Spór o kolaboranta Brzechwę
prof. Jerzy Robert Nowak
Jan Brzechwa – świetny bajkopisarz dla dzieci – miał w swym życiorysie haniebne 10 lat pierwszego okresu powojennego, kiedy „najdziksze wyprawiał swawole” w ohydnym stalinowskim duchu.
15 stycznia 2007 r. po widocznym kilkuletnim „zapisie” na moje nazwisko w telewizji publicznej, w końcu zostałem do niej dopuszczony na fali ciągle nieśmiałej „odnowy”. Nastąpiło to w ramach bardzo ciekawego nowego programu „Errata do biografii”, przygotowywanego przez nonkonformistycznego twórcę telewizyjnego Grzegorza Brauna. Wystąpiłem w odbrązowiającym programie nt. Jana Brzechwy. Przypomniałem, że ten świetny bajkopisarz dla dzieci miał w swym życiorysie haniebne 10 lat pierwszego okresu powojennego, kiedy „najdziksze wyprawiał swawole” w ohydnym stalinowskim duchu. W programie obok mnie wystąpiły jeszcze trzy osoby, które co sił wybraniały Brzechwę, zakłamując, minimalizując lub wręcz negując fakty dowodzące umoczenia się Brzechwy po uszy w stalinowskiej mazi. Te trzy osoby stanowiły następujące grono: córka Brzechwy, jego biografka i krytyk literacki Ryszard Matuszewski, niegdyś jeden z najgorliwszych stalinizatorów literatury. Byłem sam przeciw trojgu wybielaczy Brzechwy. Na moją stronę jednak bardzo mocno działały jednoznaczne, wielce smakowite cytaty ze stalinowskich wierszydeł J. Brzechwy, które twórca programu pozwolił mi zacytować.
Efekt „pojedynku” okazał się dość niekorzystny dla wizerunku Brzechwy z owych lat. I tego nie mogła mi darować cała grupa rozjuszonych „czerwonych” i „różowych” wybielaczy PRL. W ciągu paru miesięcy doszło do rozlicznych hucpiarskich wystąpień w obronie wizerunku Brzechwy, przy zastosowaniu na ogół tych samych kłamliwych chwytów. Przede wszystkim powtarzano twierdzenie, że oto niezwykle krzywdząco „lustruje się” Brzechwę, który w przerwie między setkami wspaniałych bajek „popełnił” wszystkiego kilka niedobrych socrealistycznych wierszy. Utworów, które mu teraz małostkowy „lustrator” Nowak wypomina. Przypomnijmy więc „czerwonym” i „różowym” kłamczuchom, że nie chodzi o kilka, lecz o paręset wierszy i satyr, zebranych w aż 8 kolaboranckich tomach. Złożyła się na nie stalinowska „radosna” twórczość Brzechwy z następujących publikacji:
1. „Szopka polityczna 1945/46” Janusza Minkiewicza i Jana Brzechwy, Warszawa 1945;
2. J. Brzechwa, „Palcem w bucie. Wiersze satyryczne”, Warszawa 1947;
3. J. Brzechwa, „Strofy o planie 6-letnim”, Warszawa 1951;
4. J. Brzechwa, J. Minkiewicz, „Pokój zwycięży. Wiersze i satyry”;
5. J. Brzechwa, „Cięte bańki”, Warszawa 1952;
6. J. Brzechwa, „Gawęda o dawnych latach, różnych kandydatach, o pałach i mandatach, o rzekach i mostach, o cudach i starostach”, Warszawa 1952;
7. J. Brzechwa, A. Marianowicz, J. Minkiewicz, „Upominki noworoczne. Szopka satyryczna 1953”, Warszawa 1953;
8. J. Brzechwa, „Wiersze wybrane”, Warszawa 1955.
Dodać do tego należy jeszcze dwie książeczki-agitki z udziałem Brzechwy. Pierwszą z nich jest wydany w 1952 roku zbiór satyr pod redakcją
J. Brzechwy i A. Minkiewicza: „Na obie łopatki”, w którym roi się od „utworów” demaskujących „wrogów ludu” i „imperialistów” typu „Na przybycie Ridgwaya do Europy” J. Minkiewicza, „Ami go home!” S. Szydłowskiego, „Głos ciemiężonych” Leona Pasternaka, etc. Druga – to demaskująca amerykańską stonkę ziemniaczaną książeczka Brzechwy „Stonka i bronka”. W tomiku Brzechwy zamieszczono ilustrację J.M. Szancera o tym, jak to źli Amerykanie zrzucają samolotami i balonem stonkę, i dodano na końcu odpowiedni komentarz do wierszy Brzechwy o tym, że stonkę w 1950 r. zrzuciły samoloty amerykańskie na terytorium NRD i Czech.
Jak kolaborował Brzechwa?
Niegodziwa seria wystąpień wybielaczy stalinowskich służalstw J. Brzechwy wymaga dokładnego sprostowania w oparciu o jakże uparte fakty.
Przypomnijmy tu kolejne etapy stalinowskiej kolaboracji Jana Brzechwy. Jest rok 1945. Polska ulega brutalnej sowietyzacji. Dziesiątki tysięcy najlepszych polskich patriotów, żołnierzy Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich i Narodowych Sił Zbrojnych są wywożone na Syberię, nieludzko katowane w więzieniach. Prześladuje się, spycha na margines życia publicznego patriotyczne kręgi inteligencji i tak okrutnie już zdziesiątkowanej w czasie wojny.
Najwybitniejsza pisarka tamtych czasów Maria Dąbrowska odnotowała w swym dzienniku pod datą 27 lutego 1945 r.: „To, co teraz zrobiono z Polską, przechodzi wszystko, co znane jest w dziejach jako cynizm i narzucenie narodowi obcej woli przemocą. I pomyśleć, że ten nieszczęsny naród po pięciu latach tak straszliwych ofiar, takiej niezłomnej walki i pracy podziemnej przeciw Niemcom nie ma nawet tej satysfakcji, żeby historię tej cudownej walki, pracy, ofiar ujawnić i laurem uwiecznić. Bo tę naszą krew i walkę opluto, zbezczeszczono, przekreślono”. Na próżno protestują przeciw kolejnemu zniewoleniu Polski władze na emigracji, na próżno protestuje zdradzony przez aliantów w Jałcie prezydent Rządu RP na Obczyźnie Władysław Raczkiewicz. I w takim to czasie pojawia się jako jeden z produktów nowej „czerwonej Targowicy” „Szopka polityczna 1945/1946”, wspólne „dzieło” dwóch gorliwych kolaborantów Jana Brzechwy i Janusza Minkiewicza. Wśród tekstów tam zamieszczonych znajdujemy m.in. prezentowany niżej wiersz satyryczny „Raczkiewicz”, cyniczny paszkwil na prezydenta RP protestującego przeciw sowietyzacji Polski.
„Raczkiewicz”
(wchodzi i śpiewa na melodię: „Kaczki za wodą”)
Gdy rodacy moi
Wracać chcą z tułaczki,
By ich straszyć, puszczam
Dziennikarskie kaczki… (…)
Plotki zawodzą, kaczki zawodzą,
Nie chcą iść rodacy pod moją wodzą,
Mają dość mych blag, a ja nieborak –
Nieboraczkiewicz, ach tak…
Od rana wieść straszną
Wypuszczam na miasto
„Polska republiką
Będzie siedemnastą!” (…)
Plotki zawodzą, kaczki zawodzą,
Coraz mniej rodaków pod moją wodzą!
Chcę postępu lecz – wciąż się cofam wstecz,
No bo to u Raczka jest normalna rzecz!
(wychodzi)
Kolejny etap rozkwitu stalinowskiej twórczości Brzechwy przynosi rok 1947.
Jest to rok sfałszowanych wyborów, pełnego zaciśnięcia stalinowskiej obroży na Polsce. Już w 1946 r. liczba więźniów politycznych w Polsce sięgała 110 tysięcy osób. Po sfałszowaniu wyborów nasiliła się czystka administracji ze środowisk niekomunistycznych; władzę w oświacie, kulturze i nauce zdominowali czerwoni „inżynierowie dusz”. Brzechwa właśnie wtedy wydaje jeden z najpaskudniejszych płodów swej kolaboranckiej twórczości: tom wierszy satyrycznych „Palcem w bucie”. W czasie, gdy straszliwym terrorem, z pomocą sowieckich oprawców rozbijano resztki państwa podziemnego, publikuje jeden z najpodlejszych swych utworków „Ballada o dwóch facetach”. W wierszu szkalował niepodległościowe podziemie, nadając mu znamię bandytyzmu.
„Ballada o dwóch facetach”
(…) Byli sobie dwaj faceci
Zbudowani jak atleci.
(…) Gdy przyjechał sędzia z W arki,
Pokrajali go w talarki.
W mieście bojąc się odwetu,
Na noc szli do N. S. Ze-tu,
I szerzyli terror w lesie,
Jak to pisze się w „Ekspresie”.
Raz pragnęli w mgle poranku
Rozpruć kasę w pewnym banku,
Ale szedł milicjant pieszy
I wygarnął w nich z pepeszy.
Pochowano go dyskretnie,
A za trumną szły nieletnie.
Byli sobie dwaj faceci,
Dwóch facetów zabił trzeci.
Nad ich grobem słonko świeci.
Propagandową wizję owego czasu dobrze odzwierciedla również inny wiersz tego tomu „Tak wiele się zmieniło”. Brzechwa ukazuje z jednej strony odbudowującą się Warszawę i dzielny ludowy rząd, który tępi spekulację, a z drugiej strony, zajadłego „wroga ludu” Hemara, który dalej z Londynu opluwa tak oddanego Narodowi Brzechwę.
„Tak wiele się zmieniło”
Przyjeżdżam do Warszawy
Załatwić różne sprawy,
I wyznam całkiem szczerze
Wprost oczom swym nie wierzę:
Już gruzy się uprząta
Z każdego niemal kąta,
I jak fiołki wiosną
Wciąż nowe domy rosną,
I jeżdżą już tramwaje,
I most na Wiśle staje.
Tak wiele się zmieniło,
Że wprost popatrzeć miło.
(…) I jest w ogóle lepiej,
Dzień każdy serce krzepi.
Monopol Tytoniowy
Wprowadził cennik nowy,
Zapałki? Obiecanka
Cacanka. Była wzmianka,
Że tramwaj już stanieje,
I poczta, i koleje.
Rząd tępi spekulację,
To dobrze. Rząd ma rację
Pół darmo. Jednym słowem
Tak wiele się zmieniło,
Że wprost popatrzeć miło.
Toż samo – zagranica.
Świat Polską się zachwyca (…)
Nas obca prasa chwali,
Że owszem – i tak dalej,
I tylko Hemar wieszczy
Z Londynu na mnie wrzeszczy,
Żem marna jest osóbka,
A on – to ksiądz Skorupka.
Tak wiele się zmieniło.
Że wprost popatrzeć miło (…)
Kolejny swój wiersz „Kciuk” Brzechwa poświęca „wstrętnym” panikarzom, którzy puszczają „zmyślone” pogłoski o ludziach więzionych za udział w AK (a to tylko malwersanci), szerzą panikarskie wieści o przyłączeniu Polski do Sowietów jako 17 republiki, podważają wiarygodność twierdzeń rządu. Brzechwa gorliwie spełnia zamówienia na satyrę prorządową, która ma napiętnować jak rozżarzonym żelazem wszystkich, którzy „psioczą” na „wspaniały ustrój” importowany przemocą z Rosji.
„Kciuk”
Kciuk – nazwisko. Tego Kciuka
Gdzieś poznałem przypadkowo,
Ciągle dziury w całym szuka,
Niepoprawny, daję słowo.
Komentuje i tłumaczy
Każde słowo, każdy gest:
„To coś znaczy,
W tym coś jest!”
(…) Facet dostał się za kratę,
Bo przywłaszczył pół miliona,
A Kciuk szepcze: „Znam się na tem,
Zresztą sam się pan przekona.
Gość z A.K. był, nie inaczej…”
I dwuznaczny robi gest:
„To coś znaczy,
W tym coś jest!”
(…) Rząd był w Moskwie.
No, i bieda,
Bo już Kciuk we wszystko wnika:
– „Rząd po prostu Polskę sprzedał…
Siedemnasta republika…
Pan nie wierzy? Pan zobaczy,
Co kosztuje taki gest”
„To coś znaczy,
W tym coś jest!”
Nie zabrakło w tomie z 1947 r. i paszkwilu na tych, co nie chcą wracać z emigracji – wiersza „Wracać czy też nie wracać?”. Przypomnijmy, że powstał on rok po pozbawieniu przez władze reżimowe polskiego obywatelstwa kilkudziesięciu największych polskich oficerów walczących na zachodnich frontach II wojny światowej z generałem Stanisławem Maczkiem na czele. Wiersz powstał w czasie, gdy zaczęły się już pierwsze aresztowania zasłużonych żołnierzy i lotników, którzy niebacznie zawierzyli władzom i powrócili z Zachodu do Polski. Część z nich padnie później ofiarami sfabrykowanych procesów.
„Wracać czy też nie wracać?”
Każdy, ponoć, ojczyznę po swojemu kocha:
Jeden kocha jak matka, drugi jak
macocha,
Jeden orze, jak może, drugi tylko
gada,
Ten, co gada, powiada, że orać
– to zdrada,
Jeden żyje dla kraju, drugi dla
Andersa,
Jeden chce, lecz nie może, drugi vice versa,
To, co stać się musiało, już się nie
odstanie –
– Wracać czy też nie wracać? Oto jest pytanie! (…)
Inny, co już zrozumiał i już się ocucił,
Wszystko chętnie by rzucił i do domu wrócił,
Ale bardzo się boi, bo tam całkiem serio
Straszą go wciąż więzieniem, tajgą
i Syberią,
Wmawiają, że kto wraca, ten
ojczyznę zdradza,
Bo w Anglii jest jedyna prawowita władza,
A w kraju – tylko zdrajcy i tylko
Rosjanie.
– Wracać, czy też nie wracać?
Oto jest pytanie! (…)
Poetycki spór: Hemar – Brzechwa
Prawdziwą istotę sporów owych lat wyrażają powstałe w 1947 r. wierszowane polemiki między Brzechwą a Marianem Hemarem. Z jednej strony stał Brzechwa jako ucieleśnienie cynicznej, gotowej na wszelkie służalstwo Targowicy. Z drugiej strony zaś wielki „niezłomny z Londynu” Marian Hemar (Jan Marian Herscheles), polski twórca żydowskiego pochodzenia podobnie jak Brzechwa, ale w odróżnieniu od niego prawdziwie kochający Polskę i bezgranicznie nieznoszący targowiczan typu Brzechwy. Hemar, twórca wspaniałego kabaretu emigracyjnego, mistrz satyry politycznej, na emigracji był nieugiętym obrońcą polskości (m.in. w czasie wojny w liście do brytyjskiego „Timesa” z 11 lipca 1942 r. ostro skrytykował przejawy żydowskiego antypolonizmu). Był nieubłaganym przeciwnikiem wszelkich przejawów oportunizmu i narodowego zaprzaństwa. Dostawało się w jego tekstach niezwykle ostro różnym płaszczącym się wobec Bieruta i Bermana literatom, nawet najwybitniejszym, jeśli w tym czasie bili pokłony na reżimowym dworze. Nie oszczędzał przy tym Hemar i twórców żydowskiego pochodzenia od Brzechwy po Słonimskiego i Tuwima, którego nazywał wprost służalcem. W głośnej „Naradzie satyryków”, piętnującej m.in. Jana Lesmana Brzechwę, Hemar pisał:
Na nic talenty poety, gdy on w takiej roli,
Że jest obrońcą gwałtu, lokajem
niewoli.
Kiedy on barbarzyńcy pisze
panegiryk
Szubrawa jego sprawa. I żaden
satyryk
Nigdy na niej nie rośnie i nigdy nie
wyrósł!
Nie dziw, że dziś z Tuwima satyryczny szmirus.
Brzechwie poświęcił jedną z najlepszych swych satyr politycznych, małe arcydziełko „Odpowiedź”, której fragmenty poniżej przytaczam. Na zawsze muszą utkwić w pamięci słowa Hemara, tak dobitnie wyrażające całą istotę sporu między nim a kolaborantem Brzechwą:
(…) Chociaż pan Brzechwa z ironią prześmieszną
Wykpiwa, szydzi, w parodię obraca,
Że nasza „Greuel-propaganda” – bzdura,
Kiep, kto nie wraca i tchórz, kto nie wraca,
Żeby pracować w narodzie,
z narodem,
Kiedy już w kraju pełna wolność
pióra,
Sumienia, prasy – najlepszym
dowodem
„Szpilki”! Satyra, swoboda, odwaga,
Nieskrępowanie, z jakim tam się smaga
Sanację, faszyzm, warszawskie
powstanie,
Armię Krajową i W. Brytanię, (…)
Panie poeto, co w kraju Traugutta,
Okrzei, Ziuka i księdza Skorupki,
Stajesz w obronie jakiegoś Bieruta,
wykpiwasz wrogów jakiegoś Osóbki
I to ci starcza za wolność! I taka
Twoja poety duma i Polaka – (…)
Jeśli tam wolność sumienia i słowa,
Jeżeli taka odwaga cywilna,
Napisz – co myślisz o Polsce bez
Lwowa?
Napisz – co myślisz o Polsce bez
Wilna? (…)
Wolność sumienia? Niech pan nas
przekona!
Wolność poezji, wśród wolności
mnóstwa?
Niech pan napisze, że linia Curzona
Jest linią zdrady i linią oszustwa (…).
Do szczególnie podłych wybryków stalinowskiego służalstwa Brzechwy doszło w 1951 roku. Był to czas szczytowego rozkwitu sowietyzacji Polski. Świadome bardzo niszczenie części polskiej tradycji narodowej, skrajne przyczernianie i fałszowanie polskiej historii szły w parze z ogromną czołobitnością wobec wszystkiego, co sowieckie i rosyjskie. Odsunięcie, a później uwięzienie W. Gomułki usunęły jakiekolwiek nadzieje na choćby cień tzw. polskiej drogi do socjalizmu. Przyspieszenie sowietyzacji ma swój wyraz symboliczny – mianowanie w 1949 r. sowieckiego marszałka Konstantego Rokossowskiego polskim ministrem obrony narodowej. Szkoły i przedszkola obiegał popularny dwuwiersz satyryczny:
Wieczór kasza, rano kluski.
Naród polski, a rząd ruski.
Sądząc po wierszach Brzechwy, to on dużo mniej wiedział o Polsce niż uczniowie i przedszkolacy, bo właśnie z werwą wysławiał ogrom wolności panującej w ówczesnej tzw. Polsce Ludowej. Właśnie w wydanym w 1951 r. tomie „Strofy o planie sześcioletnim” Brzechwa zamieścił wiersz „Wolności, prowadź”, z apelem:
(…) Myśmy dzieci tej samej Wiary,
Która ma przeobrazić świat:
Obalamy porządek stary,
Żeby nowy zbudować ład.
My wierzymy, że ludzie szlachetni
Atomowy zniweczą grom,
My walczymy o Plan Sześcioletni,
O fundament pod wspólny dom!
(…) Nauczyli nas ludzie prości,
Prosty robotnik i chłop,
Że trzeba Wolność miłować,
Toczyć o nią zaciekły bój.
– Ty nas, wolności, prowadź.
Czerwony jest sztandar twój.
Krystyna Brzechwa twierdziła w wywiadzie dla „Życia” z 8 lipca 2000 r., że jej ojciec chyba w żadnym z wierszy „nie sławił ani Bieruta, ani Stalina”. Jest to niestety twierdzenie nieprawdziwe, gdyż – jak udowadniam na przytoczonym niżej przykładzie – Jan Brzechwa z werwą sławił Stalina w wierszu „Nowa Huta”.
„Nowa Huta”
Na to, żebyśmy w Polsce socjalizm
zbudowali,
Potrzeba więcej maszyn, potrzeba
więcej stali,
(…) Trzeba nam pióra przekuć
na młoty i kilofy,
W ogniu hutniczych pieców trzeba
hartować strofy,
W ogniu, co serca krzepi i mózgi
doskonali –
Sta – li!
Sta – li!!
Sta – li!!!
Niech mnożą się traktory, które zaorzą pola,
Niech mnożą się maszyny i książki,
i przedszkola,
A jeszcze stal i węgiel. I znowu stal
i węgiel!
Górnicy i hutnicy kują naszą potęgę.
Nie masz granicy szczęścia, gdy
tworzy się epoka:
Płucom oddech szeroki, młodych droga szeroka,
Przyszłość należy do tych, czyja wola niezłomna,
Drogę wskazał nam Stalin – chwała mu wiekopomna!
Świat nowy budujemy od podstaw, od podwalin –
Sta – lin!
Sta – lin!!
Sta – lin!!!
W 1951 r. również ukazał się inny kolaborancki tom wierszy i satyr Brzechwy „Pokój zwycięży” (znowu do spółki z J. Minkiewiczem). Znalazło się tam m.in. napisane przez Brzechwę swoiste „arcydziełko” propagandowego nienawistnictwa do wrogów z Zachodu – satyryczny wiersz „Głos Ameryki”. W wizji Brzechwy Ameryka została przedstawiona jako ucieleśnienie wszelkiego zła, bezprawia i ucisku. Nie obyło się nawet bez twórczego zdemaskowania imperialistycznej coca-coli. Brzechwa z werwą protestował przeciwko temu, że: Niektórzy coca-colę od wolności wolą, nie wyjaśniając jednak, czy ta wolność miałaby przede wszystkim polegać na zapiciu się sowieckim bimbrem. Bimbrem, ale z Kraju Rad.
„Głos Ameryki”
Fala czterdzieści cztery,
Dwudziesta pierwsza trzydzieści.
Słyszycie Głos Ameryki!
Dobre lub złe, ale prawdziwe wieści! (…)
*
Ameryka! Ta ziemia szczęśliwa i wolna,
Ojczyzna Waszyngtona, kolebka Lincolna,
Zmieniona w kraj biznesu, kryzysu
i reklam,
Wprowadziła zasadę: chwal się, ale nie kłam!
Chwal się gumą do żucia, chwal się
coca-colą! –
Niektórzy coca-colę od wolności wolą,
Niektórych wolność cieszy, a niektórych złości:
Fast przez kraty spogląda na Posąg Wolności.
Trudno. Truman i trumna – dwa
podobne słowa,
Zmieści się między nimi bomba
atomowa.
Za żelazną kurtyną nikt o niczym nie wie,
A tu wie nawet Murzyn wiszący na drzewie,
I każdy bezrobotny i największy
tuman:
Dobrobyt, prawda, wolność – to Marshall i Truman (…)
1952 był kolejnym rokiem nasilania się stalinizmu w Polsce. Cały Naród coraz ciężej znosił rozmiary zniewolenia. Tymczasem Brzechwa robi, co może, dla wzmocnienia przedwyborczej agitacji na rzecz reżimu. Wtedy właśnie w 1952 r., roku narzucenia Polakom osławionej stalinowskiej „konstytucji lipcowej”, Brzechwa pisze jedną z najhaniebniejszych swych książek, wydaną w półmilionowym nakładzie „Gawędę o dawnych latach, o różnych kandydatach, o posłach i mandatach, o rzekach i mostach, o cudach i starostach”. Przedstawia w niej II Rzeczypospolitą jako czas, gdy: „Fabrykant z robotnika ssał soki ostatnie, rząd strzelał do ludu”, obszarniczo-fabrykancka sitwa fałszowała wybory, a w Sejmie dominowały „różne mikołajczyki, warchoły i łgarze (…), zdrajcy i dwójkarze, hrabiowie, hitlerowcy, wszelkie psubraty”. Z takim potępieniem II Rzeczypospolitej występował poeta, który kilkanaście lat przedtem był autorem sterty żarliwych panegiryków na cześć Marszałka Józefa Piłsudskiego. Który sławił w wierszu „Pogrzeb” (w tomie „Imię wielkości. Wiersze o Józefie Piłsudskim”, Warszawa 1938):
Wielkie zwycięstwo, dumne przemiany
Naród i wojsko w rozkwicie sił
I Wódz najmilszy, Wódz ukochany,
Co dla nas walczył, cierpiał i żył.
Który z patosem opiewał pamięć zmarłego Marszałka w wierszu „Piosenka żołnierska”:
Zawarłem z Tobą przymierze,
Gdy szedłem jesienią w bój:
Kto raz był Twoim żołnierzem,
Ten zawsze będzie Twój!
Rok 1953 okazał się na szczęcie ostatnim rokiem życia Józefa Stalina. Rozpoczął się jednak w atmosferze szczególnie zajadłej nagonki na wszystkich wrogów stalinizmu, od titowców po syjonistów. Kolejne osoby oddawały życie jako ofiary sfabrykowanych procesów lub czekały na egzekucje w celach śmierci. Polscy stalinowscy „inżynierowie dusz” nie siedzieli jednak z założonymi rękami. Pospiesznie, po stachanowsku, na akord produkowali kolejne obrzydliwe wiersze demaskujące coraz liczniejszych wrogów reżimu. Typowym, prawdziwie ponurym przykładem produkcji tego czasu była książeczka „Upominki noworoczne 1953. Szopka satyryczna” autorstwa trzech panów: Jana Brzechwy, Antoniego Marianowicza i Janusza Minkiewicza.
W kogo godziło ostrze satyry, pod którą zgodnie podpisali się ci trzej panowie? Przede wszystkim w zbrodniczego Tito, który skwapliwie wyprzedaje po judaszowsku Jugosławię Amerykanom. Autorzy satyry pisali ją w czasie, gdy w różnych krajach, od Węgier po Albanię, stracono rozlicznych przywódców komunistycznych w sfabrykowanych procesach jako rzekomych agentów Tito. Innymi obiektami ich satyry byli amerykański prezydent-gangster i polski emigrant, chcący za wszelką cenę (także Wrocławia, Szczecina, Łodzi) dogadać się z hitlerowcami. Do tego dochodziła satyra na złych kułaków-spekulantów, co chowali przed ludem zboże i za to… przykładnie poszli wreszcie do więzienia.
Przykłady służalczych stalinowskich wierszy Brzechwy można by bardzo długo mnożyć w oparciu o haniebny jego „dorobek” z propagandowych tomów obejmujących wiersze od 1945 do 1955 roku. Wbrew bezwstydnym łgarstwom wybielaczy Brzechwy, od michnikowskiej „Gazety Wyborczej” do postkomunistycznego „Przeglądu”, nie chodziło wcale o kilka wierszy, lecz o wiele dziesiątków kolaboranckich utworów zatruwających świadomość Polaków. Były to wiersze częstokroć wręcz jadowicie atakujące wszelką opozycję, „wrogów ludu”, Kościół, emigrację, itp. W przypadku Brzechwy chodzi bowiem o jednego z najgorszych i zarazem najpracowitszych kolaborantów doby stalinizmu, autora wielu dziesiątków wierszy, i satyr sławiących to, co najpodlejsze, i hańbiących to, co było w Polsce najszlachetniejsze. Czy wreszcie umilkną kłamcy wybielający tę targowicką działalność?
