Ocalanie pamięci

Jest takie słowo, które do końca życia jest drogie. To słowo „dom”. Skomplikowane jest jego znaczenie, bo to nie tylko fizyczne miejsce, ale to ludzie, wspomnienia, to także wspólna historia i groby. Ślady pamięci po tych, których już nie ma. W listopadowy poranek samochody pędzą na krańce Polski, aby zawieźć jadących nimi ludzi, którzy chcą choć na chwilę zatrzymać się nad grobami swoich najbliższych, dotknąć śladu domu, którego często fizycznie już nie ma, zapalić znicz, zadumać się. Mało czasu, więc trzeba wracać i biec naprzód! Dalej w życie, w codzienność, w przyszłość! A tymczasem nie można tak… Bo nie zrozumie się słowa „dom”. A człowiek bezdomny to ruina człowieka.

Gdyby chcieć streścić w kilku słowach to wszystko, co się dzieje w listopadowe dni, trzeba by użyć zwrotu: ocalanie pamięci. No bo przecież – spoglądając realnie na życie – czy tym, o których istnieniu świadczy już tylko może garść pyłu zmieszanego z czarną jak ludzki znój ziemią, potrzebne są wieńce, zapalone znicze, drogie granitowe grobowce? Odpowiedź jest do bólu szczera: nie. One są potrzebne nam. Zaskakująco to brzmi, nieprawdaż? Ale też nie mają racji kaznodzieje deprecjonujący wartość tychże, może ułomnych, znaków pamięci. One są potrzebne. Są ważne o tyle, o ile towarzyszy im coś więcej, stokroć ważniejszego. Co? Wiara, że życie nie kończy się z chwilą ostatniego oddechu, że nasze „obcowanie” może trwać nadal. To nie pajęcza nitka, którą łatwo przerwać… Jeśli prawdą jest, że miłość nie umiera, wielką lekkomyślnością byłoby zapomnienie, pozostawienie samym sobie tych, którzy odeszli – tylko dlatego, że ich nie można już dotknąć, ucałować, przytulić. Oni przecież żyją. Inaczej, pełniej, realniej.
„Śmierć to obudzenie z czasu i przestrzeni” – napisała Anna Kamieńska w swoich dziennikach. Dotyk śmierci potrafi przemienić człowieka. Ileż tu mogłyby powiedzieć konfesjonały! Śmierć ma przywilej budzenia z letargu gnuśności i ślepoty. Sprawia, że pękają kamienne pancerze szczelnie otulające ludzkie serca. – To już? – pytają ci, których śmierć zaskoczyła. – Tyle planów było. Tyle nadziei i słów niewypowiedzianych pozostało… Umysł ludzki buntuje się przeciw nicości. Domaga się trwania. Nieba. Mamy ten wielki przywilej – okruch Bożego miłosierdzia – że niebo można wymodlić tym, których już nie ma. Czasem niewiele im brakuje do niego. Są tuż-tuż… Cierpią. Nie pomogą im wieńce i marmury. Może im pomóc jedynie nasza wiara, modlitwa, a w niej najdoskonalsza z doskonałych – Eucharystia. Tradycja Kościoła podpowiada jeszcze inne sposoby: to odpusty, którymi można obdarować zmarłych, Msze gregoriańskie, a także modlitwy, tzw. wypominki. Trzeba tylko chcieć. I wierzyć.
Widać czasem stojące przy grobach swoich ojców i matek człowiecze ruiny. Stoją przy ukwieconych pomnikach, hałaśliwie rozmawiają, palą papierosy – jakby nie rozumieli, po co tu przyszli. Zmarnowany czas. Została tradycja, ale zabrakło wiary. A bez wiary nawet najpiękniejszy kawałek granitu pozostaje martwym kamieniem. A garść prochu pod nim – bezużyteczną martwą materią… uroczystość Wszystkich Świętych – a po niej wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych – to święto domu. Nie tylko z tego powodu, że wtedy spotykają się bliscy sobie ludzie, ale też dlatego, że w te dni wpisane jest inne, niezmiernie ważne przesłanie o ludzkim losie. Prawdziwy dom to tak naprawdę nie to, co da się zbudować z odrobiny czasu, która została dana, ale to wieczność – to niebo. Całe ziemskie budowanie wtedy ma sens, jeżeli ta prawda jest nieustannie na pierwszym miejscu.
Jest to też dzień dumy. Każdy naród czci swoich bohaterów, ich imionami znaczy ulice i miasta, stawia za wzór. To normalne. Dlaczego więc Kościół nie miałby się chlubić swoimi najlepszymi dziećmi? Dlaczego nie miałby wyrazić im podzięki, zachęcać inne dzieci wędrujące ziemskimi ścieżkami do tego, aby szły ich drogą? Ale zachęta to jeszcze nie wszystko. Państwa i organizacje, które oficjalnie wyrzuciły Boga ze swoich konstytucji, też mają swoich bohaterów i pomniki. Jest coś, co bezwzględnie wyróżnia Kościół spośród nich. To prawda o „świętych obcowaniu”. Podkreśla bowiem, że jesteśmy jedną wielką rodziną, że śmierć nie przerywa więzi, ale je umacnia. Ci, którzy odeszli, nie rozpłynęli się w nicości, ale trwają nadal. Ci, którzy przetrwali czas próby, pomagają tym, którzy jeszcze są w drodze. Dlatego też odrzucenie, czy zlekceważenie tej tajemnicy ludzkiego istnienia jest czymś nienaturalnym i okrutnym; jest wielkim zubożeniem całej definicji życia.
Kiedy już będziesz na cmentarzu, nie hałasuj, nie lekceważ wymowy tego miejsca. Pomyśl: co powiedziałaby ci twoja matka, ojciec, gdyby dziś mogli powstać z grobu? Ci, którzy uczyli cię znaku krzyża i tego, że w życiu najważniejsze jest to, by być uczciwym, dobrym człowiekiem i by nie sprzedać sumienia? Co byś im powiedział, mając przed oczami swoje zagmatwane życie? Tłumaczyłbyś, że tak wszyscy robią? Pomyśl, co im możesz dać dziś, kiedy już pieniądz i ludzkie wielkości nic nie znaczą? Kwiaty zwiędną bardzo szybko, mróz zetnie je może jeszcze tego samego dnia, kiedy odjedziesz. Co pozostanie? Pomyśl, czy swoją postawą, życiem nauczysz swoje dzieci troski o pamięć wtedy, kiedy cię już nie będzie. Będziesz żebrać o modlitwę, Mszę św., o ulgę, którą przecież oni mogą ci przynieść, jeśli tylko zechcą – jak Łazarz błagający o kroplę wody – a one ci jej nie dadzą, bo nie nauczyłeś ich wiary. Czy może być gorsze cierpienie ponad to?
Zaduma na pokrytym jesiennymi liśćmi cmentarzu to coś jeszcze. To zaprzyjaźnianie się ze śmiercią. Dziwnie to brzmi, ale to przecież konieczny warunek życia. Najstraszniejsza jest nie sama śmierć – ona wpisana jest od początku w ludzki los, ale lęk przed nią. Może zatruć wszystko. Nawet odebrać sens. Był jednak Ktoś w historii ludzkich losów, kto pokonał śmierć. Zabrał lęk. Zamienił go w pewność, że nicość nie jest celem człowieka. Blask Poranka Wielkanocnego wpisał nadzieję. Listopadowe dni zatem to święto domu. I święto nadziei. Dla tych, którzy wierzą.

ks. Paweł Siedlanowski
drukuj