Wyżej jest tylko niebo

Po sir Edmundzie Hillarym, zdobywcy najwyższego szczytu ziemi, zostaną jego dzieła, setki szkół, klinik, tysiące ubogich, którym pomógł zdobywać ich własne „Everesty” – uczyć się, poprawiać los swój oraz swoich rodzin, poznawać zdobycze świata. Sir Hillary dzielił się swoim Everestem do końca życia.

11 stycznia 2008 r. zmarł sir Edmund Hillary, zdobywca Mount Everestu. Uznawany za „bohatera Himalajów”, pierwszego śmiałka, który wszedł na najwyższy szczyt ziemi – 8848 m n.p.m. Wyżej już człowiek wejść nie może… Potem – tylko niebo.

Sir Edmund na pewno był ogromnie odważny, niezwykle wytrzymały na ekstremalne trudy wyprawy. Umiał zdobyć się na wielki wysiłek fizyczny. Był wyjątkowym w świecie śmiałkiem – wziął udział w wyprawie w niemal nieznane rejony, trudno dostępne lodowce.


Wspólny sukces


Przed II wojną światową przeprowadzono siedem ekspedycji, których celem był Everest, inaczej: Czomo-Lungma, w języku tybetańskim, albo – po nepalsku – Sagar Matha, czyli Matka Świata.

Po wojnie znowu podjęto walkę o ten szczyt. Próbowali samotni śmiałkowie i coraz lepiej wyekwipowane wyprawy europejskie. Wiosną 1953 roku, pod kierownictwem płk. Johna Hunta, świetnego alpinisty i znawcy Himalajów, wyruszyła angielska ekspedycja. Jej uczestnikami byli m.in. Edmund Percival Hillary – Nowozelandczyk, i Tenzing Norgay – Szerpa. To oni stanęli jako pierwsi zdobywcy na szczycie Mount Everestu, 29 maja 1953 roku.

Na wierzchołku byli… 15 minut. Tak krótko, choć wspinaczka zajęła im i całej wyprawie aż trzy miesiące, nie licząc roku przygotowań. Co robili na szczycie? Przytoczę za piękną księgą „Na szczytach Himalajów” (Z. Kowalewskiego i J. Kurczaba): „…jeszcze kilka uderzeń czekanem w twardy śnieg. I oto staliśmy na szczycie… moim pierwszym uczuciem była ulga, że nie trzeba już rąbać stopni… wspinać się na żadne garby łudzące nas nadzieją sukcesu… spojrzałem na Tensinga, kaptur i maska tlenowa całe zarośnięte długimi soplami lodu, ukrywały jego twarz, nie do ukrycia był jego uśmiech szczerej radości… Hillary fotografował, Tensing złożył w śniegu ofiarę Bogini Matce Kraju, Czomo-Lungmie, w postaci garstki słodyczy oraz ołówka swojej córki, Hillary dodał do tego maskotkę, pluszowego kotka, a potem zagrzebał jeszcze w śniegu mały krzyżyk, który otrzymał od Hunta [kierownika wyprawy]. Jeszcze ostatni rzut oka na świat z jego najwyższego punktu i rozpoczęli zejście…”.

Wiadomość o zdobyciu najwyższej góry obiegła cały świat. Do Londynu dotarła w przeddzień koronacji królowej Elżbiety II. Radość z tak wielkiego sukcesu sportowego, eksploracyjnego, zaczęła mieszać się z nieokiełznaną gonitwą za sensacjami, prawdziwymi i zmyślanymi na potrzeby ówczesnych mediów, ba, nawet polityków. Wielka przyjaźń obydwu zdobywców wystawiona została na próbę jeszcze cięższą niż pokonanie góry.

Tenzing – Nepalczyk z górskiego plemienia Szerpów, urodzony i wychowany wśród gór, lodowców, był tragarzem wysokogórskim. To zawód plemienny wśród Szerpów. Gdy szedł jako tragarz przy Edmundzie Hillarym, stał się jego partnerem w tej trudnej wspinaczce, na którą czekał cały świat. Tenzing był wtedy analfabetą. Potem – gdy niosła go już wielka sława, a z nią pieniądze, nauczył się pisać i czytać. Z czasem świetnie mówił po angielsku, udzielał wywiadów. Prowadził swoje wyprawy, indywidualnych turystów, jako kierownik i instruktor w „szkole himalaizmu” w Dardżylingu, przepięknym miasteczku położonym u stóp Himalajów, w Indiach. Zmarł w 1986 roku w wieku 72 lat.

Hillary był z zawodu pszczelarzem. Jako miłośnik wspinaczki wysokogórskiej zgłosił się do płk. Hunta, który w Anglii organizował everestowską ekspedycję. Mount Everest przyniósł Hillaremu najwyższe splendory, ale nie zmienił go jako człowieka. Pozostał skromny, wrażliwy na potrzeby innych, uczynny. Ogromny majątek przyniosły mu dochody z reklam, ale dzielił się tym z najbiedniejszymi. Fundował szkoły w Nepalu dla Szerpów, by nie musieli pozostać jedynie tragarzami zagranicznych wypraw, kiepsko opłacanymi, wyzyskiwanymi, często narażającymi życie dla kaprysów sportowców czy bogatych turystów.

W Nepalu Hillary przeżył najpiękniejsze chwile życia, ale i najtragiczniejsze, bo w tym właśnie kraju w katastrofie lotniczej zginęły jego żona i córeczka.


Mój „Everest”


Nie byłam na Mount Evereście. Mam swoje dwie góry, na których nikt jeszcze nie stanął przede mną i moimi kolegami. Jedna ma ponad 6 tysięcy metrów, a druga niewiele mniej. A jednak moment, gdy stawiałam stopy na tych szczytach, będę pamiętać do końca życia. Dzisiaj wydaje się to niebywałym snem, tak pięknym, jak samo marzenie, które zaprowadziło mnie na te szczyty.

Te „moje góry” znajdują się w łańcuchu Hindukuszu, w Afganistanie. By wejść na pierwszy szczyt, musiałam pokonać cztery dni z karawaną z tragarzami, od ostatniej wioski, dokąd można było dojechać jeepami, potem pieszo pod lodowiec, na wysokość około 3 tys. m n.p.m. Tu stanęła nasza baza. Potem kolejne, coraz wyższe wejścia, noclegi na niemal 5 tys. m n.p.m. Dzień szturmowej wspinaczki – lodowa ściana, coraz dalej otwierający się widok na dolinę pod nami, lodowiec, moreny. Wreszcie – blisko widoczna krawędź skalno-lodowa. Jeszcze parę centymetrów, a moje oczy wychyną poza krawędź góry. Zobaczę, co jest TAM, po drugiej stronie! Staję obiema stopami na wąziutkiej skale – szczyt! Wokoło nie ma żadnego wyższego miejsca, świat widzę z góry, a nade mną rozwarte niebo! I ten wyjątkowy błękit. W drżących z przejęcia dłoniach dzierżę czekan, na nim uwiązana chorągiewka z naszytym orzełkiem. Serce bije tak szybko ze szczęścia – dokonałam tego! Dla mnie, dla mojej Polski. Zupełnie tak, jakbym zdobywała „swój Everest”.

Drugi szczyt zdobywaliśmy już niemal nocą, po zachodzie słońca, było bardzo zimno, dalekie poblaski słońca rozświetliły drogę na ten maleńki stożek lodu. Szczyt, na którym już nawet nie dawało się stanąć, był do objęcia dłońmi, a wokoło morze gór w fioletowej poświacie. Odległe lodowce, morze śniegów, nad którym zapadała noc, wyłaniał się księżyc. Uratował nam wszystkim życie, bo tak silnie oświetlał popękany szczelinami lodowiec, że udało się nam zejść, choć w największym trudzie, w wielkim ryzyku, do pozostawionego w dole namiotu. Pękała mi głowa z bólu, byliśmy już 18 godzin w akcji, zmęczeni poza granice wytrzymałości, odwodnieni, głodni, niedotlenieni. Resztkami sił dotarliśmy do namiotu. A jednak nic nie było w stanie przysłonić nieopisanego szczęścia, że oto znowu zdobyłam „swój Everest”!

Poznałam radość nieopisanego szczęścia – nie tyle ze zdobycia szczytu, ile z możliwości przekroczenia swoich własnych granic niemożliwego, z pokonania długotrwałego wysiłku fizycznego, ze zwycięstw nad swoim lękiem, zniechęceniem, lenistwem, wyczerpaniem, nad długotrwałym obciążeniem psychicznym, gdy działa się i żyje tygodniami w ekstremalnie trudnym, pełnym zagrożeń środowisku. Jak te doświadczenia przydawały się potem, w życiu codziennym na nizinach!


W spirali wyczynu


Wysokogórskie wyprawy dały mi możność poznawania ludzi w sytuacjach skrajnych – i to było ważniejsze niż same wyczyny sportowe. Jacy okażą się moi koledzy, tam, na lodowcach, gdy przyjdzie moment próby, niebezpieczeństwo?

W ekstremalnym alpinizmie liczy się przede wszystkim człowiek, nie tylko przygotowany świetnie sportowiec, marzący o swoim kolejnym sukcesie, ale – partner. Sportowiec odpowiedzialny za siebie i za swego towarzysza wyczynu. Łączy ich lina. Troska o siebie nawzajem. Gotowość niesienia pomocy. Uczciwość. Ofiarność, gdy zajdzie taka potrzeba.

W nowoczesnym himalaizmie rozpoczęła się w pewnym okresie wielka pogoń za sukcesami, konkurencja. Spiralę wyczynu nakręca komercja, świat reklam, sponsorzy, wytwórnie sprzętu sportowego, odzieży, odżywek. Mnożą się lawinowo wyprawy, wyśrubowane tempo wspinania, liczba zdobywanych szczytów. Gdzieś zagubiono mistycyzm gór, jak i wartość wspinaczki w partnerstwie. Zaczęły zdarzać się wypadki… porzucenia w górach, w ścianie czy lodowcu towarzysza wyprawy, jeżeli okazał się słabszy, zachorował, uległ wypadkowi. Ten drugi schodził w dół sam, by ratować siebie, nie oglądając się na partnera.

Pod szczytem 8-tysięcznika Kanczendzonga w Himalajach została samotna, opuszczona przez wszystkich, Wanda Rutkiewicz, kiedyś trzecia kobieta-zdobywczyni Everestu. Prawdopodobnie zasnęła wycieńczona w drodze ze szczytu. Pod szczytem K2, drugiego co do wysokości wierzchołka ziemi, też 8-tysięcznika, w Pakistanie, została na zawsze Dobrusia Miodowicz, moja przyjaciółka, dziewczyna niezwykłej dobroci, wielkiej wiary. Poświęciła samą siebie, by ratować swoich towarzyszy wyprawy. „Nie masz większej ofiary, niż ta, by oddać życie za drugiego…”. Jestem przekonana, że Dobrusia nie mogłaby inaczej postąpić, choć była w tym swoim zespole najsilniejsza, wciąż oglądała się na innych, wspierała ich, karmiła, poiła, wreszcie – oddała im ostatni cukierek, ostatni kęsek pożywienia. Dwóch ocalało, ale schodząc, nie mieli sił, by poczekać na słabnącą już Dobrusię.

Gdzie w tym wyczynie jest miejsce dla Boga? W mocy człowieka, w jego otwarciu na świat, na poznanie nieznanego. I – na nieprzekraczaniu granic, które przychodzi okupić ceną, do której nikt nie ma prawa, do sprowadzenia ryzyka na drugiego człowieka. Nie wolno zawieść zaufania partnera, z którym idę zdobywać najwyższe szczyty. Sir Hillary wraz z Tenzingiem, dwaj partnerzy z dwóch tak odległych sobie kulturowo światów, razem stanęli na najwyższym szczycie. Czekali na siebie, nie wyprzedzili siebie. Byli tam obaj.


Anna T. Pietraszek
drukuj