Stop dla prywatyzacji polskiej giełdy
Polska giełda musi bezwzględnie pozostać w polskich rękach. Jej prywatyzacja stanowiłaby otwarcie niebezpiecznej drogi prowadzącej do przejęcia jej przez zagranicznego inwestora strategicznego. Nie może być na to zgody. Przede wszystkim zagraniczny inwestor strategiczny nie musi wcale być zainteresowany realizacją celów, którym, moim zdaniem, powinna służyć warszawska giełda. Jeżeli giełda znalazłaby się w rękach prywatnych, najprawdopodobniej w ręku zagranicznego inwestora, to zmieniłaby cel swojej działalności nawet w stosunku do stanu obecnego. O ile bowiem dziś jest ona instytucją non profit, o tyle w przypadku prywatyzacji musiałaby działać tylko dla własnego zysku.
Giełda warszawska winna wspierać rozwój polskiej gospodarki. Trzeba, aby stanowiła ona istotne centrum pozyskiwania kapitału przez małe i średnie przedsiębiorstwa. W razie sprzedaży giełdy warszawskiej inwestorowi strategicznemu w jego interesie mogłyby leżeć takie działania, które byłyby sprzeczne z zasadniczym celem wsparcia rozwoju małych i średnich firm. Po co narażać się na możliwość realizowania przez owego ewentualnego inwestora strategicznego celów, które nie leżałyby w naszym interesie? Jest oczywiste, że z punktu widzenia maksymalizowania zysków giełdy prywatnej optymalne byłoby ściąganie na nią akcji płynnych spółek zagranicznych. Tymczasem z punktu widzenia potrzeb polskiej gospodarki i polskich przedsiębiorców cel ten byłby niepożądany. Skoro nawet czołowi przedstawiciele instytucji rynku finansowego opowiadają się za zintensyfikowaniem działań zmierzających do wchodzenia zagranicznych spółek na polską giełdę, to tym bardziej działania te popierałby inwestor zagraniczny. Tymczasem musimy mieć świadomość, że wchodzenie na giełdę warszawską spółek zagranicznych odciąga z natury rzeczy kapitał od małych i średnich polskich spółek, co jest szczególnie ważne w przypadku rynku pierwotnego.
Wprawdzie większość giełd na świecie jest w rękach prywatnych, ale najszybszy rozwój tych instytucji przypada na okres od 1982 r., gdy zaczęła się hossa na giełdzie amerykańskiej. Najszybszy więc rozwój giełd przypada na okres, w którym te instytucje nie znajdowały się w prywatnych rękach, lecz pod kontrolą instytucji publicznych, działały na zasadzie non profit. Jeszcze w kwietniu 1999 r. prezes giełdy warszawskiej wspominał na posiedzeniu Komisji Finansów Publicznych, iż spośród czołowych giełd świata tylko giełda australijska i szwedzka podjęły proces prywatyzacji. Skoro jest tak, że giełda papierów wartościowych winna ułatwiać pozyskiwanie kapitału przez przedsiębiorstwa oraz obrót ich papierami wartościowymi, to jakoś tak się zdarzyło, że okresem, w którym funkcje te były zadowalająco wypełniane, był czas, w którym giełdy na świecie miały przede wszystkim charakter publiczny, a nie prywatny. Wedle statystyk Światowej Federacji Giełd, nawet obecnie mamy do czynienia z takimi giełdami, których własność nie jest własnością typu prywatnego.
Z publikacji wiceprezesa giełdy tajlandzkiej wynika, że giełda w Bangkoku jest instytucją non profit. Były minister Skarbu Państwa Jacek Socha sam zresztą przyznawał, że państwo posiada także udziały w giełdzie tureckiej i maltańskiej. Jeżeli nawet giełda południowokoreańska nie jest być może bezpośrednio własnością Skarbu Państwa, to w każdym razie przez Światową Federację Giełd zaliczana jest do tych rynków papierów wartościowych, które nie mają charakteru jednoznacznie prywatnego. Warto zresztą zauważyć, że podobnie giełda na Tajwanie tworzona była przy pomocy instytucji publicznych. Nawet obecnie w przypadku wielu giełd azjatyckich na krajowym parkiecie notowane są tylko spółki krajowe.
Na przełomie lat 2003-2004 na giełdzie portugalskiej podjęto działania, których głównym celem było ułatwienie dostępu do kapitału tamtejszym małym i średnim firmom. Co więcej, tamtejsza giełda podpisała wówczas porozumienie z bankami w Portugalii, na mocy którego zobowiązały się one do publikowania analiz na temat przynajmniej 7 małych spółek notowanych w Lizbonie oraz do ułatwiania spotkań przedstawicieli tych spółek z potencjalnymi inwestorami.
Przykłady te pokazują, że możliwe jest stosowanie rozwiązań, które wykorzystując nowoczesne instrumenty rynku kapitałowego pobudzać mogą rozwój rodzimej gospodarki. By tego dokonać, należy wdrożyć program rozwoju polskiej giełdy. Na giełdzie warszawskiej należy utworzyć specjalny rynek notowań grupujący polskie spółki proeksportowe. Przykład portugalski wyraźnie pokazuje, że wprowadzenie podziału na poszczególne segmenty rynku akcji w taki sposób, aby dzięki temu podziałowi możliwe było prowadzenie promocji małych i średnich firm, jest możliwe. Przy banku BGK należałoby utworzyć towarzystwo funduszy inwestujące w polskie małe i średnie spółki.
Polska alternatywa
Jaka jest alternatywa wobec koncepcji prywatyzacji giełdy warszawskiej? Po pierwsze – giełda warszawska powinna stać się elementem polskiej strategii proeksportowej. Obecny prezes warszawskiej giełdy dr Ludwik Sobolewski przyczynił się w bardzo dużym stopniu do utworzenia rynku New Connect dla firm o mniejszej kapitalizacji, ale o dużym potencjale wzrostu. Jest to pozytywny krok dla dalszego umocnienia kapitalizacji i atrakcyjności warszawskiej giełdy. Można by zastanowić się również nad wypracowaniem koncepcji utworzenia na giełdzie warszawskiej specjalnego rynku notowań grupującego polskie spółki proeksportowe. Spółki zakwalifikowane do powyższego segmentu powinny spełniać określone kryteria. Przykładowo, aby spółka mogła być określona mianem spółki polskiej, łączny udział tzw. znaczących nierezydentów nie mógłby być wyższy niż 50 procent. Przez pojęcie znaczący nierezydent rozumiano by podmiot zagraniczny, który posiada ponad 5 proc. akcji spółki. Można też stosować inne kryteria, np. przynależność spółki do WIG-u polskiego. Aby z kolei uznać spółkę za proeksportową, należy przyjąć założenie, że wartość eksportu realizowanego przez spółkę powinna być wyższa niż wartość importu. Ponadto warto opracować program promocji funduszy inwestujących w polskie spółki proeksportowe. Minister skarbu powinien naciskać na szefów banków państwowych, aby ci wymusili na kierownikach adekwatnych biur maklerskich działających przy tych bankach podjęcie odpowiednich działań. Chodziłoby o utworzenie specjalnych funduszy inwestujących w polskie spółki proeksportowe oraz zaoferowanie jednostek tych funduszy poprzez sieć polskich banków.
Po drugie – należy przyjąć i realizować zasadę, iż Otwarte Fundusze Emerytalne inwestują tylko w Polsce. Zagadnienie to nabiera szczególnego znaczenia w kontekście niekorzystnej dla Polski decyzji Eurostatu z marca 2004 roku. Jeżeli poszerzony zostałby limit tych inwestycji zagranicznych dla OFE, to znacząco powiększyłoby się niebezpieczeństwo wypływu kapitału za granicę. Skala tego wypływu mogłaby być znacząca. Aktywa funduszy emerytalnych wynoszą w tej chwili ponad 139 mld złotych. 20 proc. z nich to ok. 28 mld zł i o taką właśnie kwotę toczy się tu gra Komisji Europejskiej, która wszelkimi możliwymi sposobami będzie dążyć do tego, aby kapitał ten pracował nie w Polsce, ale za granicą. Czasem wysuwany jest pogląd, że OFE powinny dbać o wysokość przyszłych emerytur, a nie o wspieranie polskiej gospodarki. Moim zdaniem, pomiędzy tymi dwoma celami sprzeczności tak naprawdę nie ma. Jeżeli bowiem OFE wspierać będą rozwój polskiej gospodarki, to wzrastać będzie wartość przekazywanych składek do tych instytucji, co przy innych warunkach niezmiennych prowadzić będzie w konsekwencji do wyższych emerytur. Odrzucam więc pogląd, w myśl którego jedyną drogą do zapewnienia wyższych świadczeń emerytalnych jest otwarcie drogi do wypływu kapitału na giełdy zagraniczne. Zamiast dążyć do zwiększenia limitów inwestycji zagranicznych, należy raczej pomyśleć nad tym, w jaki sposób dynamizować rozwój rynku pozaskarbowych papierów dłużnych.
Po trzecie – należy przeciwstawić się ofensywie funduszy venture capital, które od pewnego czasu pasą się na polskiej tkance gospodarczej, przejmują one małe polskie przedsiębiorstwa po to, aby potem odsprzedać je zagranicznym inwestorom branżowym. Tym samym zmniejsza się szansa na rozwój polskiej własności. Biorąc to pod uwagę, należy przeciwstawić się wszelkim koncepcjom mającym na celu umożliwienie funduszom emerytalnym inwestowanie w te fundusze venture capital. OFE powinny inwestować bezpośrednio w poszczególne spółki wzrostowe, a nie za pośrednictwem tych funduszy, gdyż wykorzystywanie takiego pośrednika godzi w interesy przyszłych polskich emerytów.
Po czwarte – należy wypracować specjalny program promocji funduszy polskich spółek proeksportowych. Fundusze te powinny być promowane w przerwie transmisji telewizyjnych, z ważnych imprez sportowych z udziałem polskich drużyn, szczególnie reprezentacyjnych. Warszawska giełda powinna być ich sponsorem. Fundusze polskich spółek proeksportowych powinny być także promowane za pośrednictwem dziennika „Rzeczpospolita”.
Po piąte – corocznie prezes giełdy warszawskiej powinien w lipcu przedstawiać informację o sytuacji na polskim rynku kapitałowym. Informacja taka powinna być składana wraz z informacją prezesa NBP o realizacji polityki pieniężnej.
Po szóste – można rozważyć utworzenie przez giełdę Banku Giełdowego, który udzielałby spółkom kredytów w zależności od kształtowania się wskaźnika Altmana, np. jeżeli wzrośnie wartość rynkowa spółki, to otrzyma ona większy kredyt. To będzie sygnał dla małych i średnich spółek, że warto wchodzić na warszawską giełdę.
Jak bronić polską giełdę przed prywatyzacją?
Czasami pojawiają się zarzuty oponentów kierowane wobec osób broniących polskiej giełdy przed jej prywatyzacją. Prześledźmy więc najważniejsze ich argumenty.
Po pierwsze, zwolennicy prywatyzacji giełdy twierdzą, że „narodowy charakter giełdy to koncepcja nierynkowa”. Polemizując z tym zarzutem, należy zauważyć, że w wielu krajach są notowane tylko spółki krajowe np. w Chile czy w krajach azjatyckich. Narodowy charakter giełdy to postulat realizacji narodowego charakteru giełdy w praktyce. Tamte kraje nie mówią tego głośno, ale bardziej to robią i o to tutaj chodzi.
Po drugie, zwolennicy prywatyzacji polskiej giełdy twierdzą, że musimy sprowadzać zagraniczne spółki na giełdę, by się rozwijać – tego chcą biura maklerskie i banki. Tego typu zarzuty pojawiają się bowiem dlatego, gdyż nie przedstawiono do tej pory żadnego alternatywnego programu, który zapewniłby bankom i biurom maklerskim większe zyski.
Po trzecie, zwolennicy oddania polskiej giełdy w ręce kapitału zagranicznego twierdzą, że jesteśmy zmuszeni konsolidować się z Zachodem – bo Praga i Wilno nie chce tego z nami robić. Wyprzedzą nas inni. Odpowiadając na ten zarzut, należy zauważyć, że konsolidacja nie jest celem samym w sobie. Giełdy, które się szybciej rozwijały, były bardziej niezależne. Na przykład giełdy w Chile, Malezji czy Hongkongu.
Po czwarte, niektórzy uważają, że wprowadzenie na giełdę zagranicznego inwestora zapewni jej modernizację. Można tu wyrazić pogląd odmienny. Giełda może się bowiem modernizować samodzielnie. Do tej pory polska giełda niczym w modernizacji nie ustępuje od czołowych giełd europejskich, np. warszawska giełda wprowadziła opcje, warranty, instrumenty pochodne, system informatyczny Warset. Nie ma takiej potrzeby, żeby się modernizować poprzez sprzedaż giełdy zagranicznym inwestorom.
Po piąte, zwolennicy prywatyzacji giełdy twierdzą, że jeżeli postawimy tylko na małe i średnie spółki, to nie mamy szans, aby zwiększyć w sposób znaczny kapitalizację polskiej giełdy. Nam nie chodzi o kilkunastoprocentowy wzrost kapitalizacji w ciągu 5 lat, ale my chcemy zwiększyć kapitalizację polskiej giełdy o 100 procent. Odpowiadając na taki zarzut, można spostrzec, że duże spółki, np. zakłady energetyczne, mogą wchodzić – ale z udziałami mniejszościowymi. Trzeba zachować w nich większościowy udział Skarbu Państwa. Małych i średnich spółek jest dużo i to będzie poważne wzmocnienie polskiej giełdy. Innymi metodami trzeba budować kapitalizację polskiej giełdy.
Po szóste, czasami pojawiają się zarzuty, że małe i średnie spółki nie chcą wchodzić na polską giełdę – chcą się finansować z własnych źródeł. Należy zauważyć, że małe i średnie spółki muszą się finansować z własnych źródeł, bo nie ma dla nich innych korzystnych źródeł finansowania. One na pewno chciałyby wchodzić na polską giełdę, ale jest to dla nich zbyt skomplikowane. Dlatego trzeba im pomóc. Potrzebni są doradcy, najlepiej wyszkoleni polscy studenci. Doradcy ci powinni krok po kroku wyjaśniać polskim spółkom, jak korzystać z polskiej giełdy (zaczynając od przygotowania oferty emisyjnej poprzez wejście na parkiet i dalszy rozwój spółki na giełdzie). Jak warszawska giełda będzie przejęta przez inwestora zagranicznego, to jaką będziemy mieć pewność, że tacy doradcy się pojawią?
Dyskusja nad ewentualną prywatyzacją Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie jest bardzo ważną kwestią, która powinna być również dyskutowana na forum przyszłego parlamentu. Osobiście uważam, że giełda powinna służyć polskiej gospodarce i dlatego powinna pozostać w rękach Skarbu Państwa. Tym niemniej już dziś należy się zastanawiać nad wypracowaniem kompleksowej alternatywy wobec koncepcji prywatyzacji polskiej giełdy.
dr Gabriela Masłowska
