Świadectwo matki

Powiedzieć życiu TAK

Z zawodu jestem pielęgniarką. Straciłam kilkoro dzieci i męża. Moje życie zostało całkowite zniszczone i gdyby nie wiara w miłosierdzie Boże, dziś pewnie bym już nie żyła. Ale od początku…

Miałam dwadzieścia lat, gdy poznałam swojego przyszłego męża. Szybko zaczęliśmy żyć ze sobą jak mąż z żoną, potem pobraliśmy się. Nasza wiara w Boga wówczas była zerowa, żyliśmy tak, jakby Go nie było. Mój mąż – lekarz – nie chciał mieć dzieci, nie widział dla nich miejsca w naszym eleganckim, bogatym domu. Mnie jednak chciał bez ograniczeń, więc kilka razy nosiłam w swoim łonie dziecko. Znając poglądy mojego męża na posiadanie dzieci, za każdym razem szybko „załatwiałam problem”. Właściwie nawet nie informowałam męża o tym, że byłam w ciąży, a już nie jestem… Nie widziałam w tym żadnego problemu.


Pewnego dnia spotkałam się ze swoją przyjaciółką Marią, która opowiedziała mi, że jest chora na gruźlicę i spodziewa się dziecka. Z wielkim smutkiem mówiła, że lekarze zlecili jej aborcję. Słuchałam Marii z zapartym tchem, kiedy opowiadała, że kocha swoje dziecko i jest gotowa za nie oddać życie. Wtedy tego nie rozumiałam. Ale spotkanie z nią dało mi jednak wiele do myślenia. Przez kilka miesięcy starałam się być blisko przyjaciółki, wspomagać ją. W tym czasie po raz pierwszy chyba od wielu lat zobaczyłam prawdziwą miłość i coś zaczęło się we mnie budzić.

Kiedy Maria pojechała do szpitala i urodziła córeczkę, byłam bardzo szczęśliwa. Wtedy zatęskniłam za dzieckiem… Po raz pierwszy pomyślałam, że chcę być mamą, że byłam mamą… złą mamą, mamą mordercą… O, jak było mi źle…

Wtedy postanowiłam, że będę mamą. Nie musiałam długo czekać, kiedy moje dziecko zamieszkało pod moim sercem. Powiedziałam mężowi dopiero w trzecim miesiącu, a on zrobił okropną awanturę. Nie chciał słyszeć o naszym maleństwie. Na drugi dzień bez słowa wyszedł do pracy, a po kilku godzinach zadzwonił, bym przyjechała do szpitala, gdyż umówił mnie na „zabieg”…

Odmówiłam, więc mąż wrócił do domu po pracy tylko po to, by spakować swoje walizki. Wyszedł bez słowa i już nie wrócił.

Dla mnie był to bardzo trudny czas, zwłaszcza gdy okazało się, że ciąża jest zagrożona. Musiałam pójść do szpitala, a tam znajomi lekarze kilkakrotnie pytali mnie, czy nie chcę pozbyć się „problemu”.

Któregoś dnia okazało się, że moje dziecko jest chore… Lekarze chcieli je zabić, a ja – matka, która zabiła wcześniej kilkoro dzieci – teraz jak lwica go broniłam.

Przyszedł dzień porodu. Nie od razu zobaczyłam swojego Piotrusia. Lekarze długo walczyli o jego życie. Ta walka trwała kilka lat. Mój synek był dzieckiem niepełnosprawnym, ale najcudowniejszym na świecie. Żył pięć lat – najpiękniejsze pięć lat mojego życia.

Odszedł do Pana, a ja wierzę, że prosi Boga o wybaczenie mi moich grzechów. Wierzę, że najlepszy Ojciec przebaczy mi grzech dzieciobójstwa, choć muszę powiedzieć, że sama sobie nie mogę tego wybaczyć. Trudno mi także wybaczyć lekarzom, że bez skrupułów zabijali moje dzieci, a prawodawcom, że ustanowili prawo, które na to pozwalało.

Chcę z całą mocą powiedzieć, że po ostatnim głosowaniu Sejmu, kiedy nie została ustanowiona większa ochrona życia, zawyłam z bólu i krzyczałam „krew ich na was…”. Dziś błagam naszych polityków, którzy znowu obiecują zająć się sprawą dzieci nienarodzonych, aby nie mówili, tylko w końcu dopisali te zwykłe, proste słowa: „od poczęcia do naturalnej śmierci”.

Helena z Podkarpacia

Wysłuchała i spisała Małgorzata Pabis
drukuj