Burza przedwyborcza?

ANALIZY I KOMENTARZE

Kto za, kto przeciw?

Jedyną partią, która tak naprawdę chce dziś wyborów, jest Prawo i Sprawiedliwość. Przegrane na pierwszym po wakacjach posiedzeniu Sejmu głosowania nie pozostawiają złudzeń. Partia rządząca w Sejmie może liczyć na góra 160-170 głosów. Przewidując taki scenariusz tuż po rozpadzie koalicji, PiS rozpoczęło przedwyborczą kampanię. Z niecierpliwością czeka tylko na wynik głosowania nad samorozwiązaniem Sejmu.

Wnioski w tej sprawie złożyły wcześniej SLD i PO. W ostatniej chwili dołączyła do nich partia Jarosława Kaczyńskiego. Poparcie skrócenia kadencji Sejmu deklarują: PiS – 151 posłów, Platforma Obywatelska – 131, SLD – 55, i PSL – 25. To daje razem 362 głosy. Liga i Samoobrona są przeciw. LiS dysponuje głosami 73 posłów. Aby doszło do samorozwiązania Sejmu, potrzeba aż 307 rąk. Jaką taktykę przed rozwiązującym parlament lub nie przyciśnięciem guzika przyjęły sejmowe kluby?


PSL (25 posłów)


Jest w opozycji, więc musi mówić, że wyborów chce. Ale w kuluarowych rozmowach ludowcy przyznają, że nie spieszno im do opuszczenia gmachu przy ulicy Wiejskiej. Tłumaczą, że Sejm pracował dobrze i nie ma powodu go rozwiązywać. Ich zdaniem, lepiej niech rząd poda się do dymisji.


LPR (29 posłów)


Dla Ligi i jej szefa Romana Giertycha wybory mogą oznaczać koniec politycznego życia. Dlatego LPR ima się wszelkich metod. Giertych walczy o powołanie przed wyborami komisji śledczej do wyjaśnienia tak zwanej afery gruntowej w ministerstwie rolnictwa. Politycy Ligi twierdzą, że opinia publiczna musi poznać prawdę o kulisach akcji CBA. LPR posiłkuje się też osobą byłego szefa MSWiA Janusza Kaczmarka, którego razem z Samoobroną – wraz z wnioskiem o konstruktywne wotum nieufności – szykuje na premiera. Ten pomysł nie ma poparcia PO i SLD, tak więc szanse na jego przegłosowanie są równe zeru.


Samoobrona (44 posłów)


Podobnie jak LPR nie chce wyborów i żąda powołania komisji śledczej do spraw CBA. Tylko jej prace, zdaniem Samoobrony, mogą oczyścić Andrzeja Leppera. Rozeźlona tym, że marszałek Ludwik Dorn z PiS nie wprowadził wniosku do porządku obrad, tak jak Liga, a także Platforma Obywatelska i SLD, składa wniosek o odwołanie Dorna z marszałkowskiego fotela. Te pomysły, podobnie jak poprzednie z komisjami śledczymi, lądują na dnie marszałkowskiej szuflady.


SLD (55 posłów)


Postkomuniści, jak przystało na głównych – obok Platformy Obywatelskiej – krytyków obecnej władzy, jako pierwsi złożyli wniosek o skrócenie kadencji Sejmu. Trudno więc przypuszczać, by zagłosowali przeciwko własnemu pomysłowi. Pojawia się jednak pewne ale. Sojusz – obok SdPl, PD i UP – tworzy koalicję Lewica i Demokraci. A gdzie wielu do podziału, tam i dola mniejsza (w tym wypadku mniej dogodnych miejsc na listach wyborczych LiD). A tu już Marek Borowski z SdPl wyciąga rękę po szesnaście „jedynek”. Aleksander Kwaśniewski mówi o dziesięciu dla swoich ludzi. To już razem 26. A w Polsce okręgów wyborczych jest 41. Zakładając, że LiD wejdzie do nowego Sejmu, to wielu obecnych posłów SLD, którzy nie dostaną „jedynek” przez kolejne 4 lata, będzie na diecie, i to nie tej poselskiej. Tak więc 7 września, kiedy będzie głosowanie nad wnioskami o skrócenie kadencji Sejmu, niektórym posłom Sojuszu może zadrżeć ręka. I zamiast zielonego „za” mogą wcisnąć ulubiony czerwony przycisk.


PO (131 posłów)


Wbrew pozorom Platforma Obywatelska jest obecnie w najdogodniejszej sytuacji. Jeśli dojdzie do przedterminowych wyborów, PO może je wygrać. Co prawda niektóre sondaże dają Platformie szanse na ponad 230 mandatów, ale takie „wróżby” trzeba włożyć raczej między bajki. Przeciągając jednak termin wyborów, PO może dalej upuszczać „politycznej krwi” Prawu i Sprawiedliwości.


PiS (151 posłów)


Prawo i Sprawiedliwość nie ufa PO, dlatego zgłasza własny wniosek o samorozwiązanie Sejmu. To ma wywrzeć presję na partię Donalda Tuska, by ta poparła skrócenie kadencji Sejmu. Na PiS padł bowiem blady strach, że jeśli wniosek o samorozwiązanie nie przejdzie, to w wypadku gdyby rząd podał się do dymisji, Platforma Obywatelska w tak zwanym drugim kroku konstytucyjnym, w którym rząd powołuje Sejm, może stworzyć coś na kształt „technicznej Rady Ministrów” z poparciem LiS i SLD. By nękać Prawo i Sprawiedliwość. Dlatego PiS mobilizuje swoje szeregi. Jarosław Kaczyński zapowiedział, że jeśli kto nie przyjdzie na głosowanie, może zapomnieć w przyszłości o miejscu na listach wyborczych Prawa i Sprawiedliwości.


Co zmienią wybory?


Decydując się na wybory, po pierwsze, partia rządząca ucina głowę powołaniu komisji śledczych do spraw CBA i samobójczej śmierci Barbary Blidy oraz ich ewentualnym konsekwencjom w okresie dla wszystkich partii najważniejszym – kampanii wyborczej. Po drugie, PiS nie musi się już martwić decyzją Sądu Najwyższego w sprawie ewentualnego cofnięcia partii subwencji budżetowych. Nowe wyborcze rozdanie – nowe pieniądze z budżetu państwa. A po trzecie, wcale nie jest powiedziane, że w wyborach PiS uzyska słaby wynik. W sondażach co prawda prowadzi PO, ale tradycyjnie badania dla partii Donalda Tuska są „przelukrowane”. I na dodatek obliczane przy wysokiej, bo 60- lub 80-procentowej frekwencji wyborczej. Ta nie będzie wysoka, co dodatnio wpłynie na wynik PiS, a także SLD. To wszystko okaże się jednak po wyborach. „Stoczymy bitwę, a potem się zobaczy” – cytował całkiem niedawno Napoleona premier Jarosław Kaczyński.

Klaudiusz Pobudzin
drukuj