Publiczna twarz hipokryzji
Przykład z Ameryki pokazuje, czego powinni wystrzegać się politycy, jeśli chcą zachować wiarygodność
Jeśli obrona życia człowieka od poczęcia nie jest dogmatem katolickim, to komu zależy, aby ją tak przedstawiać? Dlaczego nie może być mowy o pójściu na kompromis, gdy permisywne prawo pozwala na zabijanie dzieci? Skąd u polityków deklarujących, że są katolikami, bierze się rozziew pomiędzy osobistymi przekonaniami a tym, czym gotowi są zadowolić się w sferze publicznej? Obnażanie hipokryzji urzędników publicznych z pasją i wnikliwością polemisty podejmuje prof. Robert P. George z Uniwersytetu Princeton.
Zaproszony na kongres Papieskiej Akademii Życia, którego tematem w tym roku była rola sumienia chrześcijańskiego we wspieraniu prawa do życia, prof. Robert P. George, szef programu „Amerykańskie idee i instytucje” na Uniwersytecie Princeton, członek Prezydenckiej Rady ds. Bioetyki, autor wielu książek z dziedziny prawa konstytucyjnego, etyki i teorii politycznej, skoncentrował się na relacji pomiędzy sumieniem a zobowiązaniami politycznymi w odniesieniu do gwarancji prawa do życia dla każdego człowieka.
Wychodząc od nauczania Kościoła katolickiego o świętości ludzkiego życia, prof. George zastanawia się, jakie są logiczne implikacje tego nauczania dla katolików kształtujących życie publiczne.
Wiara nie wyklucza nauki
Kościół katolicki głosi zasadę, że każda istota ludzka – bez względu na rasę, płeć, pochodzenie etniczne, wiek, wielkość, etap rozwoju czy sytuację zależności – jest uprawniona do ochrony prawnej. Przede wszystkim każdy z nas posiada prawo do życia, już w fazie embrionalnej czy płodowej.
Nauczanie to jest czasem podawane w wątpliwość. Mowa o tych, włączając w to niektórych katolików, którzy zaprzeczają, że ludzkie embriony to istoty ludzkie. Utrzymują oni, że embrion to tylko „potencjalne” życie ludzkie, a nie życie ludzkie in statu nascendi. Ale w istocie problem związany z tym stanowiskiem nie jest teologiczny, lecz po prostu naukowy – podkreśla prof. George. A prace z zakresu embriologii człowieka czy biologii rozwojowej dowodzą, że ludzki embrion nie jest czymś z natury różnym od istoty ludzkiej – jak różnią się od nas skała, ziemniak czy aligator. Embrion ludzki jest człowiekiem w szczególnym, bardzo wczesnym, etapie rozwoju. Embrion, nawet w stadium przed implantacją, jest integralnym, osobnym przedstawicielem gatunku Homo sapiens. Człowiek embrion potrzebuje do przeżycia dokładnie tego, czego potrzebuje człowiek w każdej innej fazie rozwoju, a więc odpowiedniego żywienia i otoczenia wystarczająco przyjaznego, aby podtrzymać życie. Od momentu połączenia gamet mamy do czynienia z nową istotą ludzką, a nie zwykłym skupiskiem komórek. „Ty czy ja nigdy nie byliśmy plemnikiem czy komórką jajową; one były genetycznymi i funkcjonalnymi częściami innych ludzi. Ale każdy z nas był kiedyś embrionem, tak jak każdy z nas był kiedyś młodzieńcem, a wcześniej dzieckiem, niemowlęciem, płodem” – zauważa prof. George. Stąd od momentu poczęcia człowiekowi przysługują podstawowe prawa, „które ludzie mają po prostu na gruncie tego, że są ludźmi – włączając w to przede wszystkim prawo do życia”.
Przedstawiciele innej szkoły myślenia przyznają wprawdzie, że ludzki embrion jest istotą ludzką, ale zaprzeczają, że wszystkie istoty ludzkie to osoby; niektórzy na gruncie swojego upośledzenia nigdy nie będą osobami – nie mogą więc mieć praw człowieka. Tymczasem wszyscy ludzie posiadają przyrodzoną godność, która stanowi moralną podstawę jednakowego prawa do życia dla wszystkich; prawo to nie zależy od wieku czy fazy rozwoju, nie można go wymazać przez fizyczną czy umysłową niesprawność, bycie zależnym. Jak podkreśla naukowiec z Princeton, życie poważnie upośledzonego dziecka jest równe co do fundamentalnej wartości życiu zdobywcy Nagrody Nobla w dziedzinie nauk ścisłych.
Kościół nieprzypadkowo stoi więc na stanowisku, że wszystkie istoty ludzkie posiadają fundamentalne prawa człowieka, w tym prawo do życia. To na tej postawie Kościół naucza, że zawsze poważnym złem jest niszczenie ludzkiego życia przez aborcję, dzieciobójstwo, badania na embrionach połączone z uśmiercaniem czy terroryzm.
Od tych, którzy stanowią prawo, i od innych osób publicznych jako służących dobru wspólnemu w danej wspólnocie politycznej Kościół wymaga respektowania i ochrony praw wszystkich ludzi bez wyjątku. – Zauważcie – wskazuje prof. George – że obowiązkiem osób publicznych nie jest „forsowanie nauczania Kościoła katolickiego?, lecz raczej wypełnianie wymogów sprawiedliwości i dobra wspólnego w świetle zasady przyrodzonej i równej godności każdego członka rodziny ludzkiej.
Czy katolik może opowiadać się za aborcją?
Szukając odpowiedzi na to pytanie, prof. George analizuje argumenty Mario Cuomo – polityka amerykańskiego, członka Partii Demokratycznej, który w latach 1983-1995 pełnił urząd gubernatora stanu Nowy Jork. Cuomo zasłynął z promowania poglądu, że katolicy aktywni w przestrzeni publicznej mogą, a nawet powinni wspierać prawo do aborcji czy finansowanie z budżetu centralnego eksperymentów na ludzkich embrionach, w wyniku których część z nich zostaje uśmiercona. Według George’a, stanowisko Cuomo, stanowiące ucieleśnienie poglądów tzw. katolickich aborcjonistów, zbudowane jest na ciągu podstawowych błędów logicznych.
Politycy afiszujący się ze swym katolicyzmem, którzy jednocześnie popierają aborcję czy wspomniane eksperymenty, mówią zazwyczaj, że są tym praktykom „osobiście przeciwni”, ale zarazem szanują prawa innych, którzy zgadzają się w nie angażować.
Jak relacjonuje prof. George, gdy Cuomo przemawiał niedawno w Waszyngtonie na Forum „Polityka i wiara w Ameryce”, stwierdził, że urzędnicy publiczni, także katolicy, są odpowiedzialni za „stwarzanie warunków, w których wszyscy obywatele mają wolność działania zgodnie z ich przekonaniami religijnymi, nawet jeśli te są sprzeczne z rzymskokatolickimi dogmatami dotyczącymi rozwodu, kontroli urodzeń, aborcji, badań nad komórkami macierzystymi, a nawet istnieniem Boga”. Zdaniem Cuomo, katolicy powinni popierać legalną aborcję czy badania, których skutkiem jest niszczenie embrionów – jak czyni to on sam – ponieważ gwarantując te prawa innym, zarazem gwarantują samym sobie prawo do „odrzucania aborcji i odmowy uczestnictwa w pobieraniu komórek macierzystych z embrionów czy przyczyniania się do tego”.
Błąd takiego rozumowania staje się oczywisty, gdy zastanowimy się, czy prawo katolika (albo baptysty, żyda i in.) do odrzucenia dzieciobójstwa, niewolnictwa czy eksploatacji pracowników daje takie prawo innym, którzy akurat nie podzielają owych „religijnych” przekonań o zabijaniu, niewoleniu czy wykorzystywaniu. Profesor George zwraca uwagę na fakt, że stosunek do zabijania dzieci poczętych nie jest dogmatem Kościoła, jak to próbuje przemycić Cuomo w przesłankach swego argumentu. Dogmaty – takie jak ten, że Jezus Chrystus jest jednorodzonym Synem Bożym – nie podlegają przecież prawnym regulacjom.
Zasady leżące u podstaw ruchów pro-life nie są kwestią „dogmatu”. Obrońcy życia, niezależnie od tego, czy są katolikami, protestantami, żydami, muzułmanami, hindusami, buddystami, agnostykami, czy też ateistami – rozumieją je i proponują jako „fundamentalne normy sprawiedliwości i praw człowieka”, których źródłem jest przekonanie, że niegodziwością jest umyślne zabójstwo niewinnych istot ludzkich – czy to przed urodzeniem, czy po. Gdyby prawa zabraniające zabijania ludzi przed narodzeniem gwałciły prawo do wolności religijnej tych, którzy nie akceptują takiego nauczania, wtedy prawa zabraniające zabijania niemowląt, wykorzystywania pracowników i wielu innych poważnych form niesprawiedliwości również byłyby naruszeniem wolności religijnej, bo nie ma kryterium rozróżniania praktyk, które podpadają pod kategorię wolności religijnej, od tych, które są od niej niezależne. – Na pewno Cuomo nie życzyłby sobie takiej konkluzji – stwierdza George.
Cuomo zasugerował ponadto, że przepisy przeciwne aborcji i eksperymentom biomedycznym nierespektującym prawa do życia będą zmuszać zwolenników owych procedur do praktykowania religii tych, którzy myślą odmiennie. Profesor George uważa to za kolejny błąd argumentacji. – Czy konstytucyjny zakaz niewolnictwa zmusił tych, którzy byli za posiadaniem niewolników, do praktykowania religii tych, którzy niewolnictwo odrzucali? – pyta retorycznie.
– Aby zachować moralną integralność, nie można „osobiście sprzeciwiać się” aborcji czy badaniom na embrionach, które skutkują ich uśmiercaniem, a jednocześnie wspierać legalne przyzwolenie dla tych praktyk, a nawet ich finansowanie z pieniędzy publicznych, jak to czyni wielu katolickich polityków, włączając w to katolików z Partii Demokratycznej i niektórych z Partii Republikańskiej w USA – konkluduje prof. George. – Dlatego że przez wspieranie aborcji i badań na embrionach prowadzących do ich zagłady w sposób nieunikniony angażują się oni w poważną niesprawiedliwość tych praktyk – dodaje.
Zamęt wokół idei separacji państwa i Kościoła
W jaki sposób Kościół może zareagować, gdy osoby, które publicznie reklamują się jako katolicy, jednocześnie angażują się w popieranie zabijania dzieci poczętych? Jak ma traktować tych, którzy głoszą, że są w pełnej komunii z Kościołem, a promują niesprawiedliwe i skandaliczne praktyki, które narażają nienarodzonych na przemoc, jaką jest aborcja?
Profesor Robert P. George argumentuje, że teza ks. abp. Raymonda Burke’a z St. Louis, iż nie powinno się takim politykom udzielać Komunii Świętej, jest w pełni usprawiedliwiona z moralnego punktu widzenia. Hierarcha podczas ostatniej kampanii wyborczej zadeklarował, że osoby publiczne, które popierają aborcję i inne niesprawiedliwe ataki przeciw życiu niewinnych ludzi, nie mogą przyjmować Komunii Świętej – pierwszego sakramentu jedności. – Obrońcy życia każdego wyznania poparli stanowisko księdza arcybiskupa. Krytycy natomiast szybko go potępili. Oskarżyli go o „przekroczenie granicy” oddzielającej Kościół od państwa – zauważa George.
– Wolność jest drogą dwukierunkową – tłumaczy profesor Uniwersytetu Princeton. – Działając na mocy swojego urzędu biskupiego, aby dyscyplinować członków swojej wspólnoty, którzy dopuszczają się tego, co według nauczania Kościoła jest ciężką niesprawiedliwością przeciwko niewinnym ludziom, ks. abp Burke skorzystał z własnego konstytucyjnego prawa do wolności religijnej, nie pozbawiał innych ich praw – zauważa. Prawo nie zmusza nikogo do akceptacji zwierzchności kościelnej, ale można taki prymat wybrać. – Jest nazwa dla ludzi, którzy akceptują władzę biskupów katolickich. Nazywani są oni „katolikami” – podkreśla.
Krytykom księdza arcybiskupa, którzy utrzymują, że bezprawnie miesza się on do polityki, prof. George zarzuca sytuacjonizm i hipokryzję; dowodzi, że mówili coś zgoła innego, gdy duchowni „wmieszali się” do polityki w imię spraw, które oni sami też popierali. W szczególności powołuje się na słynny przypadek ks. abp. Josepha Rummela z Nowego Orleanu, który w latach 50. XX wieku był wychwalany m.in. przez „New York Times” za ekskomunikowanie polityków katolickich, którzy wspierali rasizm i segregację w szkołach. Hierarcha mówił wtedy, że segregacja rasowa jest sprzeczna z nauczaniem Kościoła o przyrodzonej godności człowieka i równych prawach wszystkich ludzi.
