Papierowe anioły

W jednym z kościołów nad wejściem do zakrystii powieszono zegar. Na jego wahadle umieszczono słowa, które w swoim zamyśle z pewnością miały przestrzec wchodzących i wychodzących zeń o tym, co nieuniknione. Kołysząc się w rytm kolejnych taktów napis: „Czas ucieka wieczność czeka” budził respekt, dawał do myślenia – ale do czasu. W pewnym momencie spowszedniał, ba, stał się niezauważalny jak powietrze…

Tacy jesteśmy. Rytm czasu ma to do siebie, że potrafi wciągnąć w swoje tryby codzienność, zemleć ją, poszatkować na szare dni, weekendy, święta, sprzątanie i zakupy, czekanie. A wszystko to równiutko „pod sznurek”, w różnobarwnym świetle sklepowych dekoracji i w pulsowaniu kolorów „z rozdzielnika” programujących radość albo smutek, śmiech i strach. Jak na tle tego gorącego tętna współczesnej cywilizacji brzmi głos Jana Chrzciciela wołającego: „Przygotujcie drogę Panu! Prostujcie ścieżki dla Niego!”? Czy jest w ogóle słyszalny?

Jestem pewien, że większość z nas pośród tysięcznych odgłosów ulicy bez trudu rozpozna brzęk upadającej monety. A więc?… Nie o donośność głosu tu chodzi, a raczej o nasze wewnętrzne dostrojenie, ukierunkowanie myśli, serca, pragnień. Zabiegani, zapominamy, że może istnieć inny świat. A może w jego istnienie już przestaliśmy wierzyć, traktując go jak kolejny element rzeczywistości science fiction? Wilk, który zamieszka z barankiem, ciele i lew zamieszkujące społem, niemowlę igrające na norze kobry – obrazy mesjańskiego pokoju z dzisiejszego pierwszego czytania, który nastąpi, gdy wypełni się Obietnica, są tak bardzo abstrakcyjne, że pewnie 95 proc. słuchających tego opisu uczestników liturgii niedzielnej puści go mimo uszu. Podobnie Jan nawołujący do nawrócenia i udzielający chrztu w rzece Jordan. – Konwencja, takie tam adwentowe bajdurzenie – pomyślisz sobie. Ksiądz znów będzie mówił, że za parę dni rekolekcje w parafii i trzeba by do spowiedzi pójść. Że trzeba się nawracać! Czemu nie! Przecież święta niedługo i życiową „obiegówkę” otrzymaną na chrzcie wypadałoby podbić…

I tak przyjdą święta. Ziewając, odstoisz Pasterkę, zamruczysz z tłumem kolędę, poudajesz, że cieszysz się z tego, że Jezus się narodził, pokiwasz głową z dezaprobatą, że w stajni, że w tak niehigienicznych warunkach; pochylisz się nad styropianowo-papierowym żłóbkiem i wrócisz do domu. A potem dasz się znów pochwycić rytmowi czasu, jego szaleńczemu pędowi i zapomnisz szybko smak wigilijnego opłatka. O to chodzi? Tylko jedno mnie nurtuje: dlaczego nawet zadufani w sobie faryzeusze i nieuznający zmartwychwstania saduceusze ustawili się grzecznie w kolejce do Jana? Po kostki w rzecznym mule, czekając na chrzest? Czyżby wiedzieli, przeczuwali coś, czego my – teoretycznie wiedzący więcej – nie chcemy przyjąć do wiadomości? W pustynnej ciszy usłyszeli głos, który my z takim maniackim uporem zagłuszamy? Na początek: może przynajmniej to powinno wzmóc czujność i zwrócić uwagę, że jednak dzieje się coś niezwykłego, czemu warto poświęcić nieco więcej uwagi? A przede wszystkim – zatrzymać się – aby poczuć się ziarnem, a nie plewą, którą ewangeliczne wiejadło odwieje daleko. Postawić się w centrum historii zbawienia, a nie obok niej. To nie jest takie trudne, jak by się mogło wydawać. Trzeba tylko zatęsknić. Spróbujemy razem? Chodź, nie bój się. Może wreszcie uda nam się zobaczyć Dziecię, Józefa i młodziutką Miriam, prawdziwe anioły. A nie tylko papierowe…


Marcin Jasiński
drukuj