Przyblokowane kredyty

Od trzech lat jesteśmy świadkami boomu kredytów mieszkaniowych
na naszym rynku. Polacy pożyczali coraz więcej pieniędzy w bankach na zakup
lub budowę własnego
"M". Jest to efekt ogromnego głodu mieszkaniowego, bo z różnych wyliczeń
wynika, że brakuje nam około półtora miliona domów, aby wszystkie rodziny mogły
mieszkać
na swoim.

Znaczna część kredytów hipotecznych była zaciągana w walutach obcych, przede
wszystkim we frankach szwajcarskich, bo są one znacznie tańsze od złotówkowych.
Od 1 lipca ta możliwość została jednak w poważnym stopniu ograniczona, czyli
tysiące rodzin nie weźmie już kredytu hipotecznego we frankach. To efekt
decyzji Komisji Nadzoru Bankowego, która wydała tzw. Rekomendację S. Dokument
ten zaostrza
kryteria przyznawania kredytów walutowych. Komisja tłumaczy, że było to konieczne,
ponieważ Polacy zadłużają się ponad miarę, nie biorąc pod uwagę ryzyka kursów
walutowych. W dodatku taka "lekkomyślność" może nas w przyszłości dużo kosztować,
chodzi o kryzys walutowy oraz brak wypłacalności klientów i w konsekwencji
samych banków.
Stanowisko komisji wywołało jednak wiele słów krytyki polityków, a i wielu
ekonomistów przyjęło ją ze zdziwieniem. Bo też trudno jest oprzeć się wrażeniu,
że "Rekomendacja
S" ma dość wątłe podstawy ekonomiczne i nie było jak na razie podstaw do
aż tak ostrej reakcji nadzoru bankowego. Może to zaś spowodować osłabienie
popytu na
mieszkania i obniżenie perspektyw rozwojowych naszego budownictwa. Niestety,
komisja uwzględniła interesy największych banków na naszym rynku, opanowanych
przez kapitał zagraniczny, które pożyczają przede wszystkim złotówki.

Trudniejszy kredyt
Trzeba zauważyć, że decyzja Komisji Nadzoru Bankowego nie blokuje całkowicie
możliwości zaciągania kredytów hipotecznych we frankach. Ona "tylko" znacznie
utrudnia podpisanie takiej umowy z bankiem. Jeśli ktoś będzie się upierał
przy frankach, bank przedstawi mu projekt takiej umowy, ale jeszcze dokładniej
go
prześwietli niż robił to do tej pory. Franki pożyczone będą tylko takiemu
klientowi, który zarabia na tyle dużo, aby mógł wziąć w banku kredyt w
złotówkach o 20 procent
wyższy. Najlepiej widać to na konkretnym przykładzie.
Załóżmy, że chcemy wziąć kredyt we frankach o równowartości 100 tysięcy
złotych. Wtedy rata miesięczna wyniesie ponad 500 złotych miesięcznie przy
20-letnim
okresie spłaty. Ale bank, zanim pożyczy nam franki, sprawdzi, czy stać
nas na zaciągnięcie
kredytu w wysokości 120 tysięcy złotych. Wtedy rata wynosi już o prawie
300 złotych miesięcznie więcej. Jeśli mamy taką zdolność kredytową, dostaniemy
oczekiwane
100 tysięcy franków. W praktyce więc część osób, które mogłyby pożyczyć
owe
100 tysięcy franków na starych zasadach, odejdzie teraz z banku z kwitkiem,
bo nie
stać ich na pożyczenie 120 tysięcy złotych. Do końca czerwca banku nie
interesowało, czy możemy spłacić kredyt w wysokości 120 tysięcy, lecz 100
tysięcy, bo tylko
tyle przecież chcieliśmy od niego pożyczyć na dom. Co więcej, urzędnik
bankowy najpierw nam zaoferuje kredyt złotowy, ale gdy uprzemy się przy
walutowym,
będziemy musieli podpisać szereg oświadczeń, że mamy świadomość ryzyka
kursowego i tym
podobnych zagrożeń. Bankowców takie wymagania dziwią. – To bez sensu, bo
do tej pory też informowaliśmy klientów o takim ryzyku. To była normalna
procedura,
żeby wykluczyć wszelkie problemy, które mogłyby wystąpić w przyszłości
– powiedział nam pracownik jednego z banków. – Obecne obostrzenia utrudnią
tylko ludziom życie
i zniechęcą ich do zaciągania kredytów walutowych, ale o to pewnie chodzi.
Nasz rozmówca dodaje, że w przeszłości często zdarzało się, że niektórzy
klienci właśnie
ze względu na ryzyko kursowe woleli wziąć kredyt w złotówkach. I nie potrzebowali
żadnego nacisku Komisji Nadzoru Bankowego. Po prostu każdy sprawdzał, co
mu się bardziej opłaca.

Dużo pożyczamy,
ale dobrze

Większość analityków rynku finansowego spodziewa się, że spadnie liczba kredytów
hipotecznych zaciąganych przez Polaków. Od 2002 roku obserwuje się ich stały
wzrost. Wtedy wartość udzielonych kredytów wyniosła 7,5 miliarda złotych.
W 2003 roku pożyczyliśmy już na mieszkania w bankach 11,5 miliarda, a rok
później równe
15 miliardów. Rekordowy okazał się jednak 2005 rok, gdy banki udzieliły kredytów
o wartości 24 miliardów, a tylko w pierwszym kwartale bieżącego roku było
to już 7 miliardów. Wszystko wskazywało więc na to, że rekord z 2005 roku
zostanie
pobity. Decyzja Komisji Nadzoru Bankowego może to jednak uniemożliwić. Średni
kredyt hipoteczny wyniósł około 130 tysięcy złotych.
To prawda, że pożyczamy bardzo dużo na mieszkania, ale jest to normalne w
naszych warunkach gospodarczych. To właśnie dzięki kredytom hipotecznym rozpoczął
się
duży ruch na rynku mieszkaniowym. Zarabiają na tym nie tylko firmy inwestujące
w nieruchomości i przedsiębiorstwa budowlane. Rosną także przychody zakładów
produkujących elementy wykończenia wnętrz, akcesoriów łazienkowych, mebli
itd. Słowem, dobre perspektywy rozwoju rysują się przed potężnym sektorem
naszej gospodarki.
Nie od dzisiaj zaś wiadomo, że budownictwo może być kołem zamachowym dla
całej gospodarki. Wiele państw właśnie dzięki dynamicznemu rozwojowi budownictwa
mieszkaniowego
oraz programowi budowy dróg, wodociągów, czyli całej infrastruktury, weszło
na drogę szybkiego i co najważniejsze – długotrwałego rozwoju gospodarczego.
Pamiętajmy,
że akurat z drogownictwem mamy jeszcze problemy, bo poprzednie rządy zawaliły
program budowy autostrad i innych dróg, podobnie jest z kolejami. Natomiast
właśnie budownictwo mieszkaniowe zaczęło się dynamicznie rozwijać. W zasadzie
chyba nie
spotkamy głosu rozsądnego ekonomisty, który widziałby coś złego w rozwoju
rynku kredytów hipotecznych. Można bowiem śmiało powiedzieć, że pieniądze
na dom, które
Polacy pożyczali i pożyczają w bankach, to bardzo dobrze spożytkowane kredyty,
bo służą rozwojowi kraju i podnoszą poziom życia rodzin. Niestety, znaczna
część tego wzrostu dokonywana była dzięki kredytowi walutowemu, który teraz
będzie
trudniej zaciągnąć. To może spowodować spadek dynamiki wzrostu rynku kredytów
mieszkaniowych. W efekcie nasze budownictwo też będzie się wolniej rozwijać.
Pamiętajmy, że poziom zadłużenia Polaków jest znacznie niższy niż społeczeństw
zachodnich. Tam jednak nikt nie robi z tego powodu tragedii, bo państwo ma
dużo instrumentów ekonomicznych, aby zminimalizować zagrożenie niespłacenia
kredytów.
Natomiast obecne decyzje Narodowego Banku Polskiego, kierowanego przez Leszka
Balcerowicza, przypominają bardzo operację schładzania gospodarki, którą
Balcerowicz, wicepremier w rządzie AWS – UW zafundował nam pod koniec lat
90. Efektem jego
polityki było zwiększenie bezrobocia i zahamowanie rozwoju przedsiębiorstw.
Mamy prawo się obawiać, że podobne efekty przyniesie schłodzenie rynku kredytów
mieszkaniowych.

Komisja powinna się wycofać
Decyzja Komisji Nadzoru Bankowego nie jest oczywiście zaleceniem, którego
nie można zmienić. Tym bardziej że nie widać na horyzoncie zagrożeń, o
których tak
szeroko mówią przedstawiciele komisji i NBP. Dlatego wielu ekonomistów
ze zdziwieniem przyjmuje tłumaczenia komisji dotyczące ryzyka kursowego
czy
też zagrożeń ze
strony kredytów walutowych dla kondycji finansowej banków i naszych oszczędności.
Po pierwsze, ryzyko kursowe jest nieduże. Frank szwajcarski jest bardzo
mocną i stabilną walutą. Pamiętajmy też o tym, że wysokość stóp procentowych
w
Szwajcarii jest o wiele niższa niż w Unii Europejskiej i Polsce, dlatego
tak opłacalne jest
dla obywateli pożyczanie franków. I nic nie wskazuje na to, aby miało się
stać inaczej, bo gospodarka tego alpejskiego kraju ma się dużo lepiej niż
większości
krajów europejskich. Tak więc nawet gdybyśmy weszli do strefy euro (co,
miejmy nadzieję, nigdy nie nastąpi), kredyty we frankach nie byłyby raczej
zagrożone.
Gdyby serio traktować ryzyko kursowe, to w przeszłości stanowiło ono znacznie
większe zagrożenie niż teraz. Wtedy jednak Komisja Nadzoru Bankowego nie
widziała w tym problemu. Po drugie, nic też nie wskazuje na to, aby pożyczki
walutowe
miały zagrozić systemowi bankowemu. Komisja Nadzoru Bankowego tłumaczyła,
że jeśli nie powstrzyma się lawiny kredytów walutowych, w razie jakichś
problemów banki stracą mnóstwo pieniędzy, a wraz z nimi także osoby trzymające
w nich
swoje
oszczędności. Na pewno nikt nie chciałby stracić swoich depozytów w banku,
ale komisja w tej chwili zwyczajnie straszy ludzi. Okazuje się bowiem,
że systematycznie
spada poziom niewypłacalności klientów, co oznacza, że coraz mniej osób
ma kłopoty z regulowaniem swoich należności kredytowych wobec banków. Ponadto
banki mają
ogromne zyski (w 2006 roku przekroczą prawdopodobnie 10 miliardów złotych!),
więc ewentualne kłopoty z kredytami, które nie zostaną spłacone, nie uderzą
aż tak bardzo w ich interesy. Po trzecie, może najważniejsze, komisja zamiast
restrykcyjnie
traktować kredyty walutowe, powinna robić wszystko, aby bardziej opłacało
się nam pożyczać złotówki. A nie osiągnie się tego bez obniżki podstawowych
stóp
procentowych, które ustala Rada Polityki Pieniężnej, kierowana przez prezesa
Leszka Balcerowicza. Na kuriozum zakrawa fakt, że stopy procentowe w Polsce
są wyższe niż ustalone przez unijny Europejski Bank Centralny, podczas
gdy
inflacja
w Polsce jest o wiele niższa niż w strefie euro. A tymczasem w każdym podręczniku
ekonomii można znaleźć twierdzenie, że to właśnie poziom inflacji w największym
stopniu decyduje o wysokości stóp procentowych. Jest to zresztą jak najbardziej
logiczne i zrozumiałe. Ale nie dla naszych bankowców.

Jakie skutki?
Jakie skutki przyniesie postępowanie Komisji Nadzoru Bankowego. Ograniczenie
dostępu do kredytów walutowych najpewniej spowoduje, że wielu Polaków
zrezygnuje z kupowania domu przy pomocy banków. Trudno jest oczywiście
oszacować teraz
skalę tego spadku. Ale, biorąc pod uwagę, że tysiące Polaków składało
w czerwcu wnioski
o kredyt, aby zdążyć przed 1 lipca, najlepiej świadczy to, jak oceniliśmy
postępowanie Komisji Nadzoru Bankowego. Jest ono zwyczajnie dla nas,
kredytobiorców, niekorzystne.
Bo komisja wzięła stronę największych banków, a nie setek tysięcy Polaków,
którzy mogliby zaciągnąć kredyt walutowy.
Taka sytuacja może też spowodować, że trudniej będzie dostać hipoteczny
kredyt złotówkowy. Do tej pory banki bowiem starały się tak kalkulować
jego oprocentowanie
i koszty dodatkowe, aby był on jak najbardziej konkurencyjny wobec kredytów
walutowych. Po 1 lipca już takiej presji nie będzie, tak więc pożyczki
na dom mogą stać się
zwyczajnie droższe. Ale jeszcze gorsze będą konsekwencje dla gospodarki.
Mniej kredytów oznacza mniejszą ilość budowanych mieszkań. W prostej
linii spowoduje
to osłabienie dynamiki wzrostu w sektorach budowlanym, meblarskim i innych.
Zapewne na razie tych złych tendencji nie będziemy dostrzegać, bo firmy
nie nadążają
budować mieszkań zamawianych przez Polaków, ale z biegiem czasu dadzą
one o sobie znać. Obym się mylił, ale nie oczekuję w tej sytuacji, aby
spodziewane
efekty
przyniósł rządowy program wspierania budownictwa mieszkaniowego. Co z
tego, że w życie wchodzi ustawa o dopłatach do kredytów mieszkaniowych
dla uboższych
rodzin,
skoro wielu z potencjalnych kredytobiorców nie będzie stać na zaciągnięcie
pożyczek. Ludzie liczyli po prostu na tanie kredyty walutowe, skoro złotówkowe
są znacznie
droższe, a przy pomocy państwa jeszcze łatwiej byłoby im kupić mieszkanie
i oddać pieniądze bankowi. Daleki jestem od podejrzewania Komisji Nadzoru
Bankowego o
celowe działanie przeciwko rządowi, ale jest to możliwe. Przecież w ostatnich
miesiącach dochodziło do wielu spięć między komisją a ekipą rządzącą.
Czyżby kwestia kredytów była kolejną odsłoną tego sporu? Jeśli tak, to
największą
cenę za to zapłacą zwykli Polacy.

Maciej Winnicki

drukuj