Przedwyborcza teraźniejszość?
W polu dobra i zła
Trudno dzisiaj o ważniejszy temat do myślenia niż zbliżające się wybory czy też – moim zdaniem – dogrywka do ostatnich wyborów. Tym razem jest to niełatwe myślenie, chociaż wybór zdaje się prosty. Trudność dotyczy rozdzielenia należnego podziękowania odchodzącym uczestnikom parlamentarnych zmagań o Ojczyznę. Pokazuje się nam nowe polityczne przymiarki i zawierane sojusze, które nieraz wprawiają w osłupienie. Nie budzi zresztą zaufania nade wszystko przekaziciel tych wieści, czyli najbardziej opiniotwórcze media. Wyglądałoby, że z najwyższą powagą traktują one wybory, a raz za razem widać, jak usilnie, na zamówienie pracują nad niszczeniem społecznego zaufania do polityków rokujących nadzieje. W naszym własnym gronie, jak na razie, albo wołamy o zdecydowane zaangażowanie rozumu w tych wyborach, z czego jeszcze żadna konkretna lekcja nie wynika, albo też nieraz wypowiadamy twierdzenia ze sobą sprzeczne, z czego – jak mówi logika – wynika cokolwiek. Na przykład dopiero co ostrzegani byliśmy całkiem trafnie przed niebezpieczeństwem ustawienia państwa w groźnym dryfie, a teraz obwieszcza się znakomitym piórem wypłynięcie nowego flagowego okrętu polskiej prawicy, przed którym już drżą przeciwnicy. Czyżby dlatego, że siedzi na jego pokładzie nasz stary przyjaciel? Ale dla przyjaciół trzeba starać się tylko o to, co najlepsze i o to nieraz także z nimi samymi trzeba klarownie walczyć. Efektem natomiast przedwyborczego sprzecznego wewnętrznie szumu – robiącego wrażenie kibicowania jakimś sportowym czy estradowym zmaganiom – może być tylko wzbudzenie stanu politycznego zniechęcenia lub agresji (jak to ostatnio widzieliśmy w próbie nokautowania dr. Mieczysława Ryby) wśród środowisk, które nieraz określa się jako patriotyczne. Otrzymały one na te akurat wybory niestrawny, bo rozmazany i zaplątany rozmaitymi szokującymi przymierzami i działaniami oraz zbyt gorącymi słowami dokonany już polityczny czyn. Jak za niego rozumnie podziękować dotychczasowym politycznym bohaterom?
Nie tylko ich konflikty to utrudniają. Nic zdrożnego nie ma w ostrych konfliktach osób poważnych i to nie one pchają ku moralnemu zniechęceniu świadków tych zmagań. Święty Franciszek Salezy przypominał, że nawet święci niekiedy usilnie ze sobą wzajemnie walczyli. Pewnie jednak dbali o klarowność własnych racji i dobór godziwych metod walki. Nawet w przedchrześcijańskim świecie zmagań bohaterów homeryckich zdaje się to normą, kiedy słyszymy pod Troją rycerza mówiącego swojemu przeciwnikowi „przyjacielu”, kiedy zadaje mu zwycięski cios. Polityczne czyny, konflikty i przymierza, zwycięstwa i porażki nieraz trwają zaskakująco krótko, ale pamięć o nich będzie żyła przez wszystkie następne nasze pokolenia. Widzimy jednak nieraz bardziej jakąś niezwykle zagmatwaną walkę także kłonicami o polityczne „dziś” zamiast troski o pamięć i kształtowanie świadomości także następnych pokoleń.
W politycznym zmaganiu nie chodzi także o to, aby być pierwszym, bo nie z pierwszego szeregu zawsze dokonuje się najważniejszych politycznie czynów. Jeden z rzymskich historyków-sofistów (Klaudiusz Elian w „Opowiastkach rozmaitych”) przekazał nam relację o rozmowie w tej sprawie Sokratesa z heterą Kallisto. Chwaliła się ona mędrcowi swoją popularnością, a nawet szydziła z niego, że każdy raczej ją wybierze niż jego towarzystwo. W odpowiedzi usłyszała, że nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ ona pociąga innych w dół, a on stara się im pomóc piąć się w górę. Trudno się zatem dziwić niespecjalnemu brakowi szerokiego uznania dla tych polityków, którzy pomagają obywatelom w ich mozolnym dźwiganiu się w górę. Dziwić się raczej trzeba, kiedy chcą się oni ścigać w popularności.
Marek Czachorowski
