Szymon zaprowadził ją do Nieba

Agnieszka Polinerska z Lipnicy Murowanej miała 14 lat, gdy zachorowała na raka. Wielu ludzi modliło się o jej uzdrowienie. – Błagaliśmy o cud za wstawiennictwem bł. Szymona, naszego patrona – wyznaje Anna Polinerska, mama dziewczyny. Dwa lata później Agnieszka odeszła do Pana. – Najpierw mówiłam: „Szymon, nic nie poradziłeś, nic nie pomogłeś”, dopiero kiedy największy żal minął, zrozumiałam, że święci nie są po to, by spełniać nasze zachcianki, ale by prowadzić nas do Boga. Nasza córka była już gotowa, więc Szymon wziął ją za rękę i wprowadził na Niebieskie Pokoje – ze łzami w oczach mówi Anna Polinerska.

Z pamiętnika Agnieszki: „Czerwiec „97 r.

Wreszcie dotrwałam do zakończenia roku szkolnego. Powinnam być szczęśliwa. Szkołę zaliczyłam z najlepszymi wynikami i świadectwem z czerwonym paskiem. Szkołę Muzyczną z piątkami, choć mogło być lepiej. Na egzaminie z fletu nie mogłam ustać w jednym miejscu. Ból nogi był dokuczliwy, mimo to udało się. Jak gram, zapominam o wszystkim (…). W nagrodę miałam grać na Koncercie kończącym rok szkolny. Niestety, ból nogi był coraz większy. Z niewielkim żalem zamiast na koncert, pojechałam do lekarza. Marzyłam o wakacjach i odpoczynku. Niestety, zachorowałam. Nikt nie przypuszczał, że będzie to tak ciężka choroba. Droga przez mękę rozpoczęła się od tułaczki od lekarza do lekarza, od szpitala do szpitala”.

– Agnieszka była bardzo zdolnym, a zarazem uduchowionym dzieckiem. Pięknie malowała, grała na flecie, brała udział w różnych zawodach sportowych. Kochała życie i czerpała je całymi garściami. I nagle przyszedł ten ból, nikt nie wiedział, co jej jest. W końcu diagnoza – rak, którego nie udaje się wyleczyć. To było dla nas bardzo trudne, ale nie poddawaliśmy się, zwłaszcza Agnieszka. Ona każdego dnia stawała do walki z chorobą – opowiada Anna Polinerska.

„W szpitalu przyzwyczaiłam się już do widoku łysych, opuchniętych dzieci, dzieci bez nóg czy rąk. Ten widok już mnie tak nie szokuje jak w pierwszym dniu. Dzisiaj dostałam kule, dzięki którym mogłam swobodnie się poruszać po oddziale. Mogłam wreszcie odwiedzić moich przyjaciół, którzy pocieszali mnie i pomagali, gdy bez ruchu leżałam po operacji (…). Zrozumiałam, że nie byłam sama w tym cierpieniu. Moja radość została stłumiona przez okropną wiadomość, przez którą zamknęłam się w sobie i straciłam nadzieję na lepsze jutro. Dowiedziałam się od pani doktor, iż mam guza na nodze (…). Nie jestem pewna, czy starczy mi sił, wiary i odwagi, aby przetrwać ten trudny okres… Jezu, ufam Tobie”.

– To był bardzo trudny czas. Choroba bardzo się posuwała, a córka ogromnie cierpiała. Jak mogliśmy jej pomóc? Byliśmy przy niej. Przytulałam ją do siebie i modliłyśmy się głośno: „Boże, choć Cię nie pojmuję, jednak nad wszystko miłuję”. Bez wiary w Boga trudno by było to wytrzymać. Miałam nawet taki moment, że zaczęłam wierzyć tylko w lekarzy. Szybko poczułam beznadzieję, pustkę i zwróciłam się ku Bogu. Z całego serca prosiłam Szymona z Lipnicy, by był z nami, by wstawiał się u Boga za Agnieszką. A córka? Dużo się modliła, na różańcu, litaniami, Koronką do Bożego Miłosierdzia. Kiedyś zapytała, czy to prawda, że cierpienie można za kogoś ofiarować. Ona swojego ogromnego cierpienia nie zmarnowała. Ona je ofiarowała – mówi mama Agnieszki.

„Mimo wszystko jestem szczęśliwa i potrafię się śmiać z mojej choroby. Ma ona wiele wad, ale jeszcze więcej zalet, które chyba tylko ja dostrzegam (…). Są nimi wolność od wszystkich codziennych zajęć, od nauki, od stresu. Dzięki tej chorobie zbliżyłam się do Boga i czuję, że to było w Jego planach i że tak właśnie miało się stać. Dziękuję Mu za to i mam nadzieję, że każdy kolejny dzień będzie lepszy i zachęcający coraz to bardziej do szczerej i pięknej modlitwy (…). Teraz potrzebuję tylko modlitwy (…). Dostałam nareszcie chemię i wierzę mocno, tak jak tylko potrafię, że zdarzy się cud i wygram tę wojnę dzięki Błogosławionemu Szymonowi i Urszuli”.

– Agnieszka bardzo cierpiała, ale w swoim cierpieniu się nie zamykała. Każdego dnia wychodziła do innych: dzieci i pacjentów i ich pocieszała. Wiedziała, że my boimy się jej śmierci, więc nigdy nie podjęła tego tematu. Ona tylko subtelnie nas na swoje odejście przygotowywała. Dwa dni przed śmiercią powiedziała do mnie: „Mamuś, śniła mi się piękna łąka. Pośród dwóch pagórków porośniętych polnymi kwiatami wił się strumień czystej, przezroczystej wody. Było tak cicho, spokojnie i pięknie. Siedziałam na wzgórzu pośród maków i chłonęłam to piękno całym swym ciałem. Czy to Raj? Chyba tak, bo było mi tak dobrze. Nic mnie nie bolało, nie chciałam się obudzić, chciałam tam pozostać. Już się nie boję, nie martwię się, mamo. Spotkamy się na zielonej łące”.

Wierzę, że Agnieszka na tej łące już jest. Ona każdego dnia przyjmowała Eucharystię, spowiadała się, przyjęła w szpitalu sakrament bierzmowania, a potem namaszczenie chorych. Ona była mocna – mocna Bogiem.

„Zaczęłam dzień pozytywnie. Po rozmowie z Bogiem i Błogosławionym Szymonem i Najświętszą Maryją Panną oraz po kilku drobnych łezkach z uśmiechem wstałam z łóżka (…). Wieczorem siostry kuły mnie 27 razy. Bardzo bolało. Z tego wszystkiego zaczęłam odmawiać nowennę do Błogosławionego Szymona. Szymonie z Lipnicy, przepraszam za chwile zwątpienia, wierzę, że mi wybaczysz i nadal będziesz wstawiać się za mną do Boga”.

– Szymon był z nami od samego początku do samego końca. Jest, był i będzie. Dziś wiele rzeczy rozumiem, choć na początku żal je zakrywał. Święci są po to, by nas zaprowadzili do Nieba. I ja mam nadzieję, że Szymon trwał przy Agnieszce w tych wszystkich trudnych chwilach, a kiedy zgasła, zaprowadził ją do Boga. Tak mu przecież ufała. A my? A my też dzięki tym wszystkim doświadczeniom dużo zyskaliśmy. Dziś wiem, że taka była wola Boga, że nie mogę się jej sprzeciwiać. Agnieszka była już gotowa na spotkanie z Panem, my jeszcze mamy tu coś do zrobienia, a bł. Szymon każdego dnia dodaje nam sił, otuchy. Do niego biegniemy w każdej potrzebie – wyznaje kobieta.

„Jest ciężko. Ostatkiem sił piszę te wspomnienia (…). Dostałam wcześniej zastrzyk, gdyż ból w nocy bardzo się nasilił (…). Martwi mnie to, że morfina zamiast działać na bolące nogi, zaczęła paraliżować całą szczękę, a nawet oko i lewy policzek. Czasem mam chwilę załamania, ale wtedy patrzę na krzyż i proszę o siłę i wiarę (…). Czternaście razy brałam chemię. To tyle, ile jest stacji Drogi Krzyżowej. To moja Golgota. To jest moje umieranie z Chrystusem. Teraz wiem, że moje życie zapisane było w Twoich planach”.

– W ostatnim etapie swojego życia Agnieszka bardzo cierpiała. Miała przerzuty na całym ciele. Kiedyś ktoś mi powiedział: „Nie wierz w cuda, wierz w Boga, bo jak będziesz wierzyć w cuda, to stracisz wiarę”. Te słowa bardzo mi pomogły. Agnieszka krótko przed swoją śmiercią wyspowiadała się u naszego śp. proboszcza, który był wówczas chory na białaczkę. Kiedy kapłan wyszedł od Agnieszki, córka powiedziała: „Mamo, czuję się tak radośnie i lekko”. A proboszcz, kiedy go odprowadzałam, wyznał mi: „Ona otworzyła mi oczy na wiele spraw, ona nauczyła mnie cierpieć”. Nazajutrz po spotkaniu z Agnieszką odszedł do Pana. Niedługo potem zmarła córka. Dziś, choć minęło kilka lat, wciąż czuję ból po jej stracie. Wierzę jednak Bogu, że tak jest dobrze, że Agnieszka przy Niebieskim Ojcu jest szczęśliwa, jak w swoim śnie na łące. Dziękuję też bł. Szymonowi za opiekę nad córką i całą naszą rodziną. 3 czerwca wraz z lipniczanami będę na placu w Watykanie, by dziękować za jego kanonizację – ze łzami w oczach mówi Anna Polinerska.

MAP

drukuj