Po drugiej stronie lustra
Na skutek splotu różnych okoliczności w drugiej połowie lat 80. absolutnym hegemonem polskiej sceny politycznej zostały tajne służby wojskowe, jeśli oczywiście nie liczyć Biura Politycznego Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego. Dzisiaj wiemy, że zarówno premier generał, jak wówczas nazywano gen. Wojciecha Jaruzelskiego, był związany z tajnymi służbami wojskowymi jeszcze od lat 40., jak i gen. Czesław Kiszczak, też związany z wywiadem wojskowym chyba od urodzenia. Tajne służby wojskowe przygotowują transformację ustrojową; generał Kiszczak jako gospodarz Okrągłego Stołu zaprasza doń jego uczestników, spełniwszy uprzednio, jak się wydaje, prośbę „lewicy laickiej” skierowaną przez Jacka Kuronia za pośrednictwem płk. Lesiaka, by ze struktur podziemnych dyskretnie wyeliminować „ekstremę”. W zamian za tę przysługę, „lewica laicka” już jako jedyny reprezentant „strony społecznej” udzieli „stronie rządowej” gwarancji zachowania i pozycji społecznej, i „zdobyczy” ciułanych pracowicie co najmniej od połowy lat 80. w ramach tzw. uwłaszczania nomenklatury. Jest oczywiste, że tajne służby wojskowe, które dla skrótu i pewnej specyfiki nazywam „razwiedką”, nie zadowoliły się wyłącznie obietnicą takich gwarancji, ale stojąc na straży różnych sekretów, same stały się gwarantem, iż umowa Okrągłego Stołu zostanie dotrzymana.
Dlatego też, o ile „cywilna” Służba Bezpieczeństwa została poddana weryfikacji, jak się zresztą wydaje, przeprowadzonej przez pana ministra Krzysztofa Kozłowskiego w duchu chrześcijańskiej wyrozumiałości i przebaczenia, o tyle w przypadku „razwiedki” nikt nie ośmielił się nawet pomyśleć o podobnym świętokradztwie i w rezultacie przetrwała ona okres transformacji ustrojowej w stanie nienaruszonym aż do 30 września 2006 r., kiedy to na podstawie ustawy uchwalonej przez Sejm 9 czerwca 2006 r. funkcjonująca pod nazwą Wojskowych Służb Informacyjnych została formalnie rozwiązana, a na jej miejsce powołano Służbę Wywiadu Wojskowego oraz Służbę Kontrwywiadu Wojskowego.
Zanim jednak to nastąpiło, „razwiedka” systematycznie rozbudowywała swoje wpływy we wszystkich dziedzinach życia, poczynając od gospodarki, a kończąc na mediach. O skali tej rozbudowy świadczyły rewelacje ujawnione przez sejmowe komisje śledcze, zwłaszcza przez komisję badającą sprawę Orlenu; nici wszystkich ujawnionych przez nią patologii zbiegały się w jednym punkcie – w Wojskowych Służbach Informacyjnych. Na podstawie tej i innych przesłanek można było zaryzykować przypuszczenie, iż WSI nie służyły państwu polskiemu, tylko je okupowały, czyniąc zeń instrument osiągania własnych i Bóg jeden wie czyich jeszcze celów i interesów. Na szczególną uwagę zasługiwały zwłaszcza dwie dziedziny, od których szczególnie dużo dzisiaj zależy: gospodarka i media. Podporządkowanie sobie przez „razwiedkę” gospodarki stanowiło dalszy ciąg uwłaszczenia nomenklatury, ale już na innym, znacznie wyższym niż w siermiężnych latach 80. poziomie, owocując z jednej strony pojawieniem się założycieli wielu „starych rodzin”, a z drugiej – wypchnięciem całych środowisk społecznych poza główny nurt życia gospodarczego. Wychodziła temu naprzeciw skłonność do traktowania państwa w kategoriach łupu również przez środowiska polityczne z „razwiedką” specjalnie niezwiązane, a przynajmniej niepodejrzewane o to w pierwszym rzędzie. „Razwiedka” doceniła też znaczenie mediów, uczestnicząc finansowo i kadrowo w tworzeniu niektórych z nich, wychodząc ze słusznego założenia, że skoro w demokracji wiele zależy od masowych nastrojów, to trzeba kontrolować miejsca, w których te nastroje są wytwarzane.
Dlatego też ustawa z 9 czerwca 2006 r. – przepisy wprowadzające ustawę o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego itd., przewidywała, iż funkcjonariusze WSI pragnący przejść do nowych służb będą musieli złożyć Komisji Weryfikacyjnej oświadczenia o znanych sobie przypadkach tajnej współpracy z przedsiębiorcami, nadawcami radiowymi i telewizyjnymi, wydawcami prasowymi, redaktorami naczelnymi i dziennikarzami. Oświadczenia takie mogli też składać funkcjonariusze, którzy nie mieli zamiaru wstępować do nowych służb, ale chcieli mieć spokój na przyszłość, ponieważ złożenie oświadczenia skutkowało abolicją w przypadku ujawnienia sprzecznego z prawem postępowania. W rezultacie Komisja Weryfikacyjna otrzymała prawie 3000 oświadczeń, które następnie poddawała weryfikacji, konfrontując zarówno z dokumentami, do których miała nieograniczony dostęp, jak i z zeznaniami ludzi. Oprócz Komisji Weryfikacyjnej ustawa przewidywała utworzenie Komisji Likwidacyjnej, która po zakończeniu swojej działalności miała przygotować raport i go przygotowała. Raport miała przygotować również Komisja Weryfikacyjna.
Tymczasem w październiku ubiegłego roku prezydent Kaczyński skierował do Sejmu nowelizację ustawy z 9 czerwca. Sejm tę nowelizację przyjął 14 grudnia ub.r., dzięki czemu uprawnienie do publikacji raportu Komisji Weryfikacyjnej i zakres tej publikacji przeszły na prezydenta. Przed kilkoma dniami poinformował on, że opublikuje raport 1 lutego. Tymczasem 29 stycznia w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” minister Antoni Macierewicz, odpowiadając na pytanie: „To raportu jeszcze nie ma?”, stwierdził: „oczywiście, że nie”. Wyjaśnił, że od dwóch miesięcy jest w Sejmie raport Komisji Likwidacyjnej, tymczasem prezydent Kaczyński mówił o raporcie tej drugiej komisji. Ta sytuacja potwierdza wcześniejsze wątpliwości, czy Kancelaria Prezydenta jest wystarczająco przygotowana do roli, którą ma pełnić i którą pełnić próbuje, skoro kilka dni po publicznej deklaracji prezydenta wyznaczającej datę publikacji raportu minister Wassermann oświadczył, że nastąpi ona nie wcześniej niż w połowie lutego.
Kolejna sprawa to zakres publikacji. Pan prezydent stwierdził, iż opublikuje raport w takim zakresie, w jakim nie zaszkodzi to siłom zbrojnym. Na pierwszy rzut oka jest to oczywiste, ale w kontekście przeforsowania przez prezydenta nowelizacji ustawy lustracyjnej, której celem jest chronienie konfidentów, można nabrać podejrzeń, że niekoniecznie musi tu chodzić o interesy sił zbrojnych, zaś zastrzeżenie decyzji o zakresie publikacji może stanowić swego rodzaju ofertę pod adresem „razwiedki”: mogę zrobić wam kuku, ale mogę też nie zrobić. Takie podejrzenia nie są bezpodstawne, tym bardziej że w zainteresowanych środowiskach z dnia na dzień narasta nerwowość objawiająca się nie tylko w różnych deklaracjach publicznych, ale przede wszystkim – w szybkim upłynnianiu nieruchomości i udziałów w różnych przedsięwzięciach. Takie działania podejmowane są w sytuacji, kiedy w każdej chwili w telefonie komórkowym może pojawić się SMS „uciekaj, wszystko wykryte!”.
Nerwowe nastroje narastają też w mediach, zwłaszcza odkąd pojawił się przeciek, iż w raporcie jest mowa o 115 agentach „razwiedki” w tej branży. Ostentacyjny brak zainteresowania sprawą wykazała „Gazeta Wyborcza”. Jest to, jak się wydaje, element nowej strategii Salonu, który czując, iż nie będzie mógł zaprzeczyć faktom, postanowił zbywać je wzgardliwym milczeniem, że to niby na interesowanie się takimi sprawami nie pozwala mu słynna „kwestia smaku”. Próbkę takiego kabotyństwa zaprezentował wszystkim pan redaktor Jacek Żakowski przy okazji ujawnienia agenturalnego epizodu z życia redaktora Bogusława Wołoszańskiego. Ciekawe, czy naprawdę wierzy, że to coś pomoże. Na wszelki wypadek wyciągnięto z lamusa wszystkie akcesoria użyte w 1992 roku. Znowu słyszymy, jaki to oszołom z ministra Macierewicza i w ogóle. Komu służy takie tarzanie w smole i pierzu najpłomienniejszych patriotów? Tylko patrzeć, jak rozkazy mobilizacyjne dotrą i do poetessy, wzbudzając w niej natchnienie do kolejnego utworu piętnującego „nienawiść”. Tymczasem 29 stycznia w wieczornej rozmowie w TVP z panią red. Wysocką minister Macierewicz dał do zrozumienia, że liczba 115 agentów powstała na wcześniejszym etapie i potwierdził przypuszczenia, iż obecnie jest ona znacznie wyższa.
Jeśli więc „razwiedka” i jadący z nią obecnie na jednym wózku konfidenci odrzucą pojednawczą ofertę pana prezydenta, by wspólnie budować Rzeczpospolitą Trzecią i Pół, to jest szansa, że jeśli nie w połowie, to może pod koniec lutego, a jeśli nie pod koniec lutego, to może w początkach marca, a jeśli nie w początkach marca, to może przed świętami wielkanocnymi – i tak dalej – przekonamy się, na ile żyliśmy do tej pory w rzeczywistości autentycznej, a na ile – w rzeczywistości podstawionej. A jeśli nie odrzucą, to nadal się nie dowiemy, co właściwie jest po drugiej stronie lustra.
