Historia naturalna jawnogrzesznictwa

W niedzielę, 12 listopada, odbyła się pierwsza tura wyborów do samorządu terytorialnego. Zostały one przywrócone ustawą z 8 marca 1990 roku o samorządzie gminnym na poziomie gmin, zaś na poziomie powiatów i województw zostały wprowadzone ustawami z 5 czerwca 1998 roku: o samorządzie powiatowym i o samorządzie województwa. O ile w przypadku gmin wiejskich i miejskich samorząd można uznać za zjawisko naturalne, o tyle w przypadku powiatów i województw wydaje się on tworem sztucznym, powołanym wyłącznie po to, by ludziom tworzącym terenowe zaplecze partii politycznych zapewnić utrzymanie z funduszy publicznych.
Naturalnie ustawy o tym nie wspominają. Przeciwnie – ustawa o samorządzie powiatowym zawiera listę aż 22 zadań samorządu powiatowego, ale każde z nich, oczywiście za wyjątkiem „promocji powiatu”, mogłoby być z powodzeniem wykonywane przez gminy. Ustawowe zadania samorządu wojewódzkiego sformułowane są w sposób jeszcze bardziej ogólnikowy, a dotyczą spraw, których normalny człowiek nigdy w życiu nie powierzyłby osobnikom polującym na synekury opłacane z publicznych pieniędzy. Cóż bowiem taki osobnik może uczynić na przykład dla „podnoszenia poziomu konkurencyjności i innowacyjności gospodarki województwa”? I jednym, i drugim skutecznie mogliby zająć się miejscowi przedsiębiorcy, oczywiście pod warunkiem, że „urzędactwo” im w tym nie przeszkodzi; no, ale właśnie przeszkadza, bo przecież po to zostało powołane, żeby „zarządzało”, a więc wtrącało się w nie swoje sprawy.
Powiedzmy sobie szczerze, że i ustawodawca, tzn. Sejm, chociaż umieścił w ustawach mnóstwo „zadań” dla powiatów i województw, to kontrolę nad pieniędzmi pozostawił w rękach rządu. Dochody powiatu biorą się bowiem z „udziału w podatkach” oraz „subwencjach” i „dotacjach celowych z budżetu”. Ten „udział” w przypadku powiatów to zaledwie 1 proc. wpływów z podatku dochodowego od osób fizycznych, a w przypadku województw – 1,5 proc. wpływów z tego podatku, plus 0,5 proc. wpływów z podatku dochodowego od osób prawnych. W rezultacie taki np. powiat lubelski, liczący ok. 130 tys. mieszkańców, miał w ubiegłym roku 62,13 mln zł dochodów, podczas gdy wydatków – 62,25 mln, z czego wydatki na wynagrodzenia wyniosły 14,36 mln zł, podczas gdy na drogi publiczne – 8,1 mln zł. Krótko mówiąc, rzut oka na budżety samorządów powiatowych i wojewódzkich pokazuje, że znaczną część swoich dochodów jednostki te zwyczajnie przejadają, bo do „wynagrodzeń” dochodzą też koszty „administracji publicznej” (w powiecie lubelskim 7,8 mln zł w roku 2005). I o to przede wszystkim chodzi, by „ludzie żyli dostatniej”, jak mawiano za Edwarda Gierka, a skoro wszyscy nie mogą, to niechże ten radosny przywilej spotka przynajmniej 46 790 przedstawicieli, bo tylu właśnie radnych wybieraliśmy 12 listopada.

Oligarchizacja w fazie dynastycznej
Jak wspomniałem, o ile przywrócenie samorządu gminnego w roku 1990 było celowe i uzasadnione potrzebami publicznymi, o tyle wprowadzenie w roku 1998 dodatkowych szczebli samorządowych w powiatach i województwach było już podyktowane interesami wyłącznie partyjnymi. Ówczesna sytuacja wyglądała bowiem tak, że po rządach koalicji SLD – PSL, która dokonała zawłaszczenia państwa, koalicja AWS – UW zorientowała się, że dla jej wyposzczonego zaplecza politycznego brakuje państwowych klamek, na których mogłaby się uwiesić, ponieważ poprzednicy tak ustawili system prawny, by nowa ekipa nie mogła zagrozić niszom ekologicznym, w których poumieszczali ludzi tworzących ich polityczną bazę. Stąd też pojawiła się gwałtowna potrzeba stworzenia nowych klamek, na których można by uwiesić nowych ludzi, i w ten sposób nastąpił skokowy rozwój samorządności w Polsce.
Jednocześnie partie polityczne zadbały o to, by zapewnić sobie monopol przy dysponowaniu owymi klamkami, zarówno na szczeblu ogólnopolskim, jak i samorządowym. W tym celu „banda czworga”, a więc SLD, PSL, UP i UW przeforsowały w Konstytucji zasadę proporcjonalności w wyborach do Sejmu, aby następnie w ordynacji wyborczej zrobić wszystko, by wystąpiły skutki „większościowe”. Posługując się takimi instrumentami, jak 5-procentowa klauzula zaporowa oraz systemem dHondta sprawiły, że partie polityczne, tzn. ścisłe sztaby partyjne uzyskały monopol na wystawianie list wyborczych do Sejmu, a poprzez to – na obsadzanie prawie wszystkich stanowisk w państwie, bo – poza prezydentem – większość bezpośrednio lub pośrednio pochodzi z nadania Sejmu. Podobny zabieg został zastosowany w wyborach do samorządów terytorialnych; tam też obowiązuje klauzula zaporowa, a wprowadzone obecnie blokowanie list daje partyjnym sztabom dodatkowe możliwości. W rezultacie pod osłoną retoryki demokratycznej następuje oligarchizacja państwa, które dostaje się pod władzę zawężającego się kręgu ludzi tworzących ścisłe kierownictwa partii.
Kto raz był królem, zawsze zachowa majestat – powiada francuskie przysłowie. Ta prawidłowość nakłada się na preferowaną społecznie hierarchię wartości, wśród których na pierwsze miejsce wybija się szczęśliwa rodzina. No dobrze, a która rodzina jest szczęśliwa? To proste – ta, w której panuje zgoda i dostatek. Zgoda może oczywiście wynikać z wzajemnej miłości, ale jeszcze lepiej, kiedy wzajemna miłość nałożona jest na wspólny interes. Serce – wiadomo – nie sługa, podczas gdy interes można realizować i bez miłości. Dlatego też w życiu politycznym nasila się zjawisko dziedziczenia pozycji społecznej, znane wcześnie w innych dziedzinach. Na przykład, dzieci aktorów zostają aktorami, dzieci prawników – prawnikami, dzieci lekarzy – lekarzami, i tak dalej. Tegoroczne wybory pokazały, że szturm na samorządowe synekury przypuściły całe rodziny, a nawet klany, nie wyłączając członków rodzin polityków piastujących bardzo wysokie stanowiska państwowe. W praktyce wygląda to tak, że rodzina lub klan obsadza wszystkie dostępne do obsadzenia rady w gminie, powiecie i sejmik wojewódzki w ramach jednej partii, albo jej członkowie dzielą się między różne partie i obsadzają większość stanowisk w jednej radzie, opanowując w ten sposób gminę, dzielnicę lub nawet miasto. Czasy są ciężkie, więc jeśli wziąć pod uwagę, że maksymalna wysokość diety w gminach powyżej 100 tys. mieszkańców wynosi 2477 zł, w gminach od 15 do 100 tys. mieszkańców – 1858 zł, a w gminach do 15 tys. mieszkańców – 1238 zł, to rozumiemy, dlaczego wokację do działalności samorządowej odczuwają całe rodziny i to ponad politycznymi, a nawet światopoglądowymi podziałami. Najwyraźniej za demokratycznym parawanem kształtuje się u nas, podobnie zresztą jak w innych państwach Europy, oligarchia stanowa, w której – podobnie jak w średniowieczu – awans społeczny osób spoza aktorskich, prawniczych, lekarskich czy politycznych dynastii będzie możliwy tylko za pośrednictwem stanu duchownego.

Figowe listki programów
W zgodnej opinii obserwatorów poziom życia politycznego w Polsce gwałtownie się obniża. Czy np. pani Renata Beger przed wojną miałaby szansę zostać posłanką? Hipokryzja jest hołdem, jaki występek składa cnocie – powiada Franciszek de La Rochefoucauld i to obniżanie się poziomu życia politycznego objawia się również w zaniku hipokryzji, to znaczy – w coraz częstszym odrzucaniu jakichkolwiek pozorów. Nie mówię już o sprawach kryminalnych czy obyczajowych, chociaż i one są ważne, ale przede wszystkim – o zwycięstwie tak zwanego pragmatyzmu, który jest tylko inną nazwą politycznej korupcji. Wprawdzie każda partia głosi wierność swojemu programowi, ale nakazy pragmatyzmu redukują te programy do prostej arytmetyki parlamentarnej lub samorządowej i sprowadzają do tego, by zagarnąć możliwie jak największy kawał państwa pod swoją kontrolę. Inaczej nie można by wytłumaczyć, dlaczego Platforma Obywatelska, stręcząca wyborcom swój liberalizm, obejmujący m.in. dążenie do eliminowania interwencjonizmu państwowego zwłaszcza w gospodarce, blokuje listy z Polskim Stronnictwem Ludowym, nie bez racji uchodzącym za najbardziej interwencjonistyczną formację w Polsce, jeśli oczywiście nie liczyć nowej lewicy. Podobnie Partia Demokratyczna, która jeszcze jako Unia Wolności legitymizowała tzw. rynkowe posunięcia Leszka Balcerowicza, zblokowała się z Socjaldemokracją Marka Borowskiego, który w sprawach gospodarczych jest zdecydowanie na lewo od SLD. Już tak nie dziwi blokowanie list PiS z Samoobroną i LPR, bo „solidarne państwo” PiS jest jedną z odmian modelu socjalistycznego, wyznawanego przez większość tak zwanej prawicy. Krótko mówiąc, chodzi o to, żeby ugrać jak najwięcej, a potem się zobaczy. Ze względu na to większość kandydatów stręczyła wyborcom swoje umiejętności w – jak to nazwał prezes PSL Pawlak – „dojeniu brukselki”, czyli wyżebrywaniu pieniędzy unijnych. Wydoją, a potem będą rozdawać, a przede wszystkim – budować: „zbuduję Pewex i wieżowce, siłownię gigant, port, lotnisko, muzea, uniwersytet – wszystko!” – zapewniał towarzysz Szmaciak. Te umiejętności są jednak bardzo mizerne, bo do tej pory naszym ssakom udało się wydoić Brukselę zaledwie na 3,5 proc. pieniędzy, które tamtejsi cwaniacy tylko hojnie obiecują naiwnym Irokezom, więc w tej sytuacji wypada uznać, że mamy do czynienia z cudownie rozmnożonym potomstwem barona Munchausena, które jeśli coś zrobi, to na pewno zadłuży gminy i powiaty do granicy finansowego bezpieczeństwa, a może nawet ją przekroczy.

Procenty, zyski i straty
Tymczasem wybory samorządowe są dla partii politycznych testem popularności, siły i szans na zwycięstwo w przyszłych wyborach parlamentarnych, bo od liczby działaczy ulokowanych w samorządach zależy sprawność aparatu wyborczego, jaki jest przy tej okazji tworzony za publiczne pieniądze. Z tego punktu widzenia tegoroczne wybory samorządowe nie przyniosły specjalnych rewelacji. Między PiS i Platformą sytuacja jest nadal patowa, tzn. żadna z tych partii nie może liczyć na zdecydowane zwycięstwo, a więc i na samodzielne utworzenie rządu w przyszłości. Dlatego natychmiast po wyborach pojawiły się pojednawcze gesty ze strony braci Kaczyńskich; prezydent Lech Kaczyński wprawdzie podpisał ustawę lustracyjną, ale zapowiedział natychmiastową jej nowelizację jeszcze przed wejściem w życie. Znaczy – jest „za, a nawet przeciw”, co rozumiem jako ofertę kompromisu wobec najbardziej zainteresowanych konfidentów i agentów. Z kolei premier Jarosław Kaczyński „wyciągnął rękę” do Platformy Obywatelskiej, zapewniając jednocześnie, że budowa IV Rzeczypospolitej będzie kontynuowana. Czyżby ramię w ramię z Platformą, która w ostatnim roku udowodniła ponad wszelką wątpliwość, iż jest wyrazicielką interesów pieszczochów Rzeczypospolitej Okrągłego Stołu?
Jarosław Kaczyński ma widocznie nadzieję, że stając między PiS-owską Scyllą i Charybdą zjednoczonej lewicy Marka Borowskiego, Platforma wybierze PiS i rządowe konfitury, a nie nieznaną przyszłość z Borowskim, Olejniczakiem i Napieralskim. Widać, że nie zrezygnował ze swego marzenia o podziale politycznej sceny na „My-ch” i „Onych” ze sobą jako przywódcą „My-ch”. Wprawdzie oferta skierowana jest pod adresem wszystkich ugrupowań „niekomunistycznych”, ale tak naprawdę – do Platformy, bo przecież LPR już z PiS współpracuje w koalicji, podobnie jak Samoobrona wicepremiera Leppera.
Nawiasem mówiąc, te dwie partie poniosły w tych wyborach porażkę; kolejna część dawnych wyborców Ligi Polskich Rodzin przesunęła się w kierunku PiS, dotychczasowi wyborcy Samoobrony zaś najwyraźniej przeszli pod sztandary PSL. W rezultacie obydwie partie koalicyjne znalazły się w trudnym położeniu; LPR jest wyraźnie wchłaniana, a nawet przeżuwana przez PiS, a Samoobrona zyskuje w oczach narwańców tylko wtedy, gdy odgraża się w opozycji. Czy jednak LPR może pozwolić sobie na odrzucenie współpracy z PiS w sytuacji balansowania na granicy progu wyborczego, a może nawet spadku poniżej? Czy wreszcie pan Andrzej zechce wzgardzić rządowymi limuzynami i samotrzeć z posłem Filipkiem i posłem Maksymiukiem znów ruszyć na targowiska z bojowym okrzykiem: „Oni wszyscy już byli!”? To hasło może nie chwycić, bo pan Andrzej za sprawą Jarosława Kaczyńskiego też utracił polityczne dziewictwo, a na inne nie bardzo się zanosi, chyba żeby rozpocząć licytację z PSL na gruncie dojenia. I tak źle, i tak niedobrze, i nie miłować ciężko, i miłować, a w tej sytuacji lepiej unikać gwałtownych ruchów, bo pośpiech jest, jak wiadomo, wskazany tylko w dwóch sytuacjach: przy biegunce i przy łapaniu pcheł. Cunctando rem restituere – starożytna wskazówka, by sytuację ratować odwlekaniem strategicznych decyzji, a w międzyczasie wyciągać maksymalne korzyści z udziału w rządzie, może w takim położeniu uchodzić za całkiem dobrą radę. Wróży to rządowi stabilność, a Sejmowi – spokojne przetrwanie do końca kadencji, bo jestem pewien, że i do wielu posłów instynkt samozachowawczy przemówił po tych wyborach ze zdwojoną siłą.
Na wyciągniętą rękę Jarosława Kaczyńskiego Jan Rokita nie bez pewnej wyniosłości odpowiedział, że Platforma będzie teraz starała się, by „móc z każdym”. Chodzi naturalnie o możliwość współpracy z każdym ugrupowaniem politycznym, „postkomunistów” nie wyłączając. Wygląda na to, że w Platformie Obywatelskiej pragmatyzm mógł osiągnąć poziom politycznego jawnogrzesznictwa. Jawno – bo nieosłanianego nawet figowym listkiem „programu”. Ano, najwyraźniej ostrzeżenie Andrzeja Olechowskiego o ewentualnym utworzeniu „innej partii” musiało podziałać na wszystkich działaczy mobilizująco, w duchu „Refleksji z nieudanych rekolekcji paryskich”: „Posadę przecież mam w tej firmie kłamstwa, żelaza i papieru. Kiedy ją stracę, kto mnie przyjmie? Kto mi da jeść?”.
Trudno co prawda w tej sytuacji zrozumieć, dlaczego władze PO wyrzuciły z partii Pawła Piskorskiego i jego kolegów tworzących „układ warszawski”, bo przecież ta linia w końcu w PO zwyciężyła, ale to nie nasze zmartwienie. Znacznie ważniejsze bowiem jest to, że deklaracja Jana Rokity dowodzi, iż Platforma nie zamierza pozwolić Jarosławowi Kaczyńskiemu na wmanewrowanie jej w „antykomunizm”, skazujący ją albo na koalicję z PiS, albo na wyniszczającą walkę w opozycji. Trzeba bowiem powiedzieć, że reputacja wirtuoza intrygi, jaką zasłużenie cieszył się Jarosław Kaczyński, brała się przede wszystkim stąd, iż za pomocą „antykomunizmu” potrafił wmówić opinii publicznej, że partyjny interes Porozumienia Centrum albo PiS jest tożsamy z interesem państwowym. Przekonana była o tym zwłaszcza ta część społeczeństwa, którą nazwałbym patriotami starej daty i która stanowi żelazny elektorat Jarosława Kaczyńskiego, bez względu na to, w jakich partyjnych barwach występuje. Problem polega na tym, że patriotów starej daty, co to potrafią mieć nadzieję wbrew nadziei, z roku na rok procentowo w naszym społeczeństwie ubywa. Przybywa natomiast ludzi, którzy komuny już nie pamiętają, a za sprawą michnikowszczyzny i zgodnie z młodzieżową tendencją do traktowania świata w kategoriach tzw. jajcarskich, skłonni są uznać PRL za coś może trochę groteskowego, ale w sumie fajnego, skoro nikomu nic się nie stało, nie było żadnych agentów, a wszystko skończyło się wesołym oberkiem. Takiemu przekonaniu w pewien sposób wychodzi naprzeciw zarówno decyzja prezydenta, zapowiadająca natychmiastową nowelizację ustawy lustracyjnej w kierunku proponowanym przez słynnych skądinąd konsultantów, jak i nałożenie surdyny [tłumika – red.] na ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego i jego książkę. Jeśli dodamy do tego ofertę współpracy skierowaną do Platformy, to rysuje się przed nami nie żadna tam IV Rzeczpospolita, tylko Trzecia i Pół, a to może być trudne do zrozumienia, nawet dla patriotów starej daty.

Stanisław Michalkiewicz
drukuj