Sierocy świat

Ojcostwo żywe, urzeczywistnione w podmiocie świadomym swej więzi ze Stwórcą, jest fundamentem społeczeństwa i zwornikiem całej cywilizacji godnej człowieka.

Niniejszy artykuł nawiązuje do pewnej myśli wyakcentowanej w poprzednim tekście pt. „Adamie, gdzie jesteś?” („Nasz Dziennik”, 18.09.2007). Zagadnienie jest na tyle poważne, że zasługuje na jakąś kontynuację. Cóż to bowiem znaczy, że punktem kulminacyjnym filmu „Blade Runner” jest scena, w której główny bohater dramatu, Roy Batty, zabija Tyrella, „geniusza inżynierii genetycznej”, swojego biotechnologicznego „ojca”? Czy to jest tylko wspomnienie starej mitologii, do której z predylekcją sięgał niejaki Zygmunt Freud, jakby przeczuwając, że przyszła (nasza) epoka dokona banicji samego ojcostwa i macierzyństwa poza granice oficjalnej cywilizacji? Czy to nie jest jednak głęboka intuicja sięgająca do sedna procesu odpowiedzialnego za największy kryzys cywilizacji, jaki dotyka świat w dwa tysiące lat po Chrystusie?


Tragizm „rewolucji seksualnej”


Pytanie skierowane do człowieka, biblijnego „Adama”, prowadzi do odkrycia faktu zagubienia tożsamości antropologicznej przez człowieka, pojętego nie tylko jako istota myśląca i wolna, ale przede wszystkim jako podmiot ukonstytuowany „od początku” przez swoje ojcostwo i macierzyństwo w swoim byciu „mężczyzną i kobietą”. Trucizna wsączona w kulturę przez Alfreda Kinseya i rozpowszechniona przez najbardziej nieludzką ze wszystkich – rewolucję seksualną, doprowadziła do tego, że w świadomości wielu ludzi nastąpiło zasadnicze rozszczepienie pomiędzy „byciem człowiekiem” a byciem „ojcem” czy „matką”. Jeszcze jeśli chodzi o matki, to im jest stosunkowo najtrudniej oderwać myśl od faktu swego macierzyństwa, ponieważ ono jest wpisane w samą substancję ich bytu i cały wymiar ich egzystencji. Natomiast „ojców” było o wiele łatwiej wyprowadzić w pole, ponieważ pomiędzy ich męskością a urodzeniem człowieka jest jakaś odległość psychologiczna wymagająca świadomego przekroczenia. Tę świadomość jednak łatwo zagłuszyć i oślepić, dostarczając mężczyźnie różnych pseudoracjonalnych wybiegów i fałszywych argumentacji o charakterze mitologicznym. Wielu mężczyzn rzeczywiście nie uświadamia sobie faktu, że kiedy kobieta rodzi dziecko, to jest to w jakiś sposób także jego sprawa.

Kolejny etap rewolucji seksualnej doprowadził do tego, że w opinii publicznej, kształtowanej przez odpowiednio do tego przeszkolone media, zaczęło się utrwalać przekonanie, że między zrodzeniem człowieka a płcią nie musi zachodzić żaden związek genetyczny, antropologiczny i etyczny. Owszem, chce się wmówić w ludzkość, że nawet pomiędzy płcią a człowieczeństwem nie zachodzi żaden związek tożsamości ontycznej i podmiotowo-aksjologicznej; że to są zupełnie różne dwie „rzeczy”, których sens i wartość nie stykają się zupełnie ze sobą, zwłaszcza nie przecinają się zupełnie ze sobą wewnętrznie w osobie ludzkiej. Takie nieludzkie sposoby myślenia (nie-myślenia?) są wytrwale rozpowszechniane przez pewne media. Podziwiam zwłaszcza uporczywość internetowej redakcji Onetu, która celuje w tym względzie, zasłaniając się nawet „autorytetami” zagranicznymi („Daily Telegraph”) lub miejscowymi (ostatnio w tym charakterze wystąpił Zbigniew Lew-Starowicz, buntujący się przeciw wszelkim „ortodoksjom”) i dostarczając bezmyślnemu ludkowi zawsze świeżej strawy pornograficznej.

Bardziej zaawansowany etap tej rewolucji polega na dążeniu do takiego przeorganizowania społeczeństwa, aby ze wszystkich jego instytucji o charakterze ludzkim wymazać i skazać na banicję takie pojęcia, jak „ojciec”, „matka”, „mąż” „żona”, a konsekwentnie – „syn”, „córka”, „dziecko”. Zamiast tych pojęć autentycznie ludzkich zostanie tylko termin „partner”, który będzie dodatkowo określany numerem: „partner nr 1”, „partner nr 2”. Nieważne, kto z kim i przeciw komu, ważne, żeby zapamiętać numer. Ale skoro wejdzie się na teren myśli, na którym całe rozumienie świata polega na tym, że może być matematycznie opisany (Einstein się kłania, ten, któremu udało się szczęśliwie uciec od matematycznego „zaksięgowania” w Dachau czy gdzie indziej), to już nie ma różnicy między człowiekiem a rzeczą. Czym jest wtedy świat? I czym jest wtedy człowiek, którego sens określa się tylko w kategoriach czerpanych ze świata materii?


„Brave New Schools”


Do tych refleksji pobudza mnie bezpośrednio artykuł zamieszczony w WorldNetDaily (12 września br.) Nagłówek artykułu brzmi: „Brave New Schools” (nawiązujący do „Brave New World” Aldousa Huxleya z 1932 r.). Tytuł zapowiada główny temat: „Słowa: „mama” i „tata” wykluczone przez kalifornijskie prawo”. Autor artykułu Bob Unruh krytykuje nowe prawo, które nie jest jeszcze wiążące, bo ludzie zatroskani o rodzinę i naród liczą na to, że gubernator Kalifornii Arnold Schwarzenegger postawi swoje weto, jak poprzednim razem. Celem nowego prawa ma być radykalne zlikwidowanie „dyskryminacji” wobec homoseksualistów i innych odmieńców seksualnych, pomimo że zdaniem opinii publicznej taka obrona prawna przeciw dyskryminacji już istnieje. Projektowane prawo stwarza nową sytuację polegającą na tym, że zagwarantowanie praw („tolerancji”) dla homoseksualistów ma się dokonać przez zanegowanie wszelkich praw należnych ludziom normalnym pod względem swej „orientacji” seksualnej. Przeciwko tym uzurpacjom wystąpiła z całą powagą pani Karen England, dyrektor Capitol Resource Family Impact. Zarzuca ona nowej ustawie, że wprowadza do szkół „radykalną indoktrynację homoseksualną”, gwałcąc „przekonania i zasady moralne przyjęte w społeczeństwie”. Ustawa ma wprowadzić „normalizację” (skąd my to znamy?) w zakresie terminologii dotyczącej płci, a więc całkowite równouprawnienie homoseksualizmu, biseksualizmu i transseksualizmu.

Meredith Turney (także związany z CRFI) wskazuje na precedens, jaki już ma miejsce w zespole szkół w Los Angeles (Los Angeles Unified School District), gdzie uczniowie sami decydują, do jakich ubikacji mogą mieć wstęp, co sprawia, że podział na „damskie” i „męskie” staje się nieaktualny. Rodzice nie popierają tej polityki, ponieważ wymagają jedynie, by szkoła uczyła podstaw oświaty, a nie „przekazywała indoktrynacji na temat seksualnych stylów życia”. Postulaty zawarte w prawie pomyślanym jako obrona przed dyskryminacją idą tak daleko, że wykluczają użycie tradycyjnej terminologii związanej z odwiecznym pojmowaniem stosunków wewnątrzrodzinnych. „Proponowana walka z dyskryminacją jest na tyle mętna (nieprecyzyjna), że może być interpretowana w tym sensie, iż wszelkie nawiązanie do struktury tradycyjnej rodziny może być traktowane jako dyskryminujące”. Dochodzi do tego, że rodzice nie mają wpływu na to, jak ich dziecko ma siebie identyfikować w aspekcie płci, a personel, w razie wątpliwości, czy nie ma do czynienia z nowymi „odmianami” płci (gender), „powinien najpierw zapytać uczniów, jak się należy do nich odnosić pod względem ich tożsamości seksualnej”. Należy więc zapytać ucznia, jak do niego mówić… Związek homoseksualistów bardzo naciska na przyjęcie ustawy i terroryzuje tych, którzy ośmielają się wypowiadać krytyczne uwagi pod jej adresem. Już pod literę nowej ustawy przeredagowuje się teksty i pomoce dydaktyczne. Na przykład zmienia się pojęcie „płci” (sex). Idzie do lamusa tradycyjne określenie, które brzmiało: „Płeć oznacza biologiczne uwarunkowanie ludzkiej istoty czyniące ją mężczyzną lub kobietą”. Nowe określenie odnosi się do „gender”, który pojmuje się jako „rodzaj oznaczający tożsamość, wyrażający się w zachowaniu i niekoniecznie skojarzony z relacją do płodności”. Obrońcy prawdy o rodzinie i człowieku są atakowani; nie ma dla nich „tolerancji”, „która jest zastrzeżona wyłącznie dla wypowiedzi „politycznie poprawnych”. Przekonania religijne i tradycyjne poglądy moralne nie będą dopuszczone w szkołach publicznych”.


Zabić ojca


Można więc „zabić ojca” (lub matkę) w potrójny sposób. Pierwszy, najbardziej prymitywny, to zamach fizyczny. Drugi, bardziej wyrafinowany i sięgający w głąb istoty ludzkiej, to takie zdeformowanie myślenia o aktywności człowieka w sferze płci, że „używanie seksu” nie będzie się w ogóle kojarzyło z możliwością poczęcia i zrodzenia dziecka. Trzeci sposób, dotykający integralnego kształtu ludzkiej kultury, polega na wtłoczeniu społeczeństwa w struktury prawno-obyczajowe, w których tradycyjne terminy, jak: „ojciec”, „matka”, „zrodzenie”, „dziecko”, „mąż”, „żona”, odrzuci się jako niefunkcjonujące w nowej sytuacji określonej przez autorytety definiujące „poprawność polityczną”. Trzeba powiedzieć, że ten schemat prawno-instytucjonalny (jaki usiłuje się tu i ówdzie wprowadzić) ściśle współpracuje z wymiarem moralnym rewolucji seksualnej. Najpierw należało zdeformować i zdemoralizować sumienie, aby można było szermować argumentem zmiany „etosu społecznego” w celu ustanowienia nowego porządku prawnego. Nastąpiło tu odwrócenie funkcji między etosem a prawem społecznym. Normalnie prawo stoi na straży etosu, umacniając jego pozycję przeciwko nieodpowiedzialnym i awanturniczym próbom obalenia moralnej tradycji. Tu jednak najpierw zaatakowano etos i prawo moralne, aby w następnej kolejności narzucić ustawy sprzeczne zarówno z prawem naturalnym, jak i z odwiecznie obowiązującą tradycją obyczajową. Trwanie takiej tradycji jest podstawą trwania kultury, a nawet całej cywilizacji. Natomiast zniszczenie etosu rodziny prowadzi do ruiny cywilizacji, o czym przekonuje nas historia, zwłaszcza w rozumieniu Feliksa Konecznego.

Koniec cywilizacji

Ojcostwo żywe, urzeczywistnione w podmiocie świadomym swej więzi ze Stwórcą, jest fundamentem społeczeństwa i zwornikiem całej cywilizacji godnej człowieka. Ojcostwo urzeczywistnione w człowieku jest symbolem wiążącym równocześnie dwie relacje: do Boga i do człowieka; do człowieka już żyjącego i do człowieka przychodzącego na świat. Ojcostwo opiera się na relacji do kobiety, relacji – jak mówi Jan Paweł II – oblubieńczej, to jest odrzucającej wszystko, co trąci utylitaryzmem i uprzedmiotowieniem człowieka. Równocześnie ojcostwo mężczyzny wskazuje na ojcostwo samego Boga i jest powołane, by być jego obrazem, według Listu św. Pawła (Ef 3, 15). Ojcostwo umożliwia zrozumienie życia przychodzącego na świat jako zrodzonego, a nie „uczynionego” siłami człowieka lub wyprodukowanego przy pomocy manipulacji biotechnologicznej. Tylko w świetle prawdy o ojcostwie rodzące się życie można pojąć jako pochodzące z głębi tajemnicy stworzenia, wyłaniające się z obszaru transcendencji, która zstępuje do serca małżeństwa z wyżyn tajemnicy paschalnej. Tylko w tym świetle rodzące się życie może być rozumiane i przyjęte jako dar miłości nieskończonej i zarazem jako podmiot niepowtarzalny, powołany od początku do uczestnictwa w tej miłości. Taka jest oryginalność i wzniosłość ojcostwa, do którego zaproszony jest mężczyzna, i to jest powodem, dla którego wszystkie siły zła zmobilizowały się, by ludzkość tego skarbu pozbawić i uczynić ją zbiorowiskiem sierot nieuleczalnych. Jest to najstraszniejsza wojna, jaka toczy się przeciw rodzinie, a tym samym przeciw ludzkości.

Jeżeli odrzuci się ojcostwo, ludzkość ulega całkowitemu rozbiciu i popada w chaos. Ginie bowiem istotny wymiar życia ludzkiego określony pojęciem „zrodzenia”. Zrodzenie sytuuje człowieka w relacji do transcendencji: ziemia nie stanowi w żaden sposób wytłumaczenia istoty, sensu i celu ludzkiego istnienia. Człowiek zrodzony otrzymuje światło padające z góry, od przedwiecznego ojcostwa Boga. Człowiek, który nie został „zrodzony” (w formalnym i teologicznym znaczeniu tego słowa), będzie zmuszony rozumieć swoje istnienie jako przypadkowy fałd na powierzchni kosmicznej materii. Ludzkość, której zabrano wewnętrzny wymiar ojcostwa, traci całą swoją oryginalność w porównaniu do reszty stworów świata widzialnego: traci bowiem swoją historię. Jest tylko sumą zmian i procesów na podobieństwo przemiany materii lub przemian klimatu: tutaj nic się nie dzieje. Historia zaczyna się w momencie, gdy na scenie świata zjawia się absolutna nowość: jest nią życie, które przychodzi i jest świadome celu, do którego zmierza. Historia zawsze toczy się w nurcie stworzenia i odkupienia i w świetle Biblii zaczyna się w momencie, kiedy „człowiek zrodził innego człowieka” (Księga Rodzaju). Kiedy nie ma ojcostwa, nie ma zrodzenia, nie ma konsekwentnie historii. Cała aktywność ludzi skupia się wokół miejsc produkcji i konsumpcji, w których następuje tak czy inaczej rozumiana „przemiana materii”. Ludzie są odbierani jako cząstki krajobrazu, elementy nie wiadomo dlaczego wtopione w pejzaż świata o zmiennej konfiguracji. Kiedy człowiek nie „przychodzi” z głębi transcendencji i nie zmierza ku celowi, który przekracza świat, nie ma historii, jest zamknięty w kręgu własnego biopsychicznego świata, w którym nic się nie dzieje, poza systematycznym zużywaniem biologicznej energii. Taki człowiek może odzyskać siebie i swoją historię pod warunkiem, że zostanie wszczepiony w Chrystusa, w którym otrzyma „dostęp do Ojca”.


Nowy wspaniały świat?


Jest interesujące, że pod tym względem zachodzi analogia między kalifornijskim projektem prawa antyrodzinnego a wizją świata przedstawionego we wspomnianej książce Huxleya „Nowy wspaniały świat”. Dawid Parce zauważył we wnikliwej analizie tego dzieła, że wizja tego „rajskiego świata”, w którym szczęście zostało zorganizowane za pomocą neurofarmakologii, wykreśla z horyzontu ludzkiej świadomości „najbardziej uświęcone emblematy kultury: macierzyństwo, dom, rodzina, wolność, a nawet miłość. To, co otrzymuje się w zamian pod nazwą szczęścia, nie jest godne swego miana”. Tyleż godne podkreślenia jest to, że (jak zauważył wspomniany krytyk), w tym „wspaniałym świecie nie ma historii. Jest to ciekawe, że znajduje się utopię, w której wiedza o historii jest zakazana przez tak zwanych „kontrolerów”, którzy chcą zapobiec wyszukiwaniu niemiłych porównań” (tamże). Ale nie chodzi tylko o nieobecność wiedzy historycznej; po prostu historia jako taka w tym świecie nie istnieje; wszystko jest ustabilizowane, uporządkowane, kontrolowane w duchu obowiązującej ideologii. Ludzie nie mają potrzeby myślenia i rozwiązywania problemów. Mają do dyspozycji tylko skuteczne środki zapewniające błogie, bezmyślne, dobre samopoczucie. (Jako cechy tego „szczęśliwego” społeczeństwa wspomniany krytyk wylicza następnie: głupotę, amoralność, fałszywe szczęście, totalizm… może wystarczy). Rzeczywiście – w tym świecie nie dzieje się nic takiego, co by świadczyło o człowieczeństwie jego obywateli: nie ma twórczego niepokoju, nie ma refleksji nad podstawowymi pytaniami ludzkości, na przykład: skąd pochodzę, kim jestem, dokąd dążę?

Nie ma tradycji ubogacającej ludzkość zdobyczami myśli i obyczaju, co jest istotnym czynnikiem budującym kulturę, która przecież jest właściwym wymiarem bytowania człowieka na tej ziemi (co często podkreślał Jan Paweł II). Nie ma pytań ani odpowiedzi na temat tajemnicy bytu, nie ma czegoś takiego, jak zachwyt nad prawdą, dobrem i pięknem, co przenosiłoby człowieka na właściwy poziom jego egzystencji. Słowem, jeśli ten świat, jaki w wizji Huxleya został rzeczywiście udoskonalony metodami inżynierii genetycznej, ten świat, który w jakiś sposób istnieje w człowieku, to w tym świecie człowiek jest nieobecny. Nie ma tu ducha ludzkiego, nie ma tej niepokonalnej tęsknoty za miłością, która „słońce porusza i gwiazdy” (Dante), nie ma tego zadumania nad przepaścią ludzkiego losu, co było treścią dramatu Hioba, nie ma tego wewnętrznego nacisku, by słuchać głosu wołającego z głębi bytu o wierność prawdzie (Sokrates), nie ma wreszcie tego światła, które spływa z otwartych niebios na Matkę i Dzieciątko wpatrzonych w siebie wzajemnie przy akompaniamencie chórów anielskich. Nie ma tu ducha: a jeśli jest jakiś duch, to jest to „duch tego świata”, który od dawna pracuje nad tym, aby to, co piękne i dobre usunąć z ziemi, zwłaszcza usunąć z tej przestrzeni, w której żyje małżeństwo i rodzina. Wprawdzie wspomniany krytyk twierdzi, że wizja Huxleya jest nie tyle pozytywną utopią, ile satyrą, ale niezależnie od tego pokazuje ona z całym okrucieństwem, do jakich konsekwencji prowadzi ideologia, która istotne sprawy życia ludzkiego stawia poza obszarem moralności.

Podkreślmy jeszcze istotne znaczenie moralności jako składnika natury człowieka: utrata ojcostwa niszczy cały świat międzyludzkich relacji, które przestają być ludzkie, a nawet w ogóle przestają istnieć z chwilą, kiedy zostaje zniszczony ich źródłowy podmiot. Przede wszystkim zostaje zburzona właściwa relacja mężczyzny do kobiety: kobieta przestaje być żoną i matką, staje się tylko „partnerem”, to znaczy – dokładniej – narzędziem zaspokojenia męskich pożądań. W tej sytuacji moralnie nie istnieje prawdziwa relacja „rodziców do dzieci”, ponieważ te ostatnie, o ile są, nie przyszły na świat jako zrodzone z miłości absolutnie bezinteresownej, lecz jako niezamierzony załącznik do praktyk seksualnych dwojga „partnerów”. Skoro relacja wertykalna została zaburzona (rodzice – dzieci), tym samym na istotne trudności napotyka kształtowanie relacji horyzontalnej, bratersko-siostrzanej. Autentyczne braterstwo istnieje jedynie jako owoc szlachetnej miłości między małżonkami. W razie braku tej ostatniej, odbudowanie więzi braterskiej staje się niemal niemożliwe: ponieważ to, co powinno się objawić jako owoc łaski Bożej, nie może być żadną miarą urzeczywistnione samym ludzkim wysiłkiem.

Należy jeszcze raz podkreślić, że grzechem, który burzy całą moralną i duchową strukturę rodziny, nie jest dopiero aborcja, lecz już wcześniej – antykoncepcja. Aborcja przychodzi jako „ostateczne remedium” w obliczu nieskuteczności antykoncepcji. Ta postawa posiada wymowę druzgocącą dla całej duchowej substancji rodziny. W postawie antykoncepcyjnej kryje się implikacja oznaczająca, że Pan Bóg jest totalnie wyrzucony poza burtę rodziny i cały ład (nieład!) życia małżeńskiego opiera się na ideologii „wolnego seksu”, to jest wolnego od relacji do miłości i odpowiedzialności. Jeśli małżonkowie przyjmują tę „filozofię”, to już w sobie samych zabijają ojcostwo i godność macierzyńską, zanim doczekają się ustawy, która usunie z ludzkiego słownika „najświętsze z wszystkich słów” (jak śpiewał Mieczysław Fogg) – mianowicie słowa: „ojciec”, „matka”.


ks. prof. Jerzy Bajda
drukuj