Między III a IV Rzecząpospolitą
Prof. Jerzy Robert Nowak
Jarosław Kaczyński jako główny strateg obozu patriotycznego wielokrotnie akcentował, że jednym z głównych celów tworzenia IV Rzeczypospolitej jest zniszczenie potężnego korupcjogennego układu, opartego na godzącej w Naród wieloletniej zmowie polityków, szemranych biznesmenów i przestępców. Układ ten zdominował rozwój III Rzeczypospolitej, od początku budowanej w myśl głoszonego przez liberałów hasła: „Pierwszy milion trzeba ukraść!”.
Hasło to realizowano tak skrupulatnie, kradnąc nie miliony, lecz miliardy złotych, że Polska stała się jednym z najbardziej skorumpowanych krajów świata. Jakże znamienne okazały się ogłoszone w 2004 r. sondaże na temat nieuczciwości polityków. Politycy w Polsce znaleźli się pod tym względem na jednym z najgorszych miejsc w świecie (zatrważające 90 proc. ocen kwestionujących ich uczciwość, podczas gdy przeciętna dla Europy Środkowej wynosiła 49 proc. ocen negujących uczciwość polityków, a w Europie Zachodniej – 46 proc.). 90 proc. Polaków negatywnie oceniających uczciwość polityków, to gorzej od przeciętnej dla bananowych republik Ameryki Łacińskiej (87 proc.) czy przeciętnej Afryki (82 proc.) (wszystkie dane za „Polityką” z 11 grudnia 2004 r.).
Rządy „lumpen-elit”
Korupcja zapanowała w Polsce tak mocno, gdyż bardzo szybko wyszło na jaw, że tak wychwalana przez L. Balcerowicza „niewidzialna ręka rynku” okazała się „ręką aferzysty” (wg oceny byłego premiera Jana Olszewskiego). Polska stała się łupem postkomunistycznych i lewicowo-liberalnych „łże-elit”, jak to określił Jarosław Kaczyński. Może precyzyjniejsze pod tym względem jest inne, jakże dosadne, określenie, które wyszło spod pióra znanej socjolog starszego pokolenia prof. Anny Pawełczyńskiej. Nazwała ona „elity” rządzące w Polsce „lumpen-elitami”, ponieważ są to elity obojętne wobec Ojczyzny i patriotyzmu, obojętne wobec wartości chrześcijańskich, obojętne na prawdę i kłamstwo i rozumiejące tylko jedną „wartość” – własny zysk za wszelką cenę! Profesor Pawełczyńska w głośnym wywiadzie „Liberalny totalitaryzm”, publikowanym na łamach „Nowego Państwa” (nr 1 z 2005 r.) stwierdziła: „W toku transformacji po 1989 roku dokonano manipulacji. Ośmieszono ugrupowania wolnościowe i motywy patriotyczne, uwłaszczono nomenklaturę partyjną i wokół niej zbudowano kadry władzy politycznej, gospodarczej oraz ośrodków władzy i indoktrynacji”. Prof. Pawełczyńska dodała, że w Polsce zatriumfowały „struktury społeczne oparte na wartościach, które Jan Paweł II określił jako struktury grzechu. Cementują one grupy interesu, żerujące na całym społeczeństwie. Ta więź w układach mafijnych, w układach klik rządzących dzisiaj Polską, jest oparta na antywartościach”.
Rzecz znamienna, bardzo szybko, bo już po paru pierwszych latach spartaczonej transformacji w Polsce wnikliwi obserwatorzy wyraźnie dostrzegali, jak bardzo patologiczne i dalekie od reprezentatywności dla Narodu są kierownicze warstwy dominujące w najważniejszych sferach życia w Polsce, zwane „elitami”. Włoska dziennikarka Barbara Spinelli, świetna obserwatorka rozwoju wewnętrznego Polski, w alarmujący sposób pisała o stanie polskiej elity, akcentując: „Michnik jest (…) tylko najbardziej jaskrawym wyrazem głębokiej dezorientacji duchowej, jaka opanowała elitę intelektualną (…). Elitę, która nie chce mieć nic wspólnego z Polską przedwojenną, która nie pamięta, co to znaczy służyć naprawdę krajowi, która żywi pogardę do przedwojennych prób budowania demokracji. Elitę, która jest dzieckiem komunizmu, której brak punktów odniesienia w przeszłości
i która siłą rzeczy należy do albumu rodzinnego Bieruta, Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego” (por. B. Spinelli „W oczach Zachodu”, paryska „Kultura” 1991, nr 1-2, s. 49).
Barbara Spinelli nader celnie uchwyciła w swym tekście szczególnie chory stan polskiej elity, jako „dziecka komunizmu” w bardzo małym stopniu przekształconego na skutek osławionej „grubej kreski”. Zablokowanie po 1989 r. prawdziwie radykalnych zmian dekomunizacyjnych doprowadziło do szokującego wręcz umocnienia dominacji ludzi ze starych sił komunistycznych w przeróżnych dziedzinach. W jaskrawy sposób uwypukliła to prof. Jadwiga Staniszkis w wydanej w 2005 r. książce „Postkomunizm”. Powołała się tam na badania socjologiczne dowodzące, że aż 82 proc. obecnych elit należało do uprzywilejowanej grupy już przed 1989 r. w PRL. Tylko 11 proc. badanych wykonywało w ostatnim roku panowania socjalizmu w Polsce zawody plasujące się niżej w hierarchii społecznej, a około 7 proc. nie rozpoczęło jeszcze wówczas pracy zawodowej lub z różnych przyczyn miało przerwę w pracy.
Dodajmy tu jeszcze fakt, że większość „nowych” notabli, którzy pojawili się po czerwcu 1989 r. wywodziła się głównie z „różowych”, czyli z kręgów lewicowo-liberalnych, najczęściej też z komunistycznym rodowodem. Ludzie ci awansowali przede wszystkim dlatego, że znaleźli się w odpowiednich „kombatanckich” notatnikach z telefonami, i wspinali się w górę głównie dzięki „układom”, a nie kompetencjom (vide zadziwiające kariery tak niekompetentnych osób, jak Jacek Kuroń w roli ministra pracy, Małgorzata Niezabitowska w ministerialnej randze jako rzecznik prasowy rządu Mazowieckiego, fizyk Henryk Wujec już w późniejszym okresie jako wiceminister rolnictwa (?!), czy groteskowy wręcz w roli ministra spraw zagranicznych gawędziarz „gadułka” Władysław Bartoszewski).
Utrwalenie władzy takich dziwnych „łże-elit” miało aż nadto negatywne skutki dla Polski ze względu na tak oburzające zobojętnienie przeważającej części z nich dla spraw patriotyzmu, interesów narodowych czy jakichkolwiek wartości etycznych. Nader często królowali wśród tych „łże-elit” postkomuniści, często byli ubecy i esbecy. Stąd określenie niekiedy używane w odniesieniu do tego dość szczególnego kapitalizmu doby III Rzeczypospolitej – „kapitalizm bezpieczniacki”. Przypomnę tu w tym kontekście pewną dość typową historię. Ktoś spotyka po latach byłego kolegę ze studiów, który – jak to wszyscy wiedzieli – przez lata był esbekiem. Teraz okazało się, że jest prezesem banku, wysiada z eleganckiej toyoty. „To twój samochód?” – pyta go wegetujący życiowo kolega. „A co ty myślisz” – mówi esbek. „Przecież nie po to komunę obalaliśmy, żebym maluchem jeździł”.
Pomogli w obrabowaniu Polski
Wielu z robiących błyskawiczną karierę po 1989 r. postkomunistów miało swoiste dość szczególne „zasługi”. Umieli doskonale wpisać się w koniunkturę awansów dla tych, którzy bez żenady gotowi byli zrobić wszystko dla wsparcia zachodnich biznesmenów, cynicznie rabujących Polskę. Przypomnijmy tu, że zachodnie dalekosiężne plany neokolonialnego wyeksploatowania Polski i reszty naszego regionu zostały błyskawicznie opracowane już w pierwszym okresie po 1989 roku. Celnie obnażył je już na początku lat 90. renomowany autor zachodni Peter Gowan w szkicu publikowanym w „Word Policy Journal”, nr 1 z 1992 roku. Gowan już wtedy dokładnie przepowiedział cały scenariusz „wrogiego przejęcia” gospodarek Europy Środkowowschodniej przez Zachód, planujący systematyczną neokolonizację naszego regionu. Prognozy Gowana sprawdziły się pod każdym względem, i dlatego są dziś tym bardziej szokujące w swojej wymowie. Ciekawe, że ostrzeżenia Gowana błyskawicznie przedstawił Daniel Passent na łamach „Polityki” z 15 lutego 1992 roku. Passent, stary komunistyczny dziennikarz, robił to z ogromną satysfakcją, gdyż Gowan wskazywał, że Zachód wcale nie zamierza wspierać antykomunistów w tej części Europy, że nic tu go w ogóle nie obchodzi poza maksymalnymi zyskami. Oto jak Passent referował poglądy Gowana na politykę Zachodu wobec nas: „Celem tej polityki, wedle autora, jest wyłącznie neokolonializm, a nie żadne ideały polityczne. Zachód np. nie zgłasza pretensji z powodu obecności w życiu publicznym naszej części Europy byłych komunistów, nie wzywa do dekomunizacji, nie razi go była nomenklatura i jej spółki, ba, Zachód wcale nie popiera ugrupowań najbardziej antykomunistycznych w Europie Wschodniej. Co innego zaprząta umysły polityków Waszyngtonu czy Bonn. Im chodzi o to, twierdzi Gowan, żeby nasza część Europy wyszła z całej tej rewolucji cała, ale wycieńczona, by Polska, Czechosłowacja, Węgry, Rumunia i Bułgaria – każde w pojedynkę czołgało się do Zachodu, by nie powstała w tej części Europy żadna wspólnota, która wzmocniłaby jej głos, żeby każdy jadł z ręki, a nikt nie mógł ukąsić [podkr. – JRN]. (…) Zdaniem Gowana, to w Europie Wschodniej następuje świadoma rujnacja gospodarki pod dyktando MFW, popychanie do wolnego rynku za wszelką cenę (…) Zachód pogania – szybciej, szybciej, szybciej… Nie zwracać ziemi byłym właścicielom, bo to tylko opóźnia i komplikuje sprawę. Nie oddawać fabryk załogom, bo syndykalizm jest mało wydajny i nie stwarza możliwości Zachodowi. Wyprzedawać cudzoziemcom i własnym nabywcom. (…) Wszystko to, twierdzi Gowan, Zachód czyni dla pieniędzy. Jest to „świadome imperialistyczne dążenie do zagarnięcia jak najszybciej atutów gospodarczych regionu i zniszczenie reszty, by przekształcić te kraje w zacofane neokolonie. Rekiny i cwaniacy krążą po regionie, polując na wielkie zyski. (…) To Zachód obejmując kontrolę nad tą częścią przemysłu Europy Wschodniej, która da się wykorzystać, będzie decydował o jej miejscu w międzynarodowym podziale pracy. To miejsce ma być wygodne dla Zachodu, a nie dla Wschodu”. I to wszystko, jakże smutnie prorocze dla Polski, napisał amerykański analityk już na początku 1992 roku!
Oczywiście nie tylko postkomuniści pomogli w zrealizowaniu godzących w nas planów gospodarczych Zachodu. Swoje zrobili również liberałowie typu Janusza Lewandowskiego (osławiona sprzedaż zakładów w Kwidzynie za bezcen), Jana Krzysztofa Bieleckiego czy Hanny Gronkiewicz-Waltz. Przypomnę tu tylko jedną sprawę – fatalnej zgody J.K. Bieleckiego na godzące w polskie interesy gospodarcze kroczące podnoszenie cen energii. Skomentował tę zgodę słynny myśliciel brytyjski profesor Karl R. Popper stwierdzając: „Na rozkaz brukselskich biurokratów dusicie się własnymi rękami” (cyt. za „Wprost” z 8 sierpnia 1993. Por. szerzej: J.R. Nowak: „Zagrożenia dla Polski i polskości”, Warszawa 1998, t. II, s. 108).
Mózgi w depozycie
Grzegorz Braun, reżyser słynnego filmu – „półkownika” o L. Wałęsie
– „Plusy dodatnie, plusy ujemne” powiedział w lutym 2007 r., iż: „Polska inteligencja oddała swe mózgi w depozyt „Gazecie Wyborczej””. To jakże cenne określenie świetnie oddawało istotę nader chorej sytuacji po 1989 roku. Kierowanej przez A. Michnika „Gazecie Wyborczej” udało się zwieść czytelników w początkowym okresie istnienia gazety tekstami sugerującymi, że jest to dziennik antykomunistyczny, patriotyczny i pełen sympatii dla Kościoła katolickiego. Raz zwabieni czytelnicy, głównie z inteligencji, potem przez lata bezkrytycznie dawali się indoktrynować w duchu ośmieszania antykomunizmu, podważania roli tradycji narodowych i patriotyzmu, a także podważania przywiązania do Kościoła. Redakcja „Gazety Wyborczej” zrobiła szczególnie wiele dla indoktrynowania swych czytelników w duchu tak krytykowanej przez prof. Andrzeja Nowaka koncepcji zmierzającej do zaniżenia samooceny Polaków. Jak pisał prof. A. Nowak: „W myśl tej koncepcji, uporczywie lansowanej po 1989 r. to nie komunizm był zły, ale Polska jest zła, źli są Polacy. Co więcej, Polak jest nieudolny, Polak nie potrafi. Jest zaledwie półdzikim stworzeniem, który dopiero dzięki surowej tresurze, po opanowaniu zachodnich wzorców, zostanie przystosowany do życia w cywilizowanym świecie” (z wywiadu udzielonego przez prof. A. Nowaka „Tygodnikowi Solidarność” 28 maja 2004 r.).
Na takim tle tym ważniejsza była wiążąca się z ideą IV Rzeczypospolitej programowana przez Jarosława Kaczyńskiego koncepcja wzmocnienia polskiego patriotyzmu, prostowania Narodu, tak długo upokarzanego i zniesławianego. Bardzo istotny był fakt, że Jarosław Kaczyński w marcu zeszłego roku zdecydował się na bardzo jednoznaczne oskarżenie środowiska „Gazety Wyborczej” o to, że jest ono bardzo szkodliwe z punktu widzenia polskiego patriotyzmu, tradycji i interesów narodowych. Wynikało to zresztą, zdaniem J. Kaczyńskiego, z fatalnego rodowodu kierowniczej części redakcji „Wyborczej” – tj. rodowodu wywodzącego od Komunistycznej Partii Polskiej, w której uczestniczyła znaczna część ojców, a często i matek, redaktorów „GW”.
Warto przypomnieć tu jakże wymowną część wypowiedzi J. Kaczyńskiego w Radio Maryja 23 marca 2006 r. na temat środowiska „Gazety Wyborczej”: „(…) to jest środowisko niezwykle zaciekle zwalczające tradycję narodową, zresztą samo pojęcie Narodu jest w tym środowisku trudne do przyjęcia, to wszystko, co z tą tradycją się łączy, to, że to środowisko tak chętnie odwołuje się do elementów mających tę tradycję kompromitować, że to środowisko w istocie jest niechętne niepodległości Polski, bo wyraźnie mamy do czynienia z taką interpretacją naszej przynależności do Unii Europejskiej, która jest z niepodległością i suwerennością narodową sprzeczna, że to środowisko, które bardzo mocno było zaangażowane, jest zaangażowane, w obronę spuścizny PRL, mówię o całej tej realnej spuściźnie, w tym wszystkim, co się działo w Polsce po 1989 roku. Krótko mówiąc, mamy do czynienia ze środowiskiem, którego związki z komunizmem są oczywiste” (cyt. za „Głos” z 1 kwietnia 2006 r.).
Przy innej okazji Jarosław Kaczyński stwierdził: „Im słabsza jest „Gazeta Wyborcza”, tym lepiej dla Polski”.
Znaczenie Radia Maryja
Jak wynika z powyższej analizy, podstawową sprawą w tworzeniu podstaw IV Rzeczypospolitej musiało stać się stopniowe wypieranie czerwonych i różowych „lumpen-elit” z ich dominujących dotąd pozycji w życiu publicznym. Ważny był fakt, że w tej walce o nowe elity i o IV Rzeczpospolitą Jarosław Kaczyński zdobył się na odwagę zwrócenia ku tak mocno szkalowanemu w większości mediów Radiu Maryja. Miał zresztą wobec tego Radia swoisty wielce znaczący dług. Jak zauważyli przeróżni obserwatorzy, i jak to kiedyś wyraził sam J. Kaczyński – sukces wyborczy jego partii i kandydatury na prezydenta jego brata nie byłby możliwy bez udostępnienia Radia Maryja dla obiektywnej prezentacji PiS-owskiego programu. Prezentacji, której brakowało w przeważającej części wpływowych mediów, skrajnie niechętnych wobec PiS.
Bardzo ważne znaczenie miał fakt, że właśnie Radio Maryja przez kilkanaście lat było głównym, a niejednokrotnie jedynym wolnym medium elektronicznym, nieulegającym wpływom „łże-elit”. Przypomnijmy tu słynny już tekst barda „Solidarności” Jana Pietrzaka: „Wolność radiowego słowa”, opublikowany w „Tygodniku Solidarność” 16 grudnia 2005 roku. Pisząc o Radiu Maryja, Pietrzak stwierdził w swym tekście: „Otóż jest to jedno, jedyne radio, które wymknęło się cenzurze III Rzeczpospolitej. Mówi własnym, odrębnym głosem. Fenomen Radia Maryja polega na tym, że wszystkie pozostałe sieci, radiostacje, nadajniki zostały dokładnie pozbawione własnego rysu społecznego, kulturowego, religijnego (…). Na razie w wolnej Polsce jedynym przejawem wolności radiowego słowa jest Radio Maryja. Stąd jego sukces”.
Będąc enklawą wolnego słowa w mediach Radio Maryja strasznie się naraziło „łże-elitom”, których ograniczoność i skrajny antynarodowy egoizm po tylekroć pokazywało. Naraziło się swą stanowczą obroną wiary i Kościoła, stanowczą obroną polskiego patriotyzmu i wszystkich „skrzywdzonych i poniżonych” w dobie oszukańczych transformacji balcerowiczowskich. I właśnie Radio Maryja stało się głównym medium prostującym kłamstwa o rządach PiS i jego koalicjantów w czasie tak potężnej nagonki medialnej ostatniego półtora roku. Nagonki, która miała na celu zburzenie i stłamszenie wszelkich możliwości budowy podstaw IV Rzeczypospolitej.
Wrogowie radykalnego przełomu
Zbyt potężna była ugruntowana przez lata pozycja czerwonych i różowych „lumpen-elit”, żeby mogły pogodzić się z próbą ich przetrzebienia i zbudowania od podstaw nowej IV Rzeczypospolitej. Przeciwko rządzącemu od jesieni 2005 r. PiS, a potem prawicowej koalicji szybko ukształtował się potężny sojusz przeciwników prawdziwie radykalnych zmian ratujących Polskę. W tym sojuszu znalazły się przede wszystkim najbardziej wpływowe media, partie takie jak SLD, SDPiL, PD oraz z pewnymi zygzakami i wahaniami PO, duża część bardzo wpływowego, a najczęściej „lewego” biznesu, Trybunał Konstytucyjny, wielka część sędziów i prokuratorów i generalnie różne korporacje zawodowe od prawników począwszy. Szczególnie groźny był i jest zmasowany medialny atak na PiS i jego sojuszników, nie mówiąc o ataku na Radio Maryja. Media, formalnie będąc czwartą władzą, w Polsce niejednokrotnie nabierały w ostatnich latach charakteru pierwszej władzy, wykorzystując brak uregulowań prawnych i bezkarność najbardziej nawet brutalnych oszczerczych ataków stosowanych na zasadach wolnoamerykanki, w myśl zasady „catch as you catch can”.
Można by długo wyliczać absurdalne wybryki jadowitej agresji przeciw obecnym rządom. Oto były minister rządu T. Mazowieckiego, „zausznik” tegoż premiera – Waldemar Kuczyński, pisał o Polsce dzisiejszej jako o kraju, który uczynił krok w stronę, gdzie na rękach obywateli zatrzaskują się kajdanki. Tenże „demokrata” Kuczyński wrzeszczał w postkomunistycznym „Przeglądzie” (z 16 kwietnia 2006 r.), że ogromnie zagraża nam teraz „maccartyzm po polsku”. Oto związany od lat z Unią Wolności honorowy (!) prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Stefan Bratkowski, doszukiwał się na łamach „poważnej” „Rzeczpospolitej” podobieństwa między IV RP a III Rzeszą wyłącznie na tej zasadzie, że Hitler również dużo mówił o walce z korupcją. Ten sam Bratkowski zarzucał J. Kaczyńskiemu, że rzekomo wymyśla „elitom” w stylu Andrieja Wyszyńskiego, „prokuratora sowieckich czystek”. Senator PO Stefan Niesiołowski lamentował, że do władzy w Polsce doszli „ludzie straszni”, a inny senator Kazimierz Kutz porównał J. Kaczyńskiego do Hitlera. Waldemar Łysiak pisał o występujących w „Wiadomościach” Polsatu prezenterach: pani Smoktunowicz, pani Grabarczyk i panu Gugale, iż: „Dzień w dzień przez dwadzieścia minut mówią o Polsce braci Kaczyńskich takie rzeczy, iż człowiek wolałby mieszkać w Rosji Stalina, Ugandzie Amina i Kambodży Pol Pota razem wziętych niż nad Wisłą”. Wtórowały temu jakże liczne oszczercze ataki na obecnie rządzących ze strony takich speców od manipulacji jak Tomasz Lis czy Monika Olejnik. Setkami, tysiącami można by wyliczać przykłady oszczerczych uogólnień i pomówień przeciwko obecnie rządzącej prawicy, nie mogąc się nadziwić sile ich zatrutego jadu.
Stojący za antyrządowymi mediami politycy myślą głównie o jednym celu – zapobiec stworzeniu prawdziwie sprawiedliwej IV RP, w której raz na zawsze będą rozbite do cna sitwy zalewające kraj od 1989 roku, w którym skończą się „lewe” prywatyzacje i okradanie obywateli. A co najważniejsze, panicznie boją się takiej IV RP, w której wreszcie się ich rozliczy i nie tylko „puści w skarpetkach” jak buńczucznie, a gołosłownie zapowiadał L. Wałęsa, ale po prostu zapuszkuje do mamra na długie, długie lata. Aby temu zapobiec, gotowi są dosłownie zrobić wszystko przez zależne od nich media. Dyrygujący „czerwonymi” i „różowymi” mediami kilkakrotnie już próbowali swymi „kampaniami nienawiści” doprowadzić do upadku obecnego rządu koalicyjnego. Robiono to za pomocą zwielokrotnionego szumu medialnego, skrajnie deformującego znaczenie różnych spraw, z nadzieją, że staną się one katalizatorem działań prowadzących do załamania rządu. Jak błahe i groteskowe dziś wydają się wysuwane niecały rok temu zarzuty pod adresem Kaczyńskiego i PiS z powodu sławetnych taśm Renaty Beger. A przypomnijmy, że wielu wrogów IV RP już zacierało ręce, licząc na całkowite załamanie rządów PiS w związku z tą sprawą. A historia osławionej Anety K., która uparcie „szukała” kolejnego ojca dla swego dziecka z impetem oskarżając władze Samoobrony. Ileż spekulacji medialnych wylano z tej okazji, snując nadzieje, że historia pani o wielce wątpliwej „cnocie” doprowadzi do załamania całej koalicji. Dzisiaj mamy kolejną próbę medialnej akcji nienawiści przeciw rządowi koalicyjnemu z nadzieją na jego załamanie. Pretekstem mają być żądania płacowe jednej grupy zawodowej – pielęgniarek, którym media, od TVN po „Wyborczą” nadały nieproporcjonalne do znaczenia nagłośnienie, byle tylko za wszelką cenę zaszkodzić znienawidzonemu PiS i obalić wszelkie nadzieje na ukształtowanie IV RP.
Manipulowanie kryzysem służby zdrowia
Nieproporcjonalnie wielkie nagłośnienie sprawy roszczeń służby zdrowia to niestety w dużej mierze wynik fatalnych zaniechań rządu K. Marcinkiewicza, a przede wszystkim samego byłego premiera. Nie byłoby całego tego wielkiego szumu medialnego dziś, gdyby premier Marcinkiewicz zdobył się na przygotowanie prawdziwie głębokiego bilansu otwarcia, do którego bezskutecznie namawiałem go w czasie jego wystąpienia w Radiu Maryja. Chodziło o jak najszybsze gruntowne pokazanie, jak fatalną, żałosną wręcz schedę otrzymał rząd K. Marcinkiewicza po SLD-owskich rządach, pokazanie, jak potworne były zaniedbania w sferze zdrowia, nauki czy różnych dziedzin gospodarki. Gdyby to zrobiono, wtedy zawczasu nastąpiłaby prawdziwa kuracja wstrząsowa – pokazano by całą odpowiedzialność SLD za wepchnięcie nas w prawdziwe bagno w różnych dziedzinach. Zamiast tego tak potrzebnego działania premier – „cienias” wykpił się minibilansikiem bez żadnej wartości merytorycznej. A dzisiaj te karygodne zaniechania wykorzystuje SLD, zrzucając na PiS-owską władzę winę za wszystkie swoje katastrofalne błędy. I właśnie to partackie zaniechanie przeprowadzenia gruntownego bilansu otwarcia przynosi szczególnie fatalne skutki dla obecnej władzy w dziedzinie służby zdrowia. Prawdą jest, że zarówno pielęgniarki, jak i lekarze są wciąż fatalnie niedopłacani, podobnie jak liczne inne grupy sfery budżetowej. Gdyby zrobiono od razu na początków rządu uczciwy bilans otwarcia, jasno wyszłyby na jaw fakty o skandalicznych zaniedbaniach rządów SLD-owskich w tej dziedzinie.
Przypomnijmy, co pisał politolog Marek Migalski w „Fakcie” z 30 czerwca 2007 r., wykpiwając obecne obłudne peregrynacje liderów lewicy do pielęgniarek: „(…) żadna z protestujących nie zadała sobie pytania, czy to aby nie wcześniejsze rządy SLD, likwidacja kas chorych dokonana za jego panowania nie są dziś głównym powodem fatalnej sytuacji całej służby zdrowia”. Gdyby był gruntowny bilans otwarcia, szybko okazałoby się, że obecny rząd, nawet pomimo różnych chwiejnych posunięć w sferze zdrowia, i tak zrobił dla niej jak dotąd najwięcej.
To ten rząd wyszedł z pierwszymi liczącymi się podwyżkami (choć jak się zdaje, nie najlepiej rozdysponowanymi), to ten rząd próbuje od miesięcy opracować generalny program naprawy służby zdrowia. W aktualnej sytuacji gospodarczej kraju rząd nie ma jednak zbyt wielkich możliwości manewru. Jak powiedział premier Jarosław Kaczyński, lekarze i pielęgniarki „domagają się cudu (…). Chcą, byśmy zaległości z 50 czy 60 lat załatwili w rok”. Jarosław Kaczyński dodał, że te żądania idą w parze z „niezwykle daleko idącym poparciem ze strony mediów”. „Nie słyszałem o tym, by panowie Wejchert i Walter (właściciele stacji TVN – JRN) przejmowali się wcześniej losem pielęgniarek i innych grup społecznych, którym się działo gorzej, niż im” (cyt. za: „Dziennik” z 3 lipca 2007 r.). Coraz bardziej wychodzi na jaw duży stopień politycznego opozycyjnego zaangażowania głównych organizatorek protestu pielęgniarek. Znamienne pod tym względem były informacje publikowane w tekście Iwony Dudzik i Kamili Wronowskiej: „Protesty pielęgniarek z Socjaldemokracją w tle” („Dziennik” z 29 czerwca 2007 r.). Autorki ujawniły, że czołowa przywódczyni strajku, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych Dorota Gardias sama przyznała, że jest działaczką Socjaldemokracji Polskiej. W 2004 r. Gardias zaledwie paroma głosami przegrała rywalizację o stanowisko przewodniczącej Socjaldemokracji Polskiej na cały Słupsk. Właśnie tę osobę szczególnie mocno starano się nagłaśniać w atakujących rząd mediach typu TVN. Na przykład Monika Olejnik błyskawicznie przeprowadziła z D. Gardias, okupującą Kancelarię Prezesa Rady Ministrów, dwa wywiady – 20 czerwca wieczorem i 21 czerwca rano. Wśród okupujących kancelarię premiera znalazła się również związana z SLD Longina Kaczmarska, zastępczyni Gardias we wspomnianym Ogólnopolskim Związku Zawodowym Pielęgniarek i Położnych.
Warto zapoznać się również z ustaleniami Wiktora Ferfeckiego i Piotra Krysiaka, podanymi w tekście: „Lewica i pielęgniarki” („Wprost” z 1 lipca 2007 r.). Wynika z nich, że: „Liderki protestu służby zdrowia to aktywne działaczki opozycji”. Przykładowo główna organizatorka protestu namiotowego przed kancelarią premiera, która wręcz „nadzorowała blokadę ulicy” – Krystyna Ciemniak, wcześniej startowała w wyborach do Sejmu z list Partii Demokratycznej.
Mentalność wielu antyrządowych pielęgniarek, manifestujących przed kancelarią premiera, dobrze ilustrowała nagłośniona w TVN 24 wypowiedź jednej z najbardziej krzykliwych spośród nich: „Jest mi przykro, że muszę mieszkać w tym kraju”. Szkoda, że są osoby, które nie rozumieją tego, iż trzeba usilnie szukać porozumienia w „naszym kraju”, a nie w „tym kraju”.
Warcholenie „pajaca” S. Niesiołowskiego
Za szczególnie skandaliczne trzeba uznać zachowania niektórych osób z opozycji, które za wszelką cenę chciałyby wykorzystać przeciw rządowi trudną sytuację służby zdrowia, tak aby doprowadzić do powszechnego kryzysu. Wyróżnia się pod tym względem zawsze niezawodny w pieniactwie senator PO Stefan Niesiołowski, który już dawał gotowe instrukcje: „Pielęgniarki powinny zrobić strajk generalny, sparaliżować cały kraj” (według M. Gila: „Etatowy błazen?”, „Tygodnik Solidarność” z 29 czerwca 2007 r.). Gil pisze, że nawet żona jednego z liderów PO Jana Rokity – Nelly – nazwała Niesiołowskiego „pajacem”. Ten „pajac” niestety ucieka się również do najordynarniejszych kłamstw. Na przykład w tekście Radosława Grucy: „Opozycja bez pardonu wykorzystuje protest” („Dziennik” z 21 czerwca) ostro skrytykowano kłamstwo Niesiołowskiego o tym, że pielęgniarki były rzekomo bite przez policję. Jakże obłudna była zamanifestowana wśród pielęgniarek wizyta solidarności z ich postulatami ze strony p. Jolanty Kwaśniewskiej. Jej mężulek rządził na nieszczęście Polaków aż przez 10 lat, i dosłownie nie kiwnął palcem, aby pomóc w rozwiązaniu problemów pielęgniarek. A jak ocenić p. Gronkiewicz-Waltz, której dziwnie nie wystarcza czasu, aby dopilnować coraz bardziej ślamazarnych napraw w różnych częściach Warszawy, ale miała dość czasu, aby przybyć dla podjudzania przeciw rządowi pielęgniarek – w interesie PO.
Wyjątkowo oburzająca jest postawa dużej części bardzo wpływowych mediów na czele ze skrajnie antyrządową paszkwilancką TVN 24, które robiły i robią wszystko, by przyczynić się do rozszerzania strajku poprzez jego maksymalne i wielce jednostronne nagłośnienie. Jakże słusznie oceniła całą hipokryzję tych mediów znana socjolog z Polskiej Akademii Nauk Barbara Fedyszak-Radziejowska, stwierdzając: „Gdy rolnicy próbowali pikietować i okupować budynki rządowe – te same stacje telewizyjne, teraz sprzyjające pielęgniarkom, potępiły demonstrujących. I nie analizowały, czy i jak dalece ich żądania są uzasadnione” (cyt. za „Rzeczpospolitą” z 29 czerwca 2007 r.).
Szczególnie niepokojące stało się w ostatnich dniach zachowanie tych lekarzy, którzy strajkując sięgnęli po formy działań godzące w pacjentów (głodówki, wydawanie niepełnych recept). Słusznie pisał Michał Karnowski w „Dzienniku” z 2 lipca już w tytule artykułu: „Krzywdząc innych, sobie nie pomogą”. Karnowski zastanawiał się nad motywami postępowania inicjującego uderzające w pacjentów nowe formy protestu Krzysztofa Bukiela z Ogólnopolskiego Związku Lekarzy: „(…) coraz mniej rozumiem doktora Bukiela. Jest w nim tak duża twardość, tak mało – niechby i udawanej – troski o dotkniętych strajkiem pacjentów (…)”. W tymże numerze „Faktu” znany publicysta Maciej Rybiński pisał z nieukrywanym oburzeniem: „Gdyby nie chodziło o ludzkie życie, można by stwierdzić, że formy protestu lekarzy sięgnęły poziomu kabaretu. Że to już jest zabawa. Groteska. Teatr absurdu. Dorośli, poważni i wykształceni ludzie głodzą się po to, aby mieć pretekst do niewykonywania już nie tylko obowiązków zawodowych, ale i powołania. Powołania do ratowania ludzkiego życia. Trzeba ewakuować szpitale, w których personel z dumą słania się z głodu przed kamerami”.
Krytyki godzących w pacjentów zachowań lekarzy niewiele pomogły. Dwa dni później – w „Fakcie” z 4 lipca 2007 r. zacytowano cyniczną wypowiedź doktora Zdzisława Szramka z Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, który dawał do zrozumienia, że chorzy „muszą poczuć, że w służbie zdrowia trwa strajk”. Według „Faktu”, dr Szramik nie chce na razie powiedzieć, na czym ma polegać planowane przez lekarzy zaostrzenie strajku, ale „nie ukrywa, że konsekwencje tej decyzji będą bardzo bolesne. Tak dla rządu, jak i dla samych pacjentów szpitali”. Zapytajmy: czym zawinili pacjenci, jakże często ludzie starzy, ciężko chorzy i wyczerpani, których się będzie ewakuować z powodu egoizmu różnych dr Bukieli i dr Szramków?!
Lekarze mają wiele powodów do niezadowolenia i są to nie tylko sprawy wynagrodzeń. Moi rozmówcy lekarze wskazywali na przykład, jak ciężkim brzemieniem dla nich wszystkich jest ogromna biurokracja, papierkowa robota nieraz wypełniająca ponad połowę czasu poświęcanego przez nich pracy lekarskiej. Według powszechnej opinii, fatalnie działa Narodowy Fundusz Zdrowia, którego szefowie w dużej części wywodzą się spoza kręgów fachowych lekarzy. To wszystko trzeba naprawić, ale są to zaległości wielu lat, wymagające długotrwałych starannych działań, a nie doraźnych ruchów wymuszonych przez protesty. Jakże potrzebna byłaby ogólnonarodowa narada z udziałem przedstawicieli rządu, opozycji i czynników społecznych dla przedyskutowania możliwości wyciągnięcia służby zdrowia z zapaści (pomysł ten podsunął mi akurat jeden z częstochowskich lekarzy, świetnych specjalistów w swej dziedzinie). Trzeba postawić na takie rozwiązania, a nie na ciągłe jątrzenia na ulicy czy działania na szkodę pacjentów, jakie podjęła ostatnio grupa lekarzy, przekraczających w swym zacietrzewieniu granice dopuszczalnego protestu.
Dlaczego tak mało się pisze i mówi, że skrajnie bezpłodny protest przynosi milionowe straty, że „nawet 50 tys. zł dziennie traci każdy strajkujący szpital” (według „Życia Warszawy” z 4 lipca 2007 r.). We wspomnianym „Życiu Warszawy” można przeczytać wypowiedź dyrektora Szpitala Dzieciątka Jezus dr. Artura Tomaszewskiego: „W czasie strajku przyjmujemy w przychodniach około 40 procent pacjentów mniej niż zwykle”. Dobrze, że wreszcie 4 lipca 2007 r. zaapelował do strajkujących lekarzy rzecznik praw obywatelskich dr Janusz Kochanowski, aby nie podejmowali działań, które mogą zaszkodzić życiu i zdrowiu pacjentów. Czy zdobędą się na wysłuchanie tego apelu?
Polityczni manipulatorzy, dążący do rozszerzenia strajku, aby tylko obalić rządy PiS i jego koalicjantów, dobrze wiedzą, jak ciężkie mogą być skutki spirali wymuszeń płacowych dla polskiego budżetu. Na pierwszej stronie jednego z ostatnich numerów „Rzeczpospolitej” w czołowym tekście zatytułowanym: „Budżet tego nie wytrzyma” publicystka E. Glapiak przytacza alarmujące ostrzeżenia ekonomistów: „Gdyby zrealizowano wszystkie żądania pracowników i polityków, wydatki państwa wzrosłyby o ok. 48 mld zł rocznie. To zrujnowałoby finanse publiczne”. Wszystko to nie obchodzi jednak opozycji, działającej na zasadzie „im gorzej, tym lepiej”. Byle tylko obalić raz na zawsze ideę IV Rzeczypospolitej, która mogłaby złamać panujące tak długo patologiczne korupcyjne układy.
Druga część artykułu ukaże się
w najbliższy wtorek.
