprawił, iż mama funkcjonowała jako panna z dziećmi. Ponieważ nie było aktu ślubu kościelnego, nie było wiadomo, pod jakim nazwiskiem zarejestrować nasz chrzest w księgach parafialnych.
Czy w takim razie miałyście Panie jakieś nazwisko?
– Ja z siostrą oficjalnie w ogóle nie istniałyśmy. Dopiero kiedy poszłam do pierwszej klasy, zostałam zapisana jako Teresa Kotlicka. Mama po prostu tak mnie zapisała do szkoły i nikt nie sprawdzał, czy to jest zgodne z prawdą, czy nie. Gdy ojcu zamienili wyrok z kary śmierci na dożywocie, to po śmierci Stalina rodzice w listopadzie 1953 r. wzięli ślub cywilny w więzieniu i mama przyjęła nazwisko Heda. W styczniu lub w lutym 1954 r. zarejestrowała nas w Wolborzu. Otrzymałyśmy akty urodzenia z numerami ewidencyjnymi z 1954 roku. I dopiero wtedy w Wolborzu zostałyśmy ochrzczone. Podczas chrztu same odpowiadałyśmy na zadawane nam pytania w obecności mamy i rodziców chrzestnych.
Można więc powiedzieć, że w tamtym okresie właściwie Pani nie znała swojego ojca. Czy istniała jakakolwiek możliwość, żeby się z nim zobaczyć?
– Mama walczyła o zwolnienie taty z więzienia, w tym okresie bardzo źle wyglądała, co widać na zdjęciach. Razem z siostrą pisałyśmy listy z prośbą do prezydenta Bieruta o uwolnienie ojca. Mama chodziła po adwokatach, zbierała pieniądze wśród żołnierzy. W 1955 r. zawiozła mnie do więzienia we Wronkach, bo możliwe były już odwiedziny. I proszę sobie wyobrazić, że dopiero wtedy poznałam mojego ojca! Wprowadzono nas do sali, obok stali strażnicy. Pamiętam, że tata przyszedł ubrany na szaro, w trepach więziennych, bardzo wychudzony. Mama powiedziała mi, kto to jest. Tata wziął mnie wtedy na kolana. Mama zawsze bardzo przeżywała widzenia z ojcem, ponieważ potwornie poniżano te kobiety, które przychodziły odwiedzać więźniów. Musiały czekać na widzenie przed bramą, czasami w deszczu, w zimnie, często po kilkanaście godzin… Nie było żadnego pomieszczenia, w którym mogłyby się schronić. Raz przyjechałyśmy z mamą i po ciężkiej podróży odesłano nas. Ja spotkałam się z ojcem dwukrotnie, a moja siostra raz.
A czy pamięta Pani moment, w którym Pani ojciec został wypuszczony na wolność i wrócił do domu?
– Po warunkowym zwolnieniu z więzienia 16 listopada 1956 r. ojciec zjawił się w Łodzi w mieszkaniu mojej cioci Janki. Zarówno mama, jak i wujek byli wtedy w pracy, ciocia poszła na zakupy, a moja siostra leżała w łóżku chora na anginę. Pamiętam, że miałam wyjść do szkoły i plotłam warkocz. Ktoś zapukał do drzwi i wszedł… Krzyknęłam: „Tata!”. Jak wróciła moja ciocia i zobaczyła tatę, z wrażenia osunęła się zemdlona na podłogę. Po tym wydarzeniu moje obie ciocie, Mieczysława i Janina, nie wiedziały, w jaki sposób mamie tę informację przekazać telefonicznie, gdyż nie było wiadomo, jak zareaguje. Obawiały się, że będzie tak przejęta, iż jeszcze w drodze do domu coś się jej przytrafi… W końcu ciocia przekazała mamie wiadomość, żeby jak najszybciej wróciła do domu, bo przyjechał adwokat w ważnej sprawie. Mama przyjechała i… zobaczyła ojca.
Czy Pani ojcu udało się jakoś „powrócić do życia” w nowej rzeczywistości?
– Ojciec szukał pracy. W Warszawie mieszkała ciocia mamy – Kazimiera, u której zamieszkał. Zaczął też pracować w Libelli Inco. Wówczas to była przechowalnia akowców. Przydzielono mu mieszkanie przy ul. Marszałkowskiej. Rodzice od początku prowadzili dom otwarty. W ich pokoju był rozsuwany stół, którego nigdy się nie składało, ponieważ stale był nakryty. Przyjeżdżali do nas z całej Polski żołnierze ojca i znajomi. Drzwi się u nas nie zamykały. Aż do czasu moich studiów zawsze jeden pokój w domu przeznaczony był dla gości, zawsze ktoś w nim mieszkał, komuś się pomagało, a to kuzynom, a to babci, a to dzieciom znajomych itd. Ojciec nie bał się, czuł się wolny. Był bardzo towarzyski, kochał ludzi, tak jak mówiła moja babcia – on ukochał cały świat.
Gdy tata był w więzieniu, pisał do nas w listach, że marzy o pójściu z córeczkami na czekoladę i ciastka do kawiarni. Zaprosił nas dopiero kilka lat temu, twierdząc, że nam to obiecał. Ojciec nigdy nie interesował się naszą nauką, szkołą itp., od tego była mama, ale w domu był duży rygor. Pamiętam, że trzeba było jeść płatki owsiane zalewane zimnym mlekiem, czego moja siostra nie znosiła. W każdą niedzielę chodziliśmy wspólnie do kościoła, a my szłyśmy przed rodzicami. Były wspólne niedzielne śniadania, które musiałyśmy przygotowywać razem z mamą.
Jak w domu Pani rodziców obchodziło się święta?
– Bardzo tradycyjnie. Jak zamieszkaliśmy w Kaniach, bywało tak, że czekaliśmy na ojca z wigilią, aż odwiedzi wszystkich i złoży im życzenia, dopiero potem rozpoczynała się nasza domowa wigilia. Atmosfera była niesamowita. Moja mama umiała fantastycznie prowadzić dom i doskonale gotowała. Przed wojną skończyła szkołę nauczycielek gospodarstwa domowego w Pniewach, prowadzoną przez siostry urszulanki szare. Na wigilię zawsze u nas były m.in. wspaniałe racuchy z grzybami. Znowu na Święta Wielkanocne ojciec wprowadził barszcz kielecki. Najpierw kroi się wędliny, jajka, dodaje się świeży chrzan i dopiero całość zalewa się podgrzanym białym barszczem. Przed dzieleniem się opłatkiem lub jajkiem na Wielkanoc ojciec prowadził modlitwę, zawsze była na stole pasyjka po babci z Wolborza, paliły się świece, klękało się i obowiązkowo modliliśmy się za zmarłych, za rodzinę i za żołnierzy. To była tradycja. Do tej pory codziennie odmawiam „Wieczny odpoczynek”, zawsze najpierw za żołnierzy i Ojczyznę, tego nauczył mnie ojciec, bez tego nie ma pacierza. Podczas wieczerzy poruszało się tematy ważne – polityczne, społeczne… Obowiązkowa była Pasterka i Rezurekcja.
Poza tym w naszym domu urządzało się przyjęcia dla gości. Bardzo hucznie obchodzone były imieniny ojca w okolicach 13 czerwca, na których bywało czasem nawet po kilkadziesiąt osób. Organizowane były z tej okazji ogniska w lesie. Moja mama sama robiła szynki, salcesony, kisiła kapustę itp. Ojciec jeździł bardzo często na Kielecczyznę na wszystkie spotkania partyzanckie, na ogniska, odsłaniał tablice, teraz tych partyzantów została już garstka – ci najmłodsi. Żołnierze kochali ojca, bo był sprawiedliwym człowiekiem, interesował się życiem rodzinnym swoich żołnierzy.
Był też człowiekiem niezależnym i zaradnym, nie bał się nowych wyzwań. W tamtych czasach wybudować dużą szklarnię to nie była taka prosta sprawa…
– Owszem. Ojciec pracował w Libelli zaledwie kilka miesięcy. Chciał być samodzielny, zaczął więc studia ekonomiczne na SGPiS, ale potem stwierdził, że to nie ma sensu, bo trzeba utrzymać rodzinę, urządzić dom. Najpierw zaczął wyrabiać tusz, długopisy itp. w piwnicy na ul. Łuckiej, a potem wymarzył sobie szklarnię, na czym początkowo w ogóle się nie znał. Moja siostra nawet poszła na ogrodnictwo i zrobiła doktorat z entomologii. Pożyczając pieniądze od znajomych, ojciec wybudował w Kaniach 800-metrową szklarnię z betonowymi basenami do uprawy hydroponicznej. W latach 60. to była nowość. Uprawiał pomidory, kwiaty itd. Mama natomiast miała piękny ogród. Niestety, zapracowanie, stres, późniejsze internowanie ojca… to wszystko przyspieszyło bardzo rozwój jej choroby. Zmarła 22 lutego 1991 roku. Ojciec bardzo troszczył się o mamę.
Pani ojciec był bardzo inwigilowany…
– Po wyjściu z więzienia stale wzywany był na rozmowy. Jak wynika z teczek IPN, nawet sąsiadów próbowano pozyskać, żeby donosili. Jeszcze w latach 90. założony był przy naszym domu w Kaniach na słupie podsłuch telefoniczny. Mój ojciec dostał w 2002 r. wgląd do swoich teczek w IPN. Z 35 zarejestrowanych odnalazło się tylko 5 teczek. Upoważnił mnie do ich przejrzenia. Siedziałam kilka dni i studiowałam te dokumenty. Wychodziłam za każdym razem bardzo przybita. Nie tyle chodziło o donosy, ale o to, jak przerażająca była skrupulatność funkcjonariuszy UB, to wzajemne sprawdzanie się ich nawzajem. Ile oni na to poświęcali czasu i chyba dlatego mają teraz tak wysokie emerytury! Wrażenie robiły kopie naszych zdjęć, spis korespondencji, plany mieszkań w Warszawie i w Kaniach. Wiedzieli dużo.
A czy Pani jako córka Antoniego Hedy „Szarego” była wzywana na rozmowy?
– Wiele razy. Pamiętam, że ostatni raz zostałam wezwana w sprawie ulotek na uniwersytecie w 1976 roku. Przesłuchujący mnie funkcjonariusz powiedział w pewnym momencie: „A może ja bym się z panią umówił w kawiarni?”. Zaczęłam się śmiać i powiedziałam: „No wie pan, możemy, ale przy sąsiednim stoliku będą siedzieć moi koledzy i mnie obserwować, jak ja się zachowam”. Od tego momentu nastąpiła cisza, już więcej nigdy nie byłam wzywana.
Ale były też komiczne zdarzenia. W stanie wojennym, kiedy ojciec był internowany, zajmowałam się razem z siostrą szklarnią w Kaniach. Otrzymałam pewnego razu telefon od sąsiadów, że miałam „gości” w mieszkaniu w Warszawie, tzn. że jest wybite okno tarasowe, dom jest obstawiony, bo szukają ulotek. Mama dała mi suchary, przeżegnała na drogę, a siostra przywiozła mnie do Warszawy samochodem. Rzeczywiście już z ulicy było widać wybite okno. Wchodzę na klatkę, drzwi nie ruszone. Jak się potem okazało, ulotki zrzucano z dachu, wiatr zwiał pakunek na taras, a następnie pojedyncze kartki rozrzucał na ulicę. Milicja szybko namierzyła to miejsce i przybiegła pod drzwi. Ponieważ mnie nie było i nie otwierałam, zaczęli pytać o mnie sąsiadów. A moja sąsiadka, starsza pani, oburzona powiedziała im: „Co? To niemożliwe, tu mieszka taka bardzo przyzwoita pani, ojciec internowany…”. No to wtedy już postanowili wejść do mieszkania, ale z jakichś nieznanych powodów nie wyważyli drzwi, tylko wybili okno, przechodząc z sąsiedniego tarasu. W przypływie złości zadzwoniłam na milicję z pretensjami, mówiąc: „Nie dość, że ojca mi internowaliście, a tu na dokładkę ktoś był w moim domu?!”. Bałam się, że oni gdzieś podłożyli mi ulotki, a teraz przyjdą na rewizję, żeby je znaleźć. Powiedziałam im, że nie odpowiadam za moje mieszkanie, że ktoś tu wchodził, jakieś ZOMO… I proszę sobie wyobrazić najśmieszniejszą chyba rzecz, tu ojciec internowany, a ja dostaję telefon z komendy na Wilczej, że chcą zwrócić mi pieniądze za wybitą szybę. Potem wysłano jednego milicjanta, który mówi: „Proszę pani, to nie ja, ale kazano mi to przynieść…”. Milicjant przyszedł, oddał pieniądze i wręczył mi frezje – nie zapomnę tego zdarzenia.
Była Pani świadkiem internowania ojca w stanie wojennym. Jakie były okoliczności tego wydarzenia?
– Ojciec wyjechał do Gdańska na I Zjazd Wyborczy „Solidarności” Kombatantów i tam został wybrany na przewodniczącego 12 grudnia 1981 r., w tym samym czasie, w którym obradowała Komisja Krajowa „Solidarności”. Jak przyszedł ze znajomymi na dworzec, to zorientował się, że coś się dzieje, bo za dużo było milicji. Zaczął zmieniać pociągi i dojechał do Kań przed południem, 13 grudnia, w niedzielę. Przyjechał do pustego domu, bo moja mama ze złamaną rękę przebywała od tygodnia ze mną w mieszkaniu na Marszałkowskiej. Ja miałam prowadzić wykłady, ale z mediów dowiedziałam się, że jest stan wojenny, więc pojechałam ok. godz. 12.00 do Kań, ponieważ telefony były nieczynne. Moja siostra, która tam mieszkała, przyjechała do mnie, więc się rozminęłyśmy. Dzwonię, a tu nikt nie otwiera! Nie miałam kluczy. Jak podeszłam do furtki, to spod lasu z odległości ok. 200 metrów przyjechała stara bordowa warszawa. Wysiadło z niej dwóch panów i zapytali mnie: „Pani do kogo?”. Ja odpowiadam: „Córka”. No właśnie, bo my tutaj czekamy, nie ma nikogo. To już wiedziałam, że ojca przyszli internować, ale go nie zastali. Pojechałam do Podkowy Leśnej z nadzieją, że może tam coś wiedzą. Okazało się, że o północy zabrano do Warszawy bardzo zasłużonego kapłana, ks. Leona Kantorskiego, tamtejszego proboszcza. Wróciłam ponownie do Kań i kiedy dzwoniłam do furtki, zauważyłam przez szybki w piwnicy, że po domu chodzi ojciec. Gdy zobaczyłam, że tata otwiera drzwi dolne od piwnicy, krzyknęłam: „Tato, tu są ubowcy!”. Panowie widzieli, że ja znowu jestem, przyjechali więc samochodem i zaczęli przeskakiwać przez bramę. Okazało się, iż ojciec przyjechał zmęczony, położył się spać i nic nie słyszał. Ojciec wziął suchary, ciepłe ubranie, poprosił sąsiada pana Stanisława Czerwińskiego, aby pomagał nam w prowadzeniu gospodarstwa i opalaniu domu itd. Była to dla nas nieoceniona pomoc. Tata został zawieziony na komendę na Ochotę. Do drugiego dnia Świąt Bożego Narodzenia nie było wiadomo, gdzie jest. Od śp. pana mecenasa Siła-Nowickiego, który przyjechał do nas do Kań, dowiedzieliśmy się, że prawdopodobnie jest na Białołęce. I rzeczywiście tak było. Wtedy mojej siostrze udało się zobaczyć z ojcem i dostała od niego grypsy, żeby powiadomić m.in. naszych sąsiadów, którzy mieszkali dwa piętra niżej, że ich zięć jest internowany z moim ojcem. Ojciec został zwolniony z internowania 16 czerwca 1982 roku. Potem znowu go zamykali na 48 godzin. W międzyczasie jak był internowany, była rewizja w Kaniach, od góry do dołu przeszukano dom i znaleziono jego pamiętniki, pisane jeszcze w 1956 r. w więzieniu. Ojciec był bardzo zrażony do tego, co się później działo w Polsce i w „Solidarności”.
Ale istnieje jeszcze druga historia związana z internowaniem Pani ojca, a dokładnie innego człowieka zamiast niego. Jak to się stało?
– W tamtej okolicy są Kanie Helenowskie i Otrębusy. Te miejscowości sąsiadują ze sobą. W obu jest ulica Słowackiego. W nocy przed północą 12 grudnia milicjanci przez pomyłkę przyjechali najpierw do Otrębus, na ulicę Słowackiego 7. Wiedzieli, że ojciec ma szklarnię i że mieszka pod numerem 5. Ale mała szklarnia była przy starym domku pod numerem 7, więc pomyśleli, że to jest to. I zaczęli się dobijać do drzwi, krzycząc: „Milicja, otwierać!”. A tam mieszkał 74-letni pan Józef Regent ze swoją żoną. Oboje myśleli, że jest to zwykły napad milicjantów-przebierańców i nie chcieli otworzyć drzwi. Milicjanci zagrozili, że je wyłamią, a pan Józef odpowiedział, że będzie bronił się siekierą. Milicjanci wtedy odstąpili i odjechali po posiłki. A ci państwo zaraz zawiadomili sąsiadów o napadzie, ale okazało się, że telefony są nieczynne. Myśleli jednak, iż to jakaś awaria. Nikt przecież jeszcze nie wiedział o stanie wojennym. Po północy podjechały tym razem trzy nyski milicyjne, wyważono drzwi, zrobili obławę, bo „Szary” się broni! Siłą wywlekli pana Regenta i zawieźli na komendę na Ochocie, a ojciec w tym czasie wracał pociągami z Gdańska. Na komendzie kazali mu podać nazwisko, a gdy ten powiedział, zaczęli mu wmawiać, że nazywa się Heda. Ten pan zgubił protezy, buty, był w samych dresach. Następnie był konfrontowany, pokazywano mu zdjęcia, aż wreszcie umieszczono w celi, w której siedzieli chłopcy z „Solidarności”, którzy dopiero powiedzieli mu, że jest stan wojenny. Człowiek ten źle się poczuł i z podejrzeniem zawału został odwieziony do szpitala na Hożej. Zorientowano się już wówczas, że to jest pomyłka. Pan Regent po miesiącu przyszedł do mnie do Kań poznać rodzinę tego, z którym go pomylono, i to wszystko mi opowiedział.
Pani ojciec był bardzo religijnym człowiekiem. Potwierdzają to znajomi, np. żołnierze, księża, którzy znali Pani ojca. Jak to wyglądało na co dzień w domu?
– Jak ojciec wyszedł z więzienia, to już w 1957 r. poszli razem z mamą na pierwszą pielgrzymkę z Wolborza do Częstochowy. W 1963 r. ojciec poszedł na pielgrzymkę razem ze mną. Ja wtedy zdałam maturę i dostałam się na studia. Później były pielgrzymki z partyzantami. Ojciec swój krzyż Virtuti Militari oddał jako wotum za ocalenie życia do kościoła parafialnego w Iłży, gdzie został ochrzczony i gdzie na cmentarzu pochowani są jego rodzice. Ojciec nie opuścił żadnej Mszy Świętej. Modlił się codziennie na różańcu. Religijność wyniósł z domu. W czasie wojny modlono się przed każdą akcją. W więzieniu oddał się Opatrzności Bożej. Trzymała go bezgraniczna wiara w Boga, zaufanie Bogu, dlatego nigdy się nie bał. W partyzantce był kapelan, codzienne modlitwy, odprawiane były Msze Święte. Ojciec był stałym słuchaczem Radia Maryja i wszystkim je polecał, codziennie czytał też „Nasz Dziennik”. Był bardzo zaprzyjaźniony m.in. ze śp. prałatem Karłowiczem i ze śp. ks. bp. Kraszewskim. Kiedy byłam dzieckiem, po wyjściu ojca z więzienia, codziennie, klęcząc, odmawialiśmy wspólnie pacierz. Wychodząc do szkoły, całowało się rodziców w dłonie. Kiedy jeździłam później na obozy studenckie, zdarzało się, że tylko ja jedna chodziłam w niedzielę do kościoła, idąc kilka kilometrów. Wyniosłam to z domu rodzinnego.
Jaka najważniejsza myśl przychodzi Pani do głowy, kiedy Pani myśli o swoich rodzicach?
– Miałam wspaniałych rodziców i jestem z nich bardzo dumna, chciałabym, żebym mogła mojej 21-letniej córce Antoninie przekazać te wartości, które oni mnie przekazali, bo to jest ten kapitał na całe życie. Niezależnie od tego, w jakiej sytuacji człowiek się znajduje, ten system wartości pozostaje.
Dziękuję za rozmowę.
