Możemy współpracować i z Arabami, i z Izraelczykami

POLSKA NA GLOBALNEJ SZACHOWNICY

Z dr. Adamem Bieńkiem, adiunktem w zakładach arabistyki Instytutu Filologii Orientalnej Uniwersytetu Jagiellońskiego, rozmawia Mariusz Bober

O stosunki z krajami Bliskiego Wschodu dbają wszystkie potęgi polityczne i gospodarcze świata, m.in. dlatego że ogniskują się tam najbardziej poważne konflikty międzynarodowe. Ale to, z jakimi krajami Bliskiego Wschodu i w jaki sposób układać relacje, poszczególne kraje ustalają zgodnie z własnymi interesami. Po 1989 r. w polskiej polityce zagranicznej wobec Bliskiego Wschodu obserwuje się narastającą wręcz asymetrię pomiędzy relacjami z Izraelem i pozostałymi krajami tego regionu. Czy to właściwe podejście?

– Rzeczywiście, widać dużą asymetrię w relacjach Polski z Izraelem oraz z krajami arabskimi. Jest to tym większa strata dla naszej gospodarki, że w poprzednim systemie polskie firmy zdobyły duże uznanie, zwłaszcza w dziedzinie inwestycji drogowych i budowlanych w krajach Afryki Północnej oraz na Bliskim Wschodzie. Polscy handlowcy, także dyrektorzy byłych firm, również w nowych warunkach ekonomicznych mogliby utrzymywać kontakty. Tymczasem Polska kładzie nacisk na prawie jednostronne kontakty z Izraelem. Sądzę, że wynika to z jakiegoś kompleksu, wmawianego nam poczucia winy. Przekonuje się Polaków, że są antysemitami, że wyssali antysemityzm z mlekiem matki. Dlatego politycy boją się wypowiadać, nawet w obliczu ewidentnych błędów izraelskich polityków, przeciwko zacieśnianiu relacji z tym krajem. Być może jest to efekt strachu albo wpływów amerykańskich mediów, dla których proizraelska polityka jest oczywista. Większa część mediów korzysta bezkrytycznie z agencji prasowych, dla których jest oczywiste, że Izrael to jedyna demokracja na Bliskim Wschodzie, a kraje arabskie powinny być podporządkowane wpływom izraelskim.

A może chodzi o współpracę gospodarczą z Izraelem, z którym mamy najwyższe obroty handlowe spośród państw Bliskiego Wschodu – prócz Turcji?

– Wymiana handlowa także z Izraelem jest wciąż mała, biorąc pod uwagę nasze możliwości. Poza tym zawieramy z tym krajem głównie kontrakty, na mocy których kupujemy broń od tego kraju, a nie na odwrót. Często są to chybione zakupy. Bywa że kupuje się technologie, które nie zostały nawet przetestowane w Izraelu. To prawda, że polskie przedsiębiorstwa zaczęły ostatnio działać szerzej w krajach Zatoki Perskiej, jednak to zaangażowanie mogłoby być większe, tym bardziej że współpraca z jedną ze stron konfliktu bliskowschodniego nie musi wcale przesądzać o kontaktach z innymi państwami regionu. Tymczasem tracimy okazję do szerszej współpracy z takimi krajami jak Libia, Algieria czy Syria.

A współpracują z nimi, a nawet z Iranem, inne kraje europejskie, np. Niemcy czy Francja?

– Oczywiście. Kraje te są na tyle ustabilizowane, zarówno gospodarczo, jak i politycznie, i mają tak silną pozycję międzynarodową, że mogą ignorować w większym stopniu krytykę swojej polityki. Tymczasem my zachowujemy się znacznie bardziej powściągliwie, dopasowując się np. do polityki amerykańskiej.

A może to kraje arabskie nie chcą rozwijać współpracy gospodarczej z państwem mającym dobre relacje z Izraelem?

– Rzeczywiście, niektóre kraje arabskie zmieniły stosunek do Polski, gdy zajęliśmy zdecydowanie proamerykańskie stanowisko i zaangażowaliśmy się w konflikt w Iraku. Wina leży jednak także po stronie polskiej. Po upadku PRL i stworzonych w tym okresie centrali handlu zagranicznego nie próbowano odbudować naszych kontaktów na rynkach bliskowschodnich.

Ze względu na zaangażowanie polskich żołnierzy w Iraku oraz potencjał energetyczny tego kraju jego rola w naszej polityce zagranicznej zaczyna wzrastać. Pozostaje jednak problem, jak te relacje układać w tak niepewnej sytuacji politycznej i wewnętrznej, jaka panuje w tym kraju.

– Polacy oczekiwali, że zaangażowanie naszych wojsk po stronie amerykańskiej w Iraku będzie oznaczać, iż skorzystamy na współpracy z rządem, który zostanie utworzony przy wsparciu strony amerykańskiej. Okazuje się jednak, że obecny słaby rząd nie podejmie żadnych wiążących decyzji. Zaś każdy następny gabinet, wyłoniony nawet w wolnych wyborach, będzie unikał zawierania kontraktów z krajami, które tworzyły siły okupacyjne. Poza tym nie sądzę, że taki twór państwowy jak Irak przetrwa. Na pewno dojdzie do jego rozpadu i wyodrębnienia się trzech części: Kurdystanu na północy, części sunnickiej w centrum kraju i szyickiej na południu. O ile jest możliwość nawiązania kontaktów z częścią szyicką i kurdyjską, o tyle nawiązanie relacji z sunnitami będzie raczej niemożliwe. Co prawda nie będzie to miało większego znaczenia z gospodarczego punktu widzenia, ponieważ złoża ropy znajdują się właśnie w części kurdyjskiej i szyickiej, choć szyici są coraz mniej skłonni do współpracy. Dlatego myślę, że nie uzyskamy wielkich korzyści ze współpracy z Irakiem, tym bardziej że coraz mocniej interesują się nim takie kraje jak Niemcy czy Rosja. Jednak w ciągu najbliższych kilkunastu lat zapewne nie będą tam możliwe żadne inwestycje z powodu niestabilnej sytuacji.

Czy rzeczywiście dojdzie do rozpadu Iraku? Przecież sunnici nie chcą do tego dopuścić. Perspektywa inwazji Turcji w północnych prowincjach kraju zdominowanych przez Kurdów nie ostudzi tych tendencji?

– Nie sądzę, by Turcy na trwałe chcieli okupować północny Irak. Będą raczej przeprowadzać ekspedycje karne, na wzór armii izraelskiej, która dokonywała niedawno ataków na Liban. Zresztą Turcja jest związana z Izraelem współpracą w dziedzinie militarnej. Natomiast ewentualne powstanie niezależnego Kurdystanu może być pewnym rozwiązaniem. Wówczas bowiem to Kurdowie będą musieli zadbać o to, by nie stwarzać okazji do przeprowadzania przez Turcję ekspedycji karnych. Z drugiej strony Ankara będzie bardzo ostrożna w takich działaniach, aby nie narazić się Stanom Zjednoczonym, które z kolei nie chciałyby pogorszenia sytuacji w Iraku.

Turcja jest też ważnym dla nas krajem. Wielkość obrotów Polski z tym państwem jest większa niż wszystkich pozostałych krajów Bliskiego Wschodu razem wziętych. Poza tym przez ten kraj przebiegają ważne rurociągi naftowe i gazowe. Dlatego nasze władze zadeklarowały poparcie dla członkostwa tego kraju w UE. Czy to słuszna polityka?

– Trudno odpowiedzieć jednoznacznie na te pytania. Z jednej strony Turcja, zwłaszcza w części leżącej po zachodniej stronie cieśniny Bosfor, jest bardzo europejska. Jednak kraj ten sam jeszcze nie zdecydował o kształcie swojej demokracji i państwowości. Przeprowadzone w ostatnich latach wybory parlamentarne wskazują na wzrost poparcia dla ugrupowań silnie powiązanych z islamem. Dlatego nie wiadomo, czy Turcja dąży do świata muzułmańskiego, czy do Europy. Jeśli będzie się coraz bardziej europeizowała, to zamknięcie przed nią drzwi do UE wepchnie ją do Azji. Z drugiej strony, czy możemy sobie pozwolić na ryzyko gwałtownej islamizacji Europy poprzez przyjęcie kraju coraz bardziej zmierzającego ku islamowi, liczącego w dodatku kilkadziesiąt milionów ludzi? Ponadto Turcja musi jeszcze rozliczyć się z przeszłością, bo to także jest następny demon, który przeszkadza w prowadzeniu rozmów. Pamiętajmy, że Turcy są winni pierwszego wielkiego ludobójstwa XX wieku, mianowicie rzezi Ormian, a wciąż nie odczuwają winy z tego powodu. Uważają nawet, że ta sprawa nie powinna być poruszana. Po drugie, w Turcji ogromną rolę odgrywa armia, uważana za gwaranta świeckości państwa. Z drugiej strony jej wpływy są na tyle duże, że gdyby islamiści wygrali zdecydowanie wybory parlamentarne i próbowali zmieniać ten kraj na wzór muzułmański, armia nie zawahałaby się przed dokonaniem zamachu stanu. Stanowi to więc problem, także dla UE, ponieważ Turcja to kraj niestabilny politycznie, zagrożony dyktaturą, który trudno sobie wyobrazić wśród państw Unii. Dlatego wydaje mi się, że należy czekać na rozwój wypadków, a w tym czasie rozwijać współpracę gospodarczą z Turcją, która jest ważnym rynkiem, a przede wszystkim pośrednikiem, świetnie zorientowanym w sytuacji w krajach islamskich.

Coraz większe znaczenie w polityce międzynarodowej odgrywa ostatnio Iran – mimo prób izolacji tego państwa, zwłaszcza ze strony USA. Choć Teheran oskarżany jest o konstruowanie broni jądrowej, wiele państw, także europejskich, robi interesy z tym krajem, bogatym w ropę i gaz. Jaka powinna być nasza polityka wobec Iranu, zwłaszcza w obliczu możliwego ataku ze strony USA?

– Przede wszystkim zdecydowanie nie powinniśmy się angażować w taką awanturę. Zresztą osobiście nie wierzę, by Stany Zjednoczone zdecydowały się na atak na Iran w sytuacji, gdy są uwikłane w coraz trudniejsze konflikty w Iraku i Afganistanie. Iran jest zbyt dużym krajem, o trudnym ukształtowaniu powierzchni. Jednocześnie nie jest łatwo znaleźć wiarygodne dowody na konstruowanie przez ten kraj broni jądrowej. Wszelkie kontrole wskazują, że program atomowy tego kraju ma służyć celom energetycznym. Oczywiście ze zużytego paliwa bardzo łatwo jest skonstruować ładunki jądrowe, ale taką winę trzeba udowodnić. Tymczasem przykład Iraku pokazuje, że wszelkie wyimaginowane bronie masowej zagłady mogą być powodem kompromitacji międzynarodowej tych, którzy będą formułować takie zarzuty. Trzeba też pamiętać, że Iran cieszy się poparciem Rosji, która ma tam swoje interesy. To przecież Rosjanie budują irańskie elektrownie jądrowe. Rzeczywiście, prezydent Iranu Mahmud Ahmadineżad słynie – powiedzmy – z dość nonszalanckiego języka. Jednak za jego słowami nie postępują czyny. Irańczycy do tej pory pamiętają wojnę z Irakiem. Właściwie nie ma tam rodziny, która nie straciłaby kogoś w tej wojnie. To, że granica irańsko-iracka jest przepuszczalna dla bojowników irackich, wynika częściowo z polityki Teheranu, której trudno się dziwić. Zresztą granica ta jest długa i zawsze była przepuszczalna. Poza tym granica sojusznika USA – Jordanii, też jest przepuszczalna. Uważam poza tym, że Stany Zjednoczone potrzebują takiego wyraźnego wroga, którym bardzo łatwo jest uczynić Iran. Nie sądzę jednak, by Rada Bezpieczeństwa ONZ zgodziła się na zaatakowanie tego kraju, choćby ze względu na niemal pewne weto Chin, które bardzo potrzebują ropy naftowej. Spożycie tego surowca rośnie tam bardzo szybko. Kraj ten nie może sobie pozwolić, by w wyniku kolejnej awantury cena tego surowca skoczyła np. do 150 USD za baryłkę.

A jak powinniśmy układać bezpośrednie relacje z Iranem?

– Powinny one być jak najlepsze, tym bardziej że Irańczycy są zainteresowani współpracą, przynajmniej w sferze edukacji i kultury. Oni szukają porozumienia z krajami, które odznaczają się jakimś kręgosłupem moralnym. Natomiast odnosząc się do spraw gospodarczych – my potrzebujemy niezależnych od Rosji dostaw ropy i gazu. Dlatego współpraca z tym krajem jest ważna. Powinniśmy właśnie wchodzić na te rynki, które jeszcze nie są opanowane przez wielkie koncerny. Moglibyśmy zawierać długoletnie kontrakty, a nawet decydować się na wymianę barterową. Może jest to trochę przestarzała forma handlu, ale w przypadku krajów, które mają walutę niewymienialną i są rządzone odgórnie, może to przynieść pewne korzyści.

Jednak brak stabilności politycznej i wewnętrznej to nie jedyna przeszkoda we współpracy z krajami tego regionu. Nie wykorzystujemy przecież w pełni możliwości współpracy nawet z takimi państwami, uważanymi za stabilne i obliczalne gospodarki, jak Arabia Saudyjska czy Kuwejt, bogate w dodatku w ropę naftową.

– W tym przypadku trzeba sięgnąć jeszcze do II wojny światowej, gdy mocarstwa światowe – USA i Wielka Brytania, dokonały swoistego podziału wpływów w krajach, gdzie są duże złoża naftowe. Od tego czasu w praktyce anglosaskie koncerny mają monopol na wydobycie tego surowca w wielu krajach, np. w Kuwejcie czy Arabii Saudyjskiej. W tym ostatnim kraju jeszcze do niedawna wydobyciem ropy w 100 proc. zajmowało się konsorcjum Aramco, zrzeszające kilka amerykańskich koncernów. Dopiero kilka lat temu Arabia Saudyjska zdecydowała się na przyznanie koncesji na poszukiwania złóż firmom spoza tej kliki. Gdy nasze władze zaangażowały się w konflikt w Iraku, myślały, że uzyskają dostęp do tych złóż, kontrolowanych przez USA i Wielką Brytanię. Tymczasem polityka gospodarcza jest bardzo twarda, tu nie ma sentymentów. Amerykanie czy Brytyjczycy nie będą ustępować ze swoich zysków.

Bliski Wschód to także Liban, niegdyś nazywany bankierem tego regionu, i Syria, o której słyszy się w mediach głównie za sprawą oskarżeń o destabilizację Libanu lub wspierania terrorystów. To zamyka drogę do współpracy z tym krajem?

– Zacznę najpierw od sprawy terroryzmu, ponieważ terrorystów nazywa się terrorystami dopóty, dopóki nie zdobędą władzy, a wówczas to ich przeciwników nazywa się terrorystami. Pamiętajmy, że utworzenie państwa Izrael również znaczyła droga terrorystyczna. Dochodziło wówczas do wielu zamachów, zarówno na władze brytyjskie władające wówczas tymi terenami, jak i na Palestyńczyków. To prawda, że Syria wspiera działania terrorystów. Jednak sytuacja w tym regionie jest złożona. W Libanie działa organizacja Hezbollah, której nie sposób powstrzymać przed atakami na Izrael. Dlatego świat powinien naciskać na Syrię, aby zaprzestała militarnego wsparcia dla Hezbollahu. Jednak zrywanie współpracy z Libanem czy Syrią ze względu na popieranie terrorystów nie jest dobre. Trzeba pamiętać, że Syria jest krajem tranzytowym, przez który biegną także irackie rurociągi, co jest ważne dla nas. Kiedyś, jeszcze w okresie PRL, polskie firmy budowały autostrady w Syrii. Natomiast w Libanie – dopóki nie dojdzie do rozwiązania konfliktu izarelsko-palestyńskiego oraz uregulowaniu relacji z Syrią – nie będzie stabilizacji ani warunków do współpracy gospodarczej.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj