Relacje z USA trzeba zrównoważyć

POLSKA NA GLOBALNEJ SZACHOWNICY

Z prof. Anną Raźny, wykładowcą na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego, rozmawia Mariusz Bober

Nowy premier Donald Tusk zapowiada powrót do polityki prounijnej. Mówi, że trzeba zerwać ze zbyt proamerykańską polityką prowadzoną przez braci Kaczyńskich. Podziela Pani taką ocenę?

– Nic bardziej mylnego od powyższego poglądu. Ani polityka braci Kaczyńskich i PiS nie była mniej prounijna, ani polityka PO nie była mniej proamerykańska. Obydwie partie realizowały dotychczas tę samą politykę poparcia dla przekształceń UE w federacyjne superpaństwo, wyrażając zgodę na jego prawną podstawę – tzw. traktat reformujący. Z tego punktu widzenia nikt w Polsce nie zrobił wcześniej więcej dla unijnego superpaństwa od braci Kaczyńskich, którzy zatwierdzali między 15 a 19 października tekst traktatu radykalnie ograniczającego suwerenność Polski, a ponadto niezawierającego ani odwołania do Boga, ani do wartości chrześcijańskich. Obecnie można wysunąć tezę, że dacie zatwierdzania tekstu traktatu zostało podporządkowane rozwiązanie polskiego parlamentu. Partie akceptujące ten traktat, a więc PiS, PO i SLD, poparły zaproponowane przez PiS rozwiązanie Sejmu poprzedniej kadencji. Ich liderom chodziło o to, aby tekst traktatu nie został poddany debacie, a wiedza na jego temat nie dotarła do wyborców, co się w 100 procentach udało! Z obecnej perspektywy walka LPR i Samoobrony o przedłużenie kadencji o kilka przynajmniej miesięcy była próbą zachowania trybuny sejmowej dla walki o zachowanie suwerenności Polski. Dlatego pierwszym punktem programu wyborczego LPR było odrzucenie traktatu. Kampania wyborcza we wszystkich bez wyjątku mediach była jednak nastawiona na przedstawianie rzekomych różnic między PiS i PO, co było gigantyczną manipulacją. Różnice są drobne, dotyczą bowiem drugorzędnych spraw. Również proamerykańska opcja PiS nie różni się niczym od proamerykańskiej opcji PO. W obydwu priorytetem jest uczestnictwo Polski w programie „absolutnego bezpieczeństwa USA”, którego początkiem była zgoda na udział naszych wojsk w inwazji na Irak i jego okupacji, następnie w wojnie z Afganistanem, a obecnie zgoda na rozlokowanie na naszym terytorium elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej, skierowanej przeciwko Rosji. A to oznacza koniec tzw. równowagi zniszczenia i nie tylko nowy wyścig zbrojeń, ale również dążenie do konfrontacji, na którą Polska nie będzie miała żadnego wpływu, mimo że znajdzie się w polu zniszczenia, jak to miało miejsce w czasie zimnej wojny. Za taki scenariusz odpowiadają wszystkie – z wyjątkiem LPR i Samoobrony – partie, które poparły uczestnictwo Polski w programie „absolutnego bezpieczeństwa USA”.

Jednak bracia Kaczyńscy, a także m.in. prof. Józef Szaniawski, uważają, że powinniśmy utrzymać bliskie relacje z Amerykanami, jako przeciwwagę dla wpływów Unii Europejskiej.

– Odnosząc się do poglądów prof. Szaniawskiego, chciałabym podkreślić, że trzeba zacząć myśleć innymi kategoriami. Nasz stosunek do USA, a także do UE musi być wyznaczany polskim interesem narodowym. Tymczasem mamy tu do czynienia z kompleksem Brukseli i – w jeszcze większym stopniu – kompleksem Ameryki. Ten ostatni został umocniony przez mit Okrągłego Stołu, dla którego akceptację ówczesnej administracji Białego Domu uzyskała tzw. strona społeczna, czyli wywodzący się z KOR liderzy lewicowej opcji „Solidarności”, wskazani nie przez jej członków, lecz przez generała Kiszczaka. Proamerykański kierunek polskiej polityki po 1989 roku był logiczny i wręcz naturalny. Niestety, naznaczony został kompleksem tych osób, które swój byt polityczny zawdzięczają amerykańskiemu poparciu przy Okrągłym Stole. Pozbyć się kompleksu znaczy załatwiać z USA nade wszystko polskie interesy i wystawiać rachunek za działanie na rzecz Stanów Zjednoczonych i jego sojusznika – Izraela – jak to ma miejsce na Bliskim Wschodzie. To znaczy również nie wmawiać polskiemu społeczeństwu, że Polska jest partnerem w wielkim współzawodnictwie między USA oraz Rosją i sprzymierzonymi z nią Chinami.

Prezydent Francji tymczasem stawia na sojusz z USA, narażając się w dodatku na pewną krytykę w swoim kraju, gdzie od dawna panują zdecydowanie antyamerykańskie nastroje.

– Do dziś podtrzymywany jest w Polsce pogląd, że nasz kraj może być pośrednikiem w relacjach USA z Unią Europejską. Na terenie Unii zaś sprowadza się on do postrzegania Polski jako amerykańskiego konia trojańskiego w jej strukturach. Zanim zdołaliśmy udowodnić, że możemy być pośrednikiem między Brukselą i Waszyngtonem, do gry włączyła się Francja, nie pytając nas o zdanie. Jest to już jednak gra nie o pośrednictwo, lecz o poparcie dla dominacji Francji w UE. Jeśli Sarkozy takie poparcie uzyska, Francuzi wybaczą mu wszystko i zaczną tolerować politykę Ameryki, a my będziemy musieli pogodzić się z tym, że utraciliśmy historyczną szansę. Być może jedyną formą wdzięczności Francji za poparcie jej dążeń do dominacji w UE (przeciwko Niemcom) będzie jej powrót do NATO, obecnie zdominowane przez USA.

Nie zgadza się Pani z poglądem, że USA mogłyby być przeciwwagą dla wpływów UE? Zwłaszcza w sytuacji, gdy Bruksela lgnie w objęcia Rosji, która z kolei nawet nie ukrywa swoich agresywnych planów energetycznych, gospodarczych i politycznych.

– Nie chodzi o to, żeby przeciwstawiać wpływy USA wpływom UE w Polsce, ale o to, jak zachować suwerenność i zbudować silne państwo narodowe w Unii Europejskiej, która tylko wtedy będzie miała sens, kiedy będzie unią suwerennych państw narodowych. Suwerenności naszej zagraża nie tylko Rosja, ale również Unia Europejska, przekształcająca się w superpaństwo z dominacją niemiecką lub francuską. I to zagrożenie jest tak samo ważne jak zagrożenie ze strony Rosji, które możemy sami zminimalizować, jeśli zaczniemy się wycofywać z bezwarunkowego udziału w programie „absolutnego bezpieczeństwa USA”. Niestety, USA nie wyrażają zbytniej troski o naszą suwerenność, a także pozostałych członków Unii, czego świadectwem jest z jednej strony milczenie administracji Białego Domu w sprawie eurokonstytucji, z drugiej – całkowita bierność wobec agresywnej polityki energetycznej Rosji w stosunku do Polski i Europy. Gdyby USA rzeczywiście chciały nam pomóc w tych zmaganiach z Rosją, proponowałyby nam zamiast swojej tarczy antyrakietowej rozwiązania gospodarcze i rzeczywistą w tym zakresie jeśli nie pomoc, to przynajmniej współpracę. W sferze gospodarczej należy walczyć instrumentami gospodarczymi, nie zaś rakietami.

Zwolennicy ścisłej współpracy z USA wskazują jednak, że Waszyngton pomaga nam unowocześnić armię, co zwiększa nasze ogólne bezpieczeństwo.

– Przecież możemy ją modernizować w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego, a ponadto domagać się dozbrojenia Polski w zamian za nasze dotychczasowe działanie na rzecz USA. Pomoc Waszyngtonu w unowocześnianiu naszej armii to mit. Za wszystko bowiem, na razie, słono płacimy.

NATO nie oferuje takiej pomocy, jak Amerykanie.

– Amerykanie nie dają nam obecnie ani nie proponują w najbliższej przyszłości żadnego dozbrojenia. Natomiast będąc członkiem NATO, musimy sami rozwijać nasz potencjał. Francja, nie będąc członkiem Sojuszu, zmodernizowała w stosunkowo krótkim czasie swoją armię.

Ale kraj ten ma większy od nas potencjał ekonomiczny.

– My natomiast prywatyzowaliśmy nasz majątek narodowy. Niestety, prywatyzacja była złodziejska. Możemy mówić, że majątek ten rozkradziono. Nie ma pieniędzy na nic: na emerytury, na ochronę zdrowia, na armię. Najdziwniejsze jest to, że żaden rząd nie rozliczył osób odpowiedzialnych za kradzież majątku narodowego na historyczną skalę. Ostatnie dwa lata pod tym względem są stracone bezpowrotnie. PiS wolało się zajmować seksaferami, bo to było bezpieczne, nie naruszało starego okrągłostołowego układu. Gdy zaś idzie o zagrożenie militarne ze strony Rosji, przeważa, niestety, pogląd, że ratunkiem dla nas może być tylko zainstalowanie amerykańskiej tarczy, a idealnie byłoby, gdybyśmy przy tej okazji wywalczyli dla nas trochę rakiet typu patriot. Trzeba jednak pamiętać, że Rosja odpowie natychmiast odpowiednią ilością swoich rakiet wycelowanych w Polskę. Czyli wrócimy do punktu wyjścia i będziemy mieli taki sam poziom bezpieczeństwa, jak przed otrzymaniem systemu Patriot. Moim zdaniem, współcześnie lepiej się rozbrajać, niż dozbrajać…

Jak to?

– Jeśli chcemy myśleć o takich rakietach jak patriot, tzn. że chcemy wkroczyć na drogę, na której zaczyna się wyścig zbrojeń. To zaś oznaczałoby zgodę Polski na konfrontację światową, do której wyścig ten będzie prowadził, zgodę na uczynienie z Polski pola zniszczenia. Nade wszystko jednak oznaczałoby to zmianę naszej świadomości etycznej, religijnej, patriotycznej.

Ale w historii zawsze zawodziły nas umowy i musieliśmy raczej polegać na własnych siłach.

– Dozbrojenie nie musi oznaczać uczestnictwa w konfrontacji światowej w roli pionka, który jako najpierwszy byłby w niej poświęcony. Myślę, że w tych sprawach powinna być szeroka dyskusja, z udziałem nie tylko wojskowych specjalistów, ale też politologów, socjologów, a nawet filozofów i teologów. Bowiem dochodzimy tu do szerszego problemu – czy stawiać na wyścig zbrojeń, czy można zapewnić pokojowe relacje innymi metodami. W obecnej sytuacji można sformułować pytanie: po co wchodziliśmy do NATO? Przecież członkostwo w Sojuszu miało nam zapewnić bezpieczeństwo. Teraz się okazuje, że to już nie wystarcza. Nie wystarcza już nawet wsparcie dla USA w „wojnie z terroryzmem”, bo przecież Hiszpanii nie ustrzegło to przed atakami terrorystycznymi, a wręcz odwrotnie – stało się powodem do zaatakowania tego kraju. Może gdy wycofamy naszych żołnierzy z Iraku i Afganistanu oraz zrezygnujemy z budowy tarczy, nasze bezpieczeństwo – paradoksalnie – właśnie się zwiększy, a kłopoty zmniejszą, ponieważ muzułmanie nie będą mieli powodu nas atakować, a Rosja – obawiać się. Oczywiście trzeba modernizować polską armię, ale czy w tym celu mamy zgadzać się na budowę bazy amerykańskiej? Musimy dbać o relacje z USA, ale one muszą służyć realizacji interesów Polski.

Jak w takim razie powinniśmy układać te relacje?

– Bez kompleksów, z poczuciem godności narodowej, poprzez język takich pojęć jak naród, jego tradycja oraz religia i kultura, dobro wspólne i harmonijny rozwój. Bez lokajskiej usłużności. W nowy tryb powinna wejść polska dyplomacja.

W jaki?

– Trzeba dokonać głębszych zmian w polskim MSZ, ponieważ wielu jego pracowników nie myśli kategoriami polskiego interesu. Ludzie spod znaku Bronisława Geremka i jego otoczenia, żyjący przeszłością PRL i mitem Okrągłego Stołu, nie mogą kreować polskiej polityki zagranicznej. Polityki tej nie mogą również kreować agenci, co wiąże się z koniecznością przeprowadzenia lustracji w Polsce. W polityce musimy, oczywiście, uwzględniać interesy naszych sojuszników, m.in. interesy Stanów Zjednoczonych, ale nie możemy ich stawiać ponad naszymi.

A tak konkretnie – co możemy USA proponować, a czego oczekiwać?

– Na pewno nie możemy poważnie traktować postulatu zniesienia wiz za nasz udział w amerykańskich wojnach i programie „absolutnego bezpieczeństwa USA”. Wizy to inna sfera współpracy. W sferze wojennej to takie koraliki, które kiedyś np. w Afryce kolonizatorzy dawali tubylcom. Powinniśmy przede wszystkim uświadomić administracji amerykańskiej, że wiele straciliśmy, a niczego nie zyskaliśmy, popierając ich wojnę w Iraku i Afganistanie. Powinniśmy najpierw wystawić konkretny rachunek, a następnie wycofać naszych żołnierzy.

Jaki powinien być ten rachunek?

– Powinniśmy zażądać np. dozbrojenia polskiej armii, ale nie za cenę budowy elementów tarczy w Polsce. Przecież Turcja za poparcie USA w wojnie w Iraku i Afganistanie otrzymała konkretne fundusze.

Czyli np. już teraz zażądać rakiet typu patriot?

– Raczej wsparcia politycznego administracji Białego Domu dla powstrzymania żądań finansowych wobec Polski, wysuwanych przez żydowskie organizacje w USA. Przecież żądanie od naszego kraju odszkodowań za to, co spowodowały Niemcy hitlerowskie i komunizm, jest wielką niesprawiedliwością.

W ekonomii funkcjonuje pojęcie dywersyfikacji ryzyka, co oznacza potrzebę zachowania równowagi i zapewnienia jak największego bezpieczeństwa w lokowaniu funduszy. Można to w pewnej mierze odnieść do polityki. Czy nie uważa Pani, że nasze relacje do tej pory były rzeczywiście zdominowane przez relacje z Unią Europejską? Warto przypomnieć, że aż 80 proc. naszej wymiany handlowej przypada właśnie na UE.

– Nie jestem ekonomistą. Trzeba jednak pamiętać, że w polityce międzynarodowej musimy brać pod uwagę różne czynniki. Ze względu na to, że już tkwimy w UE, na pewno trudno będzie zmienić relacje, o których mówi pan redaktor. Ponadto szersze wiązanie się ze Stanami Zjednoczonymi, zwłaszcza w obecnej sytuacji, gdy upada potęga dolara, a USA grozi recesja, powinno studzić zapędy do równoważenia bilansu handlowego tylko w oparciu o ten kraj. Ta dywersyfikacja powinna być szersza. Musimy zwiększyć wymianę z innymi krajami, np. z Chinami, Indiami czy ze wschodzącymi rynkami Ameryki Południowej. Moglibyśmy również zwiększyć wymianę z Rosją.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj