MARYJO, prowadź nas dalej

Bóg posłużył się Radiem Maryja, znajdując sposób, abym został redemptorystą

Jest późna noc, jeszcze nie modliłem się Kompletą. Jeszcze nie wypowiedziałem słów: „Teraz, o Panie, pozwól odejść słudze Twojemu”. Jeszcze nie… Za dwa dni minie 16 lat od dnia narodzin Radia Maryja. Jestem z tym dziełem związany od ponad 15 lat. To połowa mojego dotychczasowego życia. Im więcej się modlę, tym wyraźniej dostrzegam Boże prowadzenie.

Zaczęło się w ósmej klasie. To była już moja trzecia z rzędu szkoła podstawowa. Byłem wtedy dosyć luźno związany z Kościołem. Do tej samej klasy chodził również kolega zaangażowany w życie parafii salezjanów. Lektor. Pewnego dnia Waldek zaproponował mi przyjście na zbiórkę ministrantów. Nigdy ministrantem nie byłem, to nie była również moja parafia, ale poszedłem.

Zostałem lektorem, należałem do Salezjańskiej Organizacji Sportowej. Później rozpocząłem naukę w liceum salezjańskim. Waldek zniknął. Bóg przysłał go na pięć minut, by mnie przyprowadzić bliżej Siebie. To był pierwszy krok.

W sklepiku parafialnym pracowała wówczas (posługuje w nim do dziś) pani Krystyna – kobieta ogromnego serca i Bożego sprytu. To ona zaprosiła mnie na herbatę. Poprosiła raz czy dwa o zastępstwo. Nie chciało mi się, ale uległem. To był drugi krok.


Taka zwykła „betlejemka”


Pewnego dnia w marcu, może kwietniu 1992 roku pani Krystyna poprosiła mnie, abym pojechał z nią do Torunia, do jakiegoś radia, które istnieje od niedawna, a które utrzymuje się z ofiar słuchaczy. Pomyślałem: ciekawe radio. Nigdy w takim miejscu nie byłem, pewnie, że pojadę! Miałem być ochroniarzem pani Krystyny. Później zostałem „ochroniarzem” kogoś, kogo wówczas jeszcze nie znałem… Pojechaliśmy. Pamiętam mały domek, taka zwykła „betlejemka”. Trzeba było pokonać kilka wąskich stopni, by wejść do środka. Przy drzwiach mnóstwo kapci, najczęściej wełnianych, zrobionych na drutach. To był dom, więc zdejmowaliśmy buty. Strasznie ciasno. Na piętrze mieściła się reżyserka i studio, boazeryjne drzwi, wcale nie szklane i nie dźwiękoszczelne. Jakaś kuchenka. Do piwnicy prowadziły strome schody. Musieliśmy uważać. Tam była kaplica z figurą Matki Bożej Fatimskiej. Centrum Radia. Dzisiaj widzę to bardzo jasno. Dwa tysiące lat temu Maryja też nie żyła w luksusach. Bóg posługuje się skromnymi środkami, by objawiać swoją moc. Obok kaplicy znajdowała się mała spiżarka. Stały w niej jeszcze słoiki z konfiturami, pokryte gdzieniegdzie pajęczyną. Była jeszcze łazienka i pomieszczenie, które pełniło różnorodne funkcje w zależności od potrzeby.

Spotkałem wówczas o. Tadeusza – pierwszego redemptorystę w moim życiu. Bardzo trudna nazwa: redemptorysta. Przyjął nas bardzo serdecznie, po domowemu. To, co zapamiętałem, to były spojrzenia. Coś zobaczyłem w tym zakonniku. Ojciec Tadeusz patrzył na mnie. Dzisiaj wiem, co myślał, powiedział mi. Wówczas nie wiedziałem. Spodobało mi się to „nic”. Widziałem wielu oddanych ludzi, dziś jeszcze wielu spotykam. To był trzeci krok – do „betlejemki”, w której zatrzymała się Matka Boża, i te spojrzenia.

Radio Maryja słyszalne było w Bydgoszczy, skąd pochodzę. Zaraz po powrocie z Torunia włączyłem Radio. Jakże inaczej słucha się ludzi, których się spotkało. Nie wiem, czy lepiej, czy gorzej, ale na pewno inaczej. Włączyłem więc Radio. Był ojciec Tadeusz. Zachwyciła mnie bezpośredniość, normalność. To ksiądz tak mówi, tak zwyczajnie rozmawia z ludźmi?… Tego nie było w żadnym innym radiu. Ogromna spontaniczność, czasem nieporadność, ale zawsze autentyczna. Słuchałem. Ojciec Dyrektor wielokrotnie przedłużał program, nieraz siedział do rana. Lubiłem te nocne „nasiadówy”. Do dziś lubię. Flety rozbrzmiewały wówczas tylko w Radiu Maryja. To był kolejny krok.

W liceum byłem mocno zaangażowany społecznie. Pojawiałem się w Radiu. Chciałem jakoś pomagać. Nie zawsze wiedziano, co ze mną zrobić. Nie zniechęcałem się. Radio Maryja weszło mocno w mój czas wzrastania. Kilkakrotnie uczestniczyłem w młodzieżowej audycji, między innymi z ks. Antonim Balcerzakiem. Pamiętam, jak po jednej z nich wracaliśmy do Bydgoszczy, pamiętam naszą rozmowę…

Pamiętam też szczególnie dwa noclegi w Toruniu. Jeden w Domu Słowa – nie był jeszcze wykończony. Spałem w wielkiej wybetonowanej sali, pośrodku której stało tylko łóżko i rower.

Drugi nocleg był w Radiu. Położyłem się, tak jak stałem, w jednym z pomieszczeń. Około godz. 3.00 wszedł ojciec Tadeusz. Zapalił światło, był zdziwiony. Po chwili przyniósł poduszkę i koc.

Byłem blisko Radia, nie wstydziłem się, że go słucham. Już wówczas zaczynało się etykietowanie. Prawdę mówiąc, miałem to w nosie. Gdzie brak argumentów, trzeba uruchomić maszynę, która odpowiednio zaszufladkuje, zaetykietuje.

Jeździliśmy na pielgrzymki słuchaczy Radia Maryja. Mnie przypadało w udziale przewodniczenie pielgrzymkom. Potrafiliśmy śpiewać przez 5 godzin niemal bez przerwy, w drodze na Jasną Górę zawsze pieśni religijne, a w powrotnej – patriotyczne i ludowe.


Być blisko człowieka


Gdy kończyłem liceum, trzeba było stanąć przed decyzją: co dalej? Salezjanie spoglądali w moją stronę, ja również patrzyłem na nich… Znów pojawiła się osoba: pan Paweł – nauczyciel historii w moim liceum. Człowiek ogromnej wiedzy i dobroci. Rozmowa z nim była bardzo ważna. To po niej podjąłem decyzję: idę studiować dziennikarstwo i politologię.

Studia to fantastyczny czas, nie tylko ze względu na zdobywaną wiedzę, ile raczej mądrość życiową. Wiele pięknych przyjaźni, zaangażowanie w duszpasterstwo akademickie, spotkania, praca, praktyki, zabawa. Nie afiszowałem się z moją religijnością i zaangażowaniem w działalność Radia Maryja, ale moje postawy zdradzały mnie. Wcale nie rodziły wrogości, raczej ciekawość, pobudzały do debat, rozmów. Do dziś z wieloma osobami utrzymuję kontakt. Są wśród nich osoby zbliżone do SLD czy PO, wówczas jeszcze Unii Wolności. Są ateiści i protestanci. Pamiętam nasze debaty podczas „okienek” w uczelnianej stołówce czy spacery do Ogrodu Botanicznego albo długie odprowadzania się. Tyle rzeczy trzeba było „obgadać”. Lubiliśmy te nasze rozmowy. I mogliśmy na siebie liczyć. Niektórzy z wykładowców również ciekawie mi się przyglądali, część pytała. Jeden nie mógł uwierzyć, że chcę jechać na praktyki do Radia Maryja. Zastanawiał się, czy dać mi skierowanie… Nic to. Mam wrażenie, że im dłużej byliśmy ze sobą, tym bardziej dialog owocował zdrowym szacunkiem. Jestem Panu Bogu wdzięczny za ten czas, jestem wdzięczny mojej Alma Mater – Uniwersytetowi Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Studencka posługa w Radiu Maryja bardzo mnie wzmacniała. Pracując w redakcji informacyjnej, musiałem od rana do wieczora słuchać Radia Maryja. Wówczas jeszcze bardziej musiałem, niż chciałem. Cóż, nie byłem gotowy na trzy Różańce dziennie. Stopniowo jednak przekonywałem się, jak dobrze skonstruowana jest ramówka Radia. Zaczyna się od „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”, jest pacierz poranny, Różaniec, transmisja Mszy św., katecheza, są informacje, porady, rozmowy, interaktywność, audycje dla dzieci, młodzieży, dorosłych, chorych, małżonków, rodziców, rolników, są wiadomości, modlitwa towarzyszy słuchaczowi w ciągu dnia, aż do błogosławieństwa, którego udziela dyżurujący w Radiu kapłan: „Noc spokojną i śmierć szczęśliwą…”.

Wiele razy spotykałem się z ojcami posługującymi w Radiu Maryja. Widziałem ich pracę. Pociągało mnie bycie blisko człowieka. Piękne spotkania w rozgłośni, podczas pielgrzymek i spotkań Rodziny Radia Maryja. Nie zapomnę katechez, których udzielał mi Ojciec Dyrektor. Nieraz służyłem do Mszy św., którą on celebrował. Gdy wracaliśmy do zakrystii, zawsze chwilę rozmawialiśmy. Ojciec Tadeusz wypowiadał niemal zawsze jakieś jedno „nośne” zdanie, które mnie katechizowało. Do dziś wiele z nich pamiętam. Albo rozmowy zawsze niedokończone, nocne… Poza tym bardzo ważne były spotkania z braćmi klerykami przyjeżdżającymi na wakacyjną praktykę do Radia. Wypytywałem ich o wiele spraw.

Jako student byłem jednym z prowadzących pielgrzymki słuchaczy Radia Maryja na Jasną Górę. Założyłem w Poznaniu Koło Przyjaciół Radia Maryja i Młodzieżowe Koło. Wszystko to było wielką i cenną przygodą.

O „możliwościach” mediów przekonałem się po raz pierwszy, gdy pojechałem z o. Tadeuszem do „Tormięsu”. W zakładzie tym strajkowała załoga, walczyła o godność swoją i rodzin. Byłem uczestnikiem tych wydarzeń. Widziałem wszystko. To, co potem pokazała telewizja, zmroziło mnie. Wtedy też w przekazie pewnej gazety zostałem „rosłym ochroniarzem o. Rydzyka”. Jak bardzo można fałszować rzeczywistość i wsączać kłamstwo do świadomości społecznej, powodując klasyczną degrengoladę. Zapytałem wtedy o. Tadeusza: „Ojcze, a jak zarzucą Ojcu politykę?”. Odpowiedział: „Darek, nie obchodzi mnie to. Kapłan potrzebny jest wszędzie tam, gdzie człowiekowi dzieje się krzywda”. Dobrze to zdanie sobie zapamiętałem… To było bardzo ważne zdanie, a „Tormięs” stał się dla mnie trybunałem niesprawiedliwości.


Pan Bóg ma fantazję


Rok 2000, Światowe Dni Młodzieży. Spotkanie z Ojcem Świętym. Kilka miesięcy później kolejne, w Jego prywatnej kaplicy. Wtedy już wiedziałem, chcę być redemptorystą. Nikt inny nie wiedział, chyba tylko Jan Paweł II, który przenikał mnie wzrokiem i udzielił błogosławieństwa. W ciszy poprosiłem o błogosławieństwo na tę drogę. Jan Paweł II – Piotr, inaczej o Nim nie myślałem. Jemu zawdzięczam wiele, bardzo wiele…

Rok 2001 – ostatnia pokusa, by nie zostać redemptorystą. Mój profesor, pan Jacek Sobczak, któremu jestem ogromnie wdzięczny, zaproponował po obronie pracy magisterskiej pozostanie na uczelni i pisanie doktoratu. To była bardzo dobra propozycja, pobudzająca moją ambicję. Długo mnie męczyła…

Dzisiaj jestem redemptorystą, kapłanem. Boże, jak ten czas minął… Ojciec Prowincjał skierował mnie do posługi w Radiu Maryja i Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej. Teraz to ja zapraszam słuchaczy na uroczystości rocznicowe. Czekam na nich. Bardzo lubię kontakt z ludźmi, takie spotkania budują. Rozmowy na antenie, rozmowy z pielgrzymami w Radiu albo gdy jestem pielgrzymem w rodzimej parafii naszych słuchaczy. Zagonienie i walka o czas na modlitwę – to codzienność. Współbracia są oparciem, nieraz wyrzutem, zachętą. Ludzie posługujący w Radiu, straż nocna. Ile razy siedzę w nocy na dyżurze, rozmawiam ze słuchaczami, a tu otwierają się drzwi i cicho, bezszelestnie niemal wchodzi ktoś, przynosi kawałek ciasta z domu, ciepłą herbatę… Studenci, których spotykam na wykładach, w uczelni, w akademiku, pośród których żyję i mieszkam, są ogromną zachętą i wyzwaniem. Obecność pośród nich pozwala być młodym i nakazuje dojrzałość.

Bóg posłużył się Radiem Maryja, znajdując sposób, abym został redemptorystą. Bóg jednak ma fantazję… A co Bóg pomyśli, staje się. Niech będzie uwielbiony, znany i kochany.

Maryjo, któraś przyszła do toruńskiej „betlejemki”, by rozbłysnąć jako Gwiazda Nowej Ewangelizacji, prowadź nas dalej, prowadź Radio Maryja i bądź jego Opiekunką.

o. Dariusz Drążek CSsR

drukuj