Benedykt XVI o roli Kościoła dziś
Mówi się, że chrześcijaństwo przeżywa dziś głęboki kryzys i jest to w określonym sensie słuszne, ale trzeba zauważyć, że to raczej związana z chrześcijaństwem inteligencja i sfera kierownicza w społeczeństwach przeżywa kryzys i pociąga w znacznym stopniu za sobą warstwy niższe. W każdym razie przed Papieżami: Janem XXIII, Pawłem VI, Janem Pawłem II i obecnym Benedyktem XVI stanęło ogromne wyzwanie, jedno z największych. Jakie są poglądy na ten temat Józefa Ratzingera – Benedykta XVI?
Powaga sytuacji
Mimo bardzo ciężkiej sytuacji religijnej, zwłaszcza od końca XX wieku, Benedykt XVI zaczyna od momentów pozytywnych. Zauważa mianowicie, że pewne kręgi inteligencji i zwykli konsumenci kultury zaczynają dostrzegać pustkę, błędy i zakłamanie ideologii liberalno-lewicowej i materialistycznej i coraz wyraźniej zwracają się ku religii o ogólnoludzkiej moralności. Są to wyraźne oznaki odrodzenia będącego w dużej mierze zasługą Jana Pawła II. Zaczyna się budzić nowa religijność i ożywa zmysł etyczny. Rodzą się pytania o Boga, o duchowość i znaczenie przeżyć religijnych. Coraz częściej Bóg jest pojmowany jako osobowy, a nie tylko jakaś najwyższa materia czy energia.
W całej kulturze europejskiej obserwuje się pewne oznaki nostalgii za wartościami religijnymi i moralnymi, za prawdziwą, a nie terrorystyczną wolnością, za sprawiedliwością, pokojem społecznym i za duchowością. Dostrzega się też trochę, że religia wspiera wyższe wartości w kulturze i życiu, rozwija je oraz pogłębia. Także prości chrześcijanie, zwłaszcza określone wspólnoty, angażują w religijność swój rozum, swoją wolę i swoje uczucia, przez co staje się ona pełniejsza i żywsza. Rozumie się, że moralność chrześcijańska musi ograniczać wolność czy raczej swawolę, żeby właśnie uzyskać wolność prawdziwą, odradzającą i twórczą, a nie niszczącą. Dla ideologii liberalno-lewicowej przykazania Boże i prawo natury albo nie istnieją, albo nie mają znaczenia autorytatywnego. Tymczasem brak tej moralności bardzo niszczy kulturę zachodnią i w życiu społecznym i kulturalnym prowadzi do straszliwego ucisku człowieka przez człowieka, do bezkarnej przemocy i do totalnej walki na najrozmaitsze sposoby.
Kościół musi bronić szczególnie sprawiedliwości, bo jest ona bardzo zagrożona głównie przez to, że Dekalogu, Ewangelii i porządku natury nie uważa się za obiektywne, a jedynie za subiektywne. Moralne prawa mają być stanowione przez człowieka dowolnie. Jest niezrozumiała ucieczka od świata rzeczywistego do wirtualnego, fikcyjnego i wyłącznie technicznego. Jakby nie dostrzega się, że istnieje realny kosmos i natura, a przy tym, iż rzeczywistość jest rozumna i logiczna, a moralność jest istotną strukturą człowieka w świecie. Człowiek staje wobec obiektywnych, pierwszych prawd podstawowych, które są zasadami samego istnienia i życia człowieka i kosmosu. Negacja Boga jako Stwórcy przechodzi w negację człowieka i rozumności w świecie. Świat miałby być kompletnym chaosem, bełkotem, nonsensem. Moralność więc nie jest więzieniem człowieka, lecz jego wyzwoleniem z niewoli zła, z niedoskonałości i degradacji. Stanowi też kryterium człowieczeństwa, a także prawdziwego postępu ludzkiego.
Nie dostrzega się, że chrześcijańska interpretacja rzeczywistości nie jest oderwana od realnego świata i historii człowieka, lecz stanowi centralny nurt ogólnoludzkich wizji świata i człowieka i jest osią wszystkich wielkich systemów kształtowanych przez tysiące lat przez najwyższe kultury: Bliskiego Wschodu, Basenu Morza Śródziemnego, Zatoki Perskiej, Morza Czarnego, Azji Centralnej i Wschodniej, Grecji i Rzymu. Słowem, jest głównym nurtem rozwoju ludzkości, kultur, duchowości i religii. Chrześcijaństwo stanowi esencję owych wielkich duchowych i intelektualnych intuicji ludzkich. Na tym polega jego wielkość, uniwersalność i nieśmiertelność. Niedostrzeganie tego dziś w Europie jest niewytłumaczalnym błędem.
O pokój, sprawiedliwość i postęp duchowy
Chrześcijaństwo dąży do utrzymania pokoju i sprawiedliwości, najpierw w człowieku, następnie w społeczeństwie, a wreszcie na całym świecie. Papież mówi, że w polityce międzynarodowej przyjmuje się relatywizm i odrzuca się prawdę o człowieku oraz etykę opartą na prawie naturalnym. Według nauki katolickiej trzeba tu utrzymać logikę życia międzynarodowego i prawo musi zabezpieczać życie ludzkie, wolność prawdziwą i własność, ale prawo ludzkie musi się ostatecznie opierać na prawie naturalnym, na Dekalogu i na prawie Ewangelii. Samo prawo ludzkie jest bowiem słabe i ułomne, nie daje się do końca uzasadnić.
Kościół – zdaniem Benedykta XVI – rozwija – w przeciwieństwie do państwa – miłość społeczną (encyklika „Deus caritas est”, Watykan 2006). Przy tym instytucja Kościoła nie angażuje się bezpośrednio w takie akcje polityczne, które chcą wprowadzić swój pokój i swoją sprawiedliwość, dobro dla jednych, a zło dla drugich, dla przeciwników politycznych. Jednak instytucja Kościoła, a przede wszystkim wszyscy wierni winni się angażować w pełni w tworzenie dobra wspólnego, czyli w integralne życie społeczno-polityczne. Chrześcijaństwo wprowadza pokój i sprawiedliwość do całej społeczności, do całego narodu i świata.
Często stawia się – mówi Papież – pytanie, co Kościół zrobił w tej dziedzinie przez dwa tysiące lat. I twierdzi się, że Kościół nie zniósł wojen, nie wprowadził sprawiedliwych ustrojów i nie przyczynił się do postępu moralnego społeczeństw. Papież odpowiada, że historia nie jest rozwojem jednego gigantycznego organizmu ludzkiego od stanu embrionalnego do jakiejś pełni doskonałości. Każde ludzkie pokolenie bowiem jest wolne i każde musi być od nowa formowane i wychowywane. Moralność i doskonałość nie dziedziczą się ani nie kumulują. Wprawdzie pokolenie doskonalsze stwarza lepszą niszę dla swoich następców, ale następne pokolenie także jest wolne i staje na nowo przed sytuacją dwuwartościową: albo może przejąć przesłanie Chrystusa, albo może je odrzucić, może albo się wznieść wysoko, albo poddać się słabości ludzkiej i pokusie wszelkiego zła. Zresztą i każda jednostka ludzka, bez względu na epokę czy stan cywilizacji, stoi przed wyborem: albo dobro, albo zło. Gdyby przyjąć konieczność dziedziczenia dobra przez całą historię, to doskonałe i szczęśliwe byłoby tylko pokolenie ostatnie i tylko ono byłoby celem pokoleń poprzednich, a te poprzednie, poczynając od pierwszego, byłyby pozbawione dobra i sensu własnego. Stąd do ogromu zła, haniebnych okrucieństw i upadków moralnych dochodzi wciąż nie z winy Kościoła czy rzekomej nieskuteczności Ewangelii, lecz na skutek sprzeciwu wobec Ewangelii, buntu przeciwko Bogu i Jego prawom i na skutek ulegania przez człowieka swojej tajemnicy nieprawości.
Dlatego też Kościół nie może się uchylać od stałej odpowiedzialności za kształtowanie atmosfery sprawiedliwości i za moralny stan życia społeczno-politycznego i duchowego. W przeciwnym razie „Jezus byłby tylko moralistą”, a nie prawdziwym Twórcą i Panem Królestwa Bożego na świecie. Przede wszystkim wiara jest otrzeźwieniem przed bałwochwalstwem nauk przyrodniczych i techniki. Pokazuje ona, że nasze poznanie całej rzeczywistości jest tylko cząstkowe i aspektowe, trzeba więc wiele nauk i wiele ujęć, żeby wiele poznać, choć i tak nie poznamy nigdy całej rzeczywistości do głębi, bo skończyłaby się nam historia i życie. Wiara operuje nie tylko doświadczeniem przyrodniczym, lecz także doświadczeniem nauk duchowych i moralnych. Bez duchowości i etyki stan ludzkości na pewno będzie się pogarszał i dojdzie do dna upadku, mimo materialnej techniki (Raport o stanie wiary, Warszawa 1986).
Jaki zatem ma być charakter wiary katolickiej? Wiara sprzeciwiająca się dzisiejszemu relatywizmowi, chaosowi i bezsensowi ma być – zdaniem Papieża – przede wszystkim rozumna. Nie jest ona sprzeczna z rozumem, ma wielkie zaufanie do rozumu i odrzuca nierozumność, gdyż Stwórcą wszystkiego jest rozum Boży. Wiara następnie musi być moralna, bo posiada w sobie moc miłości i przekłada się we wszystkim na miłość. Ratuje rozum przed błędami na swym najwyższym poziomie umysłu ludzkiego (Jan Paweł II, „Fides et ratio” – „O relacjach między wiarą a rozumem”, Watykan 1998). Wiara także ratuje wielką miłość, a miłość broni wiary. Brak rozumu i miłości w wierze czyni ją ślepą i fanatyczną. Wiara wreszcie jest nie tylko jednostkowa i osobista, ale także społeczna i publiczna, wiąże wierzących w jedną całość, w Kościół, i rodzi miłość społeczną, której brakuje społeczeństwom niereligijnym („Deus caritas est”). Nie ma nic piękniejszego i cenniejszego na ziemi nad wiarę, chociaż jest ona wymagająca i trudna.
Zadania Kościoła wobec Europy
Cała UE, jak i każde państwo musi być sprawiedliwe, bo bez sprawiedliwości będzie „bandą zbójców”, jak pisał św. Augustyn. Tymczasem sprawiedliwość jest na świecie naruszana zarówno przez komunizm, dyktatury, jak i przez współczesne demokracje ateistyczne. Różne grupy na różne sposoby zdobywają władzę, często niesprawiedliwie. Tradycje demokratyczne są różne w różnych krajach. Ale każda władza despotyczna czy demokratyczna, jeśli odrzuca odniesienie do Boga, opiera się na zmanipulowanej opinii publicznej. I tak na świecie i w Europie panoszy się często cynizm władzy pod otoczką ideologiczną („Spe salvi”, Watykan 2007, n. 42). „Tam, gdzie wyklucza się Boga, natychmiast pojawiają się owe 'bandy zbójców’ w rozmaitych ostrych lub złagodzonych formach”. Dlatego Kościół nie może przestać wołać o pełną sprawiedliwość w państwie, w Europie i na świecie.
Kościół – według Benedykta XVI – przypomina, że żadna konstrukcja społeczna nie trwa wiecznie, podlega procesowi „przypływów i odpływów”.
Europa, rzekomo dojrzała umysłowo i kulturalnie, powinna się wyrzec naiwnej wiary w wieczny postęp na ziemi aż do osiągnięcia na końcu raju. Taki postęp bowiem jest starodawnym mitem. „Obiecywanie ludziom lepszego świata i raju na ziemi to złudna, zakłamana i fałszywa fatamorgana” (tamże, p. 25 n). Na świecie nigdy nie będzie ugruntowanego na stałe królestwa dobra, bo wolność ludzka jest krucha i zmienna. Pragnienie uczynienia z ziemi nieba jest piekłem. „Prawdziwą wielką nadzieją człowieka, która przetrwa wszelkie zawody, może być tylko Bóg – Bóg, który nas umiłował i nadal nas miłuje” (tamże, p. 27). Dlatego Kościół musi głosić i głosi ludziom Boga jako Nadzieję i jako Sprawiedliwość, i jako Wieczne Dobro. „Świat bez tej wielkiej nadziei, pokładanej w Bogu, jest wiecznym błędem. Świat bez Boga jest światem ostatecznie bez żadnej nadziei” (tamże, p. 44). Chrześcijaństwo więc budzi ową wielką nadzieję i uczy, że najbardziej słuszną rzeczą jest czynić dobrze wszystkim ludziom, bo wtedy i jutro będzie dobrze.
Kościół musi uczyć wynosić etykę ponad politykę. Bez zgody bowiem na zasadnicze wartości moralne, nie ma udanego współżycia ludzi. Ale moralności, wolności i religii nie może tworzyć państwo, gdyż moralność i religia są nam dane ostatecznie z góry jako obiektywne, autorytatywne i wieczne. Jeśli te wartości tworzy państwo, jak to się dzieje w marksizmie i w próbach ideologii liberalno-lewicowej, to wtedy dochodzą do głosu owe „bandy zbójeckie”, które podporządkowują sobie wszystkich i wszystko, wynosząc się ponad Boga.
Europa musi uznać, że dla sprawiedliwego w pełni prawa i dla etyki, konieczny jest Bóg i myśl o Nim, Dekalog i prawo naturalne. Świeckie, ubóstwiające się państwo prawa, jest prostą drogą do bezprawia. Niech pyszna Europa pamięta, że jeśli nie będzie niosła światu wiary chrześcijańskiej i moralności ewangelicznej, to nie będzie mogła w przyszłości eksportować swojej techniki i racjonalności, co się zresztą już dzieje w dużym stopniu w stosunku do wielkiej części świata muzułmańskiego. A nawet więcej: gdy Europa – naucza Papież – niszczy wielkie tradycje religijne i moralne ludzkości, niszczy tym samym podstawy człowieczeństwa.
Nowa Europa i nowy, tworzący się świat wymagają właściwych wartości. Religia zachodnio-chrześcijańska i związana z nią kultura są uniwersalne. Bez niej świat byłby bardzo ubogi na zawsze. Ale trzeba porozumienia między kulturami i religiami. Również kultura i religia islamska, choć ta uwolniona od fanatyzmu i terroryzmu, musi uczestniczyć w tworzeniu świata i prowadzić pokojowe współżycie z kulturą i religią zachodnio-chrześcijańską. Islam nie jest wbrew zamysłom Bożym, lecz jest jakimś znakiem od Boga również dla katolicyzmu.
Jest renesans świata muzułmańskiego: i gospodarczy, i polityczny, i religijny. Ale trzeba pamiętać, że w islamie religia, kultura i polityka stanowią jedno, w przeciwieństwie do Zachodu, gdzie jest wrogość do wiary, religijności i moralności, głównie w sferze czynników wiodących w państwach. Przebudzenie islamu – zdaniem Papieża – nastąpiło w momencie eksportu zachodniej niemoralności do Iranu, konkretnie niemoralnego kina i innych dziedzin kultury zachodniej. Islam ocenił te rzeczy jako diabelski zamach na godność człowieka, na jego wiarę, moralność i tożsamość. Muzułmanie postanowili się bronić głównie przed ateizmem i demoralizacją Zachodu. Złą rzeczą w islamie jest połączenie religii z polityką i niekiedy terroryzmem, ale zaletą jest mocna wiara w realność tego, w co się wierzy, czego właśnie brakuje na Zachodzie. Stąd islam zdobywa coraz więcej wyznawców, także w ubożejącej religijnie Europie, łatwiej oddziałuje na Trzeci Świat w walce z zachodnim kapitalizmem. Zachód, zdaniem Benedykta XVI, winien zrozumieć, że na świat niezachodni trzeba najpierw eksportować kulturę duchową, wyższą myśl, religię i moralność, a dopiero potem ekonomię, technikę i cywilizację. Tymczasem Europa nie rozumie, że wiara chrześcijańska jest po prostu warunkiem jej życia. Bez chrześcijaństwa i jego moralności to już nie będzie Europa, lecz jakiś konglomerat ludów i kultur afrykańskich, bliskowschodnich i azjatyckich.
Kościół zatem powinien czynić następujące rzeczy: musi dawać wielką interpretację świata i uniwersalną prawdę oraz ukazywać realność zła moralnego. Ale ma to być nie tylko umoralnienie, jak chce dziś chrześcijaństwo liberalne. Nie może się ograniczyć tylko do działalności charytatywnej. Nie może dać się zepchnąć do czystej idei i na margines w głoszeniu i czynieniu prawdy i dobra. Musi głosić Boga i Jego Królestwo, a także podejmować na różne sposoby swoją odpowiedzialność za społeczeństwo realizowania najwyższych wartości. Kościół musi być gotów przyjmować ludzkie cierpienia za swoje, aby realizować najwyższą miłość do ludzi. „Historia bowiem jest ciągłym zmaganiem się miłości z brakiem miłości i z nienawiścią. Kościół istnieje nie po to, aby być wśród ludzi wznioślejszym, mądrzejszym i duchowo silniejszym (choć faktycznie takim jest), ani po to, by przyciągać do siebie i zwyciężać innych, lecz aby stale kochać ludzi takich, jakimi są” („Czas przemian w Europie”, Kraków 2005, s. 161/).
A co do nas?
To wszystko, co Papież Benedykt XVI myśli i pisze z troską o Kościół i o Europę, odnosi się coraz bardziej i do Polski, i do naszego Kościoła. Oto i w Polsce zaczyna grozić to, że będzie oficjalnie bez Boga i „bez Polski”. Nasi przywódcy po śmierci Jana Pawła II już daleko odchodzą od Jego przesłania. A jeśli medium toruńskie kultywuje to przesłanie, to jest uważane, nawet przez część duchowieństwa, za „radykalne” religijnie, staromodne i wrogie dzisiejszej mentalności. A po objęciu władzy przez liberałów wychodzą już z cienia liczne dawne upiory nawet w dzień i harcują w Domu Polskim. Wśród zapowiedzianych prywatyzacji gospodarczych mieści się także „prywatyzacja Kościoła”. Sam premier Donald Tusk, który chce kreować nową rzeczywistość słowami, w swoim exposé, trwającym 3 godziny i 16 minut, w kraju katolickim nie wspomniał już ani słowem o Kościele katolickim, jakoby Kościół i 95 proc. katolików nie stanowili żadnego czynnika określającego życie w Polsce. Wprawdzie wybiera się do Watykanu, ale to będzie zapewne tylko jeszcze jeden z gestów propagandowych wobec Narodu katolickiego.
Podobnie smuci nas bardzo nieudany w większości dobór współpracowników, z których część jest niekompetentna, część karmi się tylko złośliwością i nienawiścią, a część kompletnie nie rozumie głębi procesów życia społecznego, politycznego, kulturalnego i duchowego. Kilku z tych współpracowników już się wyrywa atakować bez powodów Radio Maryja, Telewizję Trwam i pewne tradycje religijne. Jako „liberałom” będzie chyba dozwolone niszczyć i patriotyzm, i katolicyzm. Haniebny przykład dają dziennikarze z TVN, ale nie tylko oni. I Kościół, i Polska klasyczna nie mogą się nawet bronić, bo katolicy i Polacy w swoim kraju – nieopatrznie – nie ustanowili sobie takiego prawa. Rzeczywiście, życie w atmosferze liberalno-lewicowej jest ciągle chore, choć udaje pełną radość i zdrowie. Nie mamy środków, żeby zorganizować zdecydowaną obronę. Zresztą bardzo wielu ludzi tego nie rozumie, bo i nie pojmuje struktur życia społecznego i duchowego. Bardzo też boli jakieś spętanie społeczeństwa i uniesamowolnienie. Wielki przyjaciel Polski i mądry obserwator, Carl Beddermann, podejrzewa wprost, że polityka naszych rządów jest sterowana bynajmniej nie dla dobra Polski (Telewizja Trwam, 2 XII 2007).
Ludzie, którzy w różny sposób otrzymali władzę, świadomie czy nieświadomie ateizują kraj i wyprzedają jego wolność, niczego się nie boją: ani Boga, ani historii, ani światlejszych katolików. Niech jednak uważają, gdy atakują świętości. Za św. Pawłem, atakowanym za wiarę w Chrystusa, może sąd historii powiedzieć: „Uderzy was Bóg, ściany pobielane” (Dz 23, 3), jak niedawno rozproszył tych, którzy znieważyli arcykapłana i targnęli się na Dekalog przeciwko życiu.
Ks. prof. Czesław S. Bartnik
