Matki, które rodziły pod strażą
Komuniści, podobnie jak wcześniej hitlerowcy, zwalczając dążenia niepodległościowe Polaków, nie stosowali żadnej taryfy ulgowej wobec kobiet. Zdaniem pani Zofii Leszczyńskiej, znanego historyka podziemia niepodległościowego na Lubelszczyźnie, Kustosza Pamięci Narodowej, wiek represjonowanych przez bezpiekę kobiet sięga od kilkunastu do ponad 70 lat. Więzione reprezentowały różne zawody, były wśród nich nauczycielki, lekarki, pielęgniarki, gospodynie domowe, uczennice i studentki. – Warto pamiętać, że w śledztwie przetrzymywano też i poddawano brutalnym przesłuchaniom kobiety w stanie błogosławionym, które w połogu pilnowane były przez strażników UB – wskazuje pani Leszczyńska.
Antonina Olczak z domu Jaroszyńska, wnuczka sybiraków Piotra i Heleny Jaroszyńskich:
– Pochodzę z rodziny wojskowej. Moi rodzice to Roman i Helena Jaroszyńska z domu Augustowska. Ja urodziłam się na zamku lubelskim 13 czerwca 1946 roku – przedstawia się pani Roma. Choć na chrzcie otrzymała imię Antonina, rodzina i znajomi zwracają się do niej Roma, na cześć ojca.
Rodzinny dramat
Roman Jaroszyński ps. „Roman”, zawodowy podoficer Korpusu Ochrony Pogranicza, w czasie okupacji hitlerowskiej członek SZP-ZWZ-AK, a od wiosny 1945 r. Narodowych Sił Zbrojnych, podzielił los dziesiątków tysięcy żołnierzy „wyklętych”. Aresztowany przez nowego sowieckiego okupanta we wrześniu 1944 r., ucieka z więzienia na lubelskim zamku i rozpoczyna działalność konspiracyjną w ramach NSZ jako dowódca oddziału leśnego. Aresztowany ponownie wraz z żoną Heleną będącą w stanie błogosławionym. Zostaje skazany na karę śmierci w pokazowym i tendencyjnym procesie tzw. „wierzchowińskim”, dotyczącym rzekomego dokonania przez oddziały NSZ zabójstwa 196 mieszkańców ukraińskiej wsi Wierzchowiny. Wyrok wykonano 24 maja 1946 roku. W 1997 r., po trwającym 10 lat procesie rehabilitacyjnym Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie unieważnił ten wyrok, wskazując m.in. na „wątpliwości zarówno co do faktycznego sprawcy tego mordu, jak i liczby ofiar”. Szczegółowa analiza 37 tomów akt sprawy, a także wieloletnia kwerenda w archiwach oraz wykazach współpracowników UB pozwoliły pani Zofii Leszczyńskiej zakwestionować rozpowszechnione pogłoski o rzekomej współpracy Romana Jaroszyńskiego ze służbami bezpieczeństwa, o co on sam oskarżał się w czasie procesu, chcąc ratować życie. „Lekkomyślnie wydany osąd stał się wielką krzywdą dla straconego oraz jego rodziny” – stwierdziła Zofia Leszczyńska w książce „Ginę za to, co najgłębiej człowiek ukochać może. Członkowie organizacji niepodległościowych na Lubelszczyźnie skazani na karę śmierci”.
Poród w asyście milicjanta
Aresztowanie Romana i Heleny Jaroszyńskich nastąpiło 28 września 1945 roku. Na drugi dzień ich mieszkanie zostało zajęte, a majątek uległ konfiskacie. Bezpiekę zupełnie nie interesowało, co stanie się z dziećmi – 6-letnim Zbyszkiem i 5-letnim Januszem.
– Z tego, co wiem, zamieszkał w naszym domu jakiś oficer UB – mówi Zbigniew Jaroszyński, najstarszy z trojga dzieci Heleny i Romana.
Gdy rodzice siedzieli w więzieniu, ich synów przygarnęła rodzina.
– Z dzieciństwa najbardziej pamiętam stalową bramę więzienia na zamku i długą kolejkę ludzi stojących z paczkami dla bliskich. Chodziliśmy tam z bratem, a ludzie, gdy dowiadywali się, że więzieniu jest i nasza mama, i tata, to przepuszczali nas bez kolejki – opowiada pan Zbigniew.
Choć Helena Jaroszyńska była w stanie błogosławionym, nie przeszkadzało to komunistycznym oprawcom najpierw w areszcie WUBP na ul. Krótkiej, a następnie na zamku poddawać ją brutalnym, wielogodzinnym przesłuchaniom i kilkudniowym głodówkom.
– Przez trzy miesiące śledztwa na ul. Krótkiej mama ani razu nie wyszła na świeże powietrze. Przesłuchiwano ją dzień i noc. Potem przerzucono na zamek lubelski. Tam też prowadzono śledztwo. Nigdy nie chciała wracać pamięcią do tych lat, gdyż wiele ją to kosztowało, ale mówiła nam, że to były wprost nieludzkie warunki – mówi pani Antonina Olczak-Jaroszyńska.
Mimo stresu potęgowanego lękiem o los męża i dzieci, głodowych racji żywnościowych, fatalnych warunków higienicznych, rojów insektów Helena Jaroszyńska dotrwała do porodu. Córkę Antoninę urodziła w szpitalu na ul. Staszica pod milicyjną strażą. Ze względu na wycieńczenie organizmu lekarzom udało się przetrzymać ją w szpitalu – pod nieustanną strażą – przez trzy tygodnie. Po tym czasie powróciła z noworodkiem do więzienia na zamku.
W celi oprócz pani Heleny z trzytygodniową Antosią były przetrzymywane dwie inne młode matki z dziećmi – Józefa Dębczak i Regina Wiśniewska, sanitariuszka 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty, aresztowana z malutkim dzieckiem. Cela była bardzo mała, pełna insektów. Dzieci spały na wilgotnym barłogu, matki na posadzce.
– Mama mówiła, że jak w nocy kobiety chciały zmienić bok, na którym spały, musiały to robić na komendę wszystkie naraz, tak było ciasno – opowiada Zbigniew Jaroszyński.
– Zdarzało się, że mama nie jadła dwa, a nawet trzy dni, dlatego nie miała wystarczająco dużo pokarmu. Sytuacja w wiezieniu była dla nas tragiczna. Mama zachorowała na gruźlicę. Mnie dokarmiały inne więźniarki, którym prawdopodobnie zawdzięczam życie – twierdzi pani Roma.
Rodzina „bandyty”
Helena Jaroszyńska przebywała w więzieniu od września 1945 r. do stycznia 1947 roku. Samo śledztwo trwało ponad rok. Przez cały ten straszny czas towarzyszyło jej dziecko, które urodziło się miesiąc po śmierci swojego ojca. Pięciomiesięczna Antosia siedziała nawet z mamą na ławie oskarżonych w czasie procesu. 23 listopada 1946 r. Wojskowy Sąd Okręgowy w Lublinie pod przewodnictwem sędziego kpt. Witolda Smoczyka wymierzył młodej mamie i – jak się dowiedziała na sali rozpraw – wdowie, karę trzech lat więzienia za to, że nie zdradziła władzom swojego męża. Na próżno jej adwokat argumentował, że takie prawo „koliduje z pojęciem etyki naszego społeczeństwa” i trudno żądać od żony, aby donosiła na męża.
Z więzienia została zwolniona warunkowo wraz z córeczką w styczniu 1947 r. na mocy tzw. amnestii. Ważyła zaledwie 36 kg. Chorej na gruźlicę kobiecie lekarze nie dawali wielkich szans na przeżycie. Stan beznadziejności potęgował jeszcze brak pieniędzy na życie i na leczenie. Nie umarła dzięki chęci życia oraz determinacji i uporowi jednego z lubelskich lekarzy.
Pozbawioną męża i ojca, majątku i źródeł utrzymania matkę z trójką dzieci przygarnęła rodzina.
– Nie było warunków, abyśmy razem zamieszkali – mówi pani Roma. – Starszy brat był u rodziny w Poznaniu, ja z mamą, która długo się leczyła i nie mogła pracować, przebywaliśmy na wsi u rodziców mamy, a młodszy z braci mieszkał u babci Jaroszyńskiej.
Po zwolnieniu z więzienia komunistyczne władze nie zapomniały o rodzinie „bandyty” Jaroszyńskiego. Represje dotknęły m.in. rodziców Heleny Jaroszyńskiej. Ich 10-hektarowe gospodarstwo w Radawcu k. Lublina zostało obłożone podwójnym tzw. kontyngentem.
– Dziadek przyznał się później, że kilkakrotnie bliski był popełnienia samobójstwa z rozpaczy wobec tak nieludzkich, wprost niemożliwych do spłacenia podatków – wspomina Zbigniew Jaroszyński.
Inną wyrafinowaną represją komunistycznych władz i ich tajnych służb było wieloletnie zwlekanie z potwierdzeniem zgonu Romana Jaroszyńskiego i sadystyczne podsycanie w jego żonie nadziei, że jej mąż żyje gdzieś zesłany na Syberię. Gdy po latach, w wyniku intensywnych zabiegów związanych z zawarciem nowego małżeństwa, pani Helena uzyskała akt zgonu męża, ta wątpliwość pozostała w niej nadal.
– Widząc ten niepokój i chcąc uspokoić mamę, nasz ojczym, wspaniały człowiek, który przygarnął nas i wychował jak swoje dzieci, kiedyś powiedział, że gdyby Roman wrócił, to on ustąpi – wspomina Zbigniew Jaroszyński.
Bezpieka inwigilowała rodzinę Romana Jaroszyńskiego do końca istnienia PRL. Jego dzieciom przypominano, kim był ojciec, nieomal na wszystkich etapach życia. Wiele gróźb i upokorzeń znieśli też w czasie trwających przez 10 lat starań o procesową rehabilitację swojego ojca.
Po raz pierwszy ktoś je docenił
Pani Zofia Leszczyńska, były żołnierz AK, prezes Związku Żołnierzy Armii Krajowej, jest autorką wielu znakomicie udokumentowanych książek poświęconych represjom wobec członków podziemia niepodległościowego w pierwszej dekadzie PRL. Jedna z tych prac pt. „Kobiety Lubelszczyzny represjonowane w latach 1944-1956” opracowana wspólnie z Janiną Kiełboń, poświęcona jest martyrologii kobiet.
Z badań pani Leszczyńskiej wynika, że tragiczne losy Heleny i Romana Jaroszyńskich, ich dzieci Antoniny, Zbigniewa i Janusza nie należały w tamtych czasach do wyjątków. Kobiety często szły za kraty właśnie dlatego, że były żonami, matkami czy rodzeństwem członków organizacji niepodległościowych. Żadne ludzkie względy nie były tu brane pod uwagę. Bezpieka potrafiła aresztować matkę za to, że – tak jak Zofia Pakuła – poczęstowała chlebem i mlekiem poszukiwanego przez UB syna. Skazano ją na 5 lat więzienia, które odsiedziała w całości.
Za podobne „przestępstwo” jak Helena Jaroszyńska poszła do więzienia Irena Jurkowska-Kozińska. Skazano ją na 10 lat więzienia, ponieważ „mając wiarygodne wiadomości, że brat jej Łukasik Stanisław i mąż jej Jurkowski Aleksander biorą czynny udział w związku AK i napadach rabunkowych, zaniechała w porę donieść o tym władzy, przez co dopuściła się przestępstwa z artykułu 11 Dekretu”. Jej męża skazano na śmierć i rozstrzelano na zamku.
Gdy u przesłuchiwanej w siedzibie NKWD Janiny Engelking-Tomczak lekarz stwierdził skrajne wyczerpanie i zaawansowaną ciążę, otrzymała arkusz papieru, aby nie leżała bezpośrednio na cemencie.
Więzioną na zamku lubelskim Irenę Antoszewską-Rembarzową, choć widać było, że jest w stanie błogosławionym, prowadzący śledztwo Sowiet bił po głowie do nieprzytomności. W trakcie procesu Irena Antoszewska została uniewinniona. Później aresztowano ją jeszcze dwukrotnie, za każdym razem poddając brutalnemu śledztwu.
Stefania Zarzycka została aresztowana w kwietniu 1949 r. wraz mężem Władysławem za ukrywanie partyzantów WiN: „Uskoka”, „Żelaznego” i „Wiktora”, którzy okrążeni w ich domu przedarli się przez kordony bezpieki. Była w zaawansowanej ciąży. Maltretowana i torturowana w śledztwie urodziła córkę Magdalenę, a sama zmarła w maju 1949 roku. Ojciec odebrał córkę z sierocińca dopiero w 1956 r., kiedy sam wyszedł na warunkowe zwolnienie. Choć w domu zostały starsze dzieci, majątek Zarzyckich skonfiskowano i rozgrabiono.
Nie lepiej komunistyczna władza obeszła się z państwem Marią i Bogumiłem Korniakami. Obydwoje zostali skazani na karę śmierci. Na mężu wyrok został wykonany, żonie z powodu zaawansowanej ciąży zamieniony na dożywocie. W więzieniu na zamku urodziła córeczkę Bogumiłę, którą pozwolono zabrać rodzicom męża. Odsiedziała w więzieniu 8 lat. Córka wspomina, że po raz pierwszy zobaczyła matkę w 1955 roku.
Pani Helena Jaroszyńska ze względu na stan zdrowia nie będzie mogła przybyć na spotkanie z prezydentem Lechem Kaczyńskim, który w najbliższy poniedziałek zaprosił do Pałacu Prezydenckiego matki represjonowane przez komunistyczne władze w Polsce.
– Mama bardzo ucieszyła się i wzruszyła tym zaproszeniem, kazała je sobie trzy razy przeczytać, powiedziała, że po raz pierwszy nareszcie ktoś docenił poświęcenie i ofiary takich kobiet, jak ona – zapewnia pani Roma, która wraz z bratem Zdzisławem będzie na spotkaniu u prezydenta. – Wydaje mi się, że ona całe życie czekała na taki gest.
