Przeciw fałszowaniu historii
W ostatnim czasie doświadczamy niebywałego rozwoju
kolejnych antypolskich kłamstw J.T. Grossa. Na tym tle szczególnie kompromitująco
wypadają postawy
dotychczasowych polskich chwalców tego autora.
Dwie miary Grossa
Kozłowski przytoczył charakterystyczny przejaw Grossowych manipulacji, stwierdzając: "Jeśli
jakiś funkcjonariusz państwowy bierze udział w antyżydowskich akcjach, trafia
do kategorii 'Polaków’, jeśli takim akcjom się przeciwstawia, pozostaje pozbawionym
etnicznej przynależności przedstawicielem komunistycznych władz". Krytykę
Kozłowskiego budzi również wyraźne stosowanie przez Grossa dwóch miar w ocenie
Polaków i Żydów. Jak pisał Kozłowski: "Wszędzie tam, gdzie mowa jest o
jakiejkolwiek formie prześladowania Żydów, sprawcami tych zachowań są, jak
pisze, 'Polacy’, 'społeczeństwo polskie’, czasami 'szerokie warstwy polskiego
społeczeństwa’. Prześladowanymi zaś są nieodmiennie 'Żydzi’ (…)". Według
Kozłowskiego – w odniesieniu do antyżydowskich zachowań Polaków Gross nie ukrywa
swej moralnej odrazy i oburzenia. Na tym tle tym bardziej rzuca się w oczy
jakże odmienny, pełen usprawiedliwień i minimalizowania zbrodni ton Grossa
w odniesieniu do żydowskich środowisk w UB.
Jak pisze Kozłowski: "Gdy jednak Gross przechodzi do tematu 'Żydokomuny’,
ton narracji całkowicie się zmienia. Autor znajduje sporo usprawiedliwień tego,
że tak wielu Żydów dało się uwieść zbrodniczej ideologii walki klas (…) Najwięcej
jednak mówi jedno zdanie na temat udziału Żydów w stalinowskim aparacie represji.
Przytaczając za Andrzejem Paczkowskim dane, z których wynika, iż w latach 1944-1945
około 30 procent kierowniczej kadry bezpieki stanowili Polacy pochodzenia żydowskiego,
Gross pisze, że właściwie wszystko, co na ten temat można powiedzieć, to to,
że 'byli to niewątpliwie źli ludzie’. Tak, to byli na pewno źli ludzie, tak
jak bardzo złymi ludźmi byli sprawcy zbrodni kieleckiej. Ale czy można na takim
stwierdzeniu poprzestać". Kozłowski jednoznacznie przeciwstawił się minimalizowaniu
roli Żydów w utrwalaniu komunistycznej władzy, akcentując: "Nie zmienia
to jednak faktu, że liczba osób pochodzenia żydowskiego na różnych szczeblach
władzy była niewspółmiernie wysoka w stosunku do ich procentowego udziału w
całej populacji".
Cała, tak obszerna, recenzja Kozłowskiego książki Grossa jest jednoznacznie
negatywna, pomimo tego, iż polski autor nie wymienił wszystkich ważniejszych
fałszów Grossa, Kozłowski nie napisał nic na przykład o szczególnie nikczemnych
oszczerstwach antykościelnych zawartych w książce Grossa. Pominął sprawę całkowitego
przemilczenia przez Grossa faktu tak znacznej żydowskiej kolaboracji z Sowietami
na Kresach w latach 1939-1941. A przecież ta kolaboracja miała bardzo istotny
wpływ na ewolucję postaw Polaków wobec Żydów na Podlasiu. Zabrakło u Kozłowskiego
ustosunkowania się do ewidentnie niezwykle tendencyjnego jednostronnego cytowania
przez Grossa takich autorów, jak Jan Karski, Stefan Rowecki "Grot".
Gross przytaczał z ich opinii tylko to, co mówiło o nastrojach antyżydowskich
wśród Polaków. Równocześnie zaś skrzętnie przemilczał to, co pisali na temat
antypolskich i prosowieckich zachowań części środowisk żydowskich na Kresach
w latach 1939-1941. Zachowań, które tak mocno wpłynęły na pogorszenie stosunku
Polaków do Żydów.
Całkowicie niezgodne z prawdą jest stwierdzenie M. Kozłowskiego, iż "Być
może nauczony doświadczeniami związanymi z 'Sąsiadami’, Gross jest nad wyraz
ostrożny, gdy mówi o faktach. Dzieje się tak, gdy przytacza liczby (…)".
Otóż Gross nie tylko, że nie jest nad wyraz ostrożny, ale zachowuje się wyjątkowo
nieodpowiedzialnie i kłamliwie w przypadku wielu faktów. (Bardzo szeroko opiszę
to w tekście poświęconym wyłącznie nowej książce Grossa, wyliczając dziesiątki
jego świadomych przekłamań). Gross nierzadko kłamie również wtedy, "gdy
przytacza liczby". Prawdziwym skandalem jest na przykład to, że dalej
w sposób skrajnie nierzetelny pisze o 1600 Żydach zamordowanych w Jedwabnem
("Fear", s. 37). Pisze tak pomimo faktu, że badania IPN jednoznacznie
dowiodły, iż w Jedwabnem zamordowano ok. 300 Żydów, a więc ponad pięć razy
mniej niż podaje Gross. Szczególnie oburzającym fałszem Grossa jest zawarte
na obwolucie jego książki twierdzenie, iż pogrom w Kielcach był rzekomo "najkrwawszym
pogromem europejskim w czasach pokojowych w dwudziestym wieku". Powtarza
to ordynarne kłamstwo również na stronie 156 swojej książki. Przypomnijmy więc,
że w Kielcach w lipcu 1946 r. zginęło 37 Żydów i 3 Polaków. Tymczasem w pogromie
w Odessie w 1905 r. zabito ponad 400 Żydów, a więc ponad 10-krotnie więcej.
W czasie zorganizowanej przez nazistów tzw. Kryształowej Nocy w 1938 r. zginęło
91 Żydów. Na stronie 94 swej książki Gross podaje kłamliwe twierdzenie, że
w pogromie Żydów uczestniczyła jedna czwarta ludności Kielc [wówczas prawie
50-tysięcznego miasta – J. R. N.]. W rzeczywistości, jak pisałem już w "Naszym
Dzienniku", nawet prokurator K. Falkiewicz przyznał w swym "umorzeniu",
że przed domem żydowskim na Plantach nie było więcej niż 500 osób (takie były
warunki terenowe).
Dramatyczne ostrzeżenia
Pomimo tych nieścisłości i niedomówień Kozłowskiego warto docenić fakt, że
jego generalnie krytyczna wobec Grossa recenzja ukazała się na łamach "Rzeczpospolitej",
dotąd tak skompromitowanej panegirycznym wysławianiem autora "Sąsiadów" w
przeszłości. Godny uwagi jest fakt, że tak zdecydowanie krytyczny wobec Grossa
tekst M. Kozłowskiego wyszedł spod pióra osoby, która jest jednym z redaktorów "Tygodnika
Powszechnego". A więc tygodnika, który dotąd w kompromitujący, wręcz
haniebny sposób wysławia polakożercę Grossa. Nie dalej jak 16 lipca w tymże "Tygodniku
Powszechnym" Agnieszka Sabor napisała, że Grossowi należy się "jakieś
szczególne (państwowe) wyróżnienie" za rozpoczęcie debaty o Jedwabnem.
Niżej chyba już nie można było upaść! Bardzo krytyczne wobec Grossa stwierdzenia
Kozłowskiego, jednoznacznie piętnujące jego intelektualną nieuczciwość, są
tym wymowniejsze, iż pochodzą od jednego z redaktorów "Tygodnika Powszechnego",
od lat traktowanego jako katolewicowa przybudówka "Gazety Wyborczej".
A jak warto przypomnieć, redaktor tejże gazety A. Michnik skrajnie wysławiał
Grossa w przedmowach do wydań "Sąsiadów" w różnych obcych językach.
W swych chwalbach na temat Grossa Michnik posunął się do nazwania go kontynuatorem
tradycji Mickiewicza i innych wielkich twórców polskich (!!!). Ważne również
jest to, że Kozłowski wystąpił właśnie w "Rzeczpospolitej" z bardzo
dramatycznym ostrzeżeniem co do przewidywanych skutków rezonansu książki "Fear" Grossa
dla obrazu Polski w świecie. Kozłowski wskazał na fakt, że w USA jak dotąd
ukazało się już kilkanaście entuzjastycznych recenzji książki Grossa. Zapowiadał: "Bez
ryzyka większego błędu założyć można, że 'Strach’ stanie się bestsellerem
i w ogromnej mierze kształtować będzie wśród anglojęzycznej publiczności
wyobrażenie o Polsce. (…) Od kilkunastu dni jego dzieło funkcjonuje w kraju,
gdzie antypolskie stereotypy są już wystarczająco potężne, a książka Grossa
jeszcze je, jak wskazują pierwsze recenzje, wzmacnia". Jak na tym tle
ocenić bezczynność, a potem wielce spóźnioną reakcję ambasadora RP w USA
J. Reitera, odnoszącą się tylko do gazety "Baltimore Sun", zamiast
do głównego źródła fałszów – książki Grossa? Jak wytłumaczyć zauważalną dotąd
całkowitą bezczynność polskiego MSZ-u w tej sprawie? Czy ktoś z posłów wystąpi
wreszcie z ostrą interpelacją w tej kwestii? Mamy przecież kilka partii bardzo
mocno akcentujących swój patriotyzm. A więc?!
Kto dalej broni Grossa?
Obłąkańcze rozmiary antypolonizmu zawartego w nowej książce Grossa zdawały
się wykluczać wyrażanie jakichkolwiek sympatii w Polsce dla tak fanatycznego
polakożercy. Gross faktycznie zasługuje tylko na jedno – na jak najszybsze
wystąpienie przeciw niemu z sądowymi zarzutami z powodu niezwykle ordynarnych
oszczerstw antypolskich. Tak byłoby, gdyby w Polsce rzeczywiście dominowało
poczucie potrzeby obrony polskości. Gdyby była u nas rzeczywiście silna ta "godność
starej daty", której brak tak gorzko wypomina Jan Pietrzak w jednej
z pieśni. Gdyby nasze MSZ rzetelnie pracowało i błyskawicznie reagowało na
wszelkie przejawy zagranicznego polakożerstwa. Niestety, stało się inaczej.
4 lipca 2006 r. czołowy antypolski paszkwilant mógł swobodnie wygłaszać odczyt
do "elitki" z Krakowa. (Podobno uciekł jednak przed dyskusją).
Odczyt Grossa ze skrótami przedrukował znany z wyjątkowego pobłażania dla
antypolonizmu katolewicowy "Tygodnik Powszechny". Co więcej, 6
lipca 2006 r. znana jak zły szeląg z wyjątkowej tolerancji dla antypolonizmu
TVN 24 zorganizowała specjalną godzinną "debatę" z udziałem Grossa
i fanatycznej tropicielki polskiego antysemityzmu Anny Bikont z "Gazety
Wyborczej". Towarzyszyło im dwóch raczej nie nazbyt odważnych młodych
naukowców z IPN. Nie było więc mowy o żadnej autentycznej debacie, poza kolejnym
nagłośnieniem polakożercy w TVN. W czasie dyskusji Gross popisał się następnym
absurdalnym wymysłem antypolskim, twierdząc, że wiele osób w Polsce boi się
jakoby przyznać do tego, że pomagało Żydom. A boi się z obawy przed ostracyzmem
społecznym (!!!). W czasie "debaty" doszło do skandalicznego wprost
ataku redaktorki "Wyborczej" A. Bikont na polską hierarchię kościelną,
w tym osobiście na łomżyńskiego biskupa Stanisława Stefanka.
"
Tygodnik Powszechny" nie był jedynym z mediów prasowych, w których nagłaśniano
polakożerczego autora "Strachu". Z tekstami popularyzującymi tezy
Grossa wystąpili m.in. Marcin Gadziński w "Gazecie Wyborczej" z 5
lipca, Andrzej Żbikowski w "Dzienniku" z 5 lipca, Alina Cała w wywiadzie
dla "Przekroju" z 13 lipca, Piotr Osęka w "Newsweek" z
16 lipca. Z prawdziwie groteskowymi przemyśleniami na temat Grossa wystąpił
Marcin Dzierżanowski na łamach "Życia Warszawy" z 27 czerwca. Z jednej
strony informował, że książka Grossa jest bardzo nieprzychylna Polsce i już
wywołała falę antypolskich komentarzy, przyznawał, że Gross odznacza się nieraz
ułomnym warsztatem naukowym i wpada w przejaskrawienia i zbyt emocjonalne jak
na naukowca oceny. Pomimo tego wszystkiego jednak Dzierżanowski opowiedział
się za książką Grossa, bo wnosi do naszej debaty historycznej "ferment
intelektualny" (!). Powiedzmy wprost – ferment kalumnii i oszczerstw.
Fiasko manipulacji rocznicami
Były w ostatnich tygodniach wydarzenia, które możemy ocenić z dużą satysfakcją.
Przede wszystkim to, że najwyraźniej zawiódł misternie przygotowywany od
dłuższego czasu plan, który zmierzał do zmasowanego upokarzania Polaków przy
okazji 60. rocznicy zbrodni kieleckiej i 65-lecia zbrodni w Jedwabnem. Spełzły
na niczym plany tych, którzy liczyli, że uroczystości w Kielcach w lipcu
2006 r. będą powtórzeniem sławetnych "przeprosin" Cimoszewicza
z 1996 roku.
(Cimoszewicz wówczas przeprosił Żydów za rzekome winy Narodu Polskiego, zamiast
przeprosić za komunistyczną zbrodnię). Myślę, że nader ważną rolę w udaremnieniu
realizacji zaplanowanego wcześniej scenariusza odegrało wystąpienie dużej grupy
patriotycznych intelektualistów. Mam tu na myśli list otwarty 66 osób ze środowisk
naukowych, w tym ponad 60 profesorów wyższych uczelni (potem dołączyło kolejnych
10 profesorów), domagających się wznowienia śledztwa w sprawie zbrodni kieleckiej
1946 r. i wyjaśnienia prawdziwych komunistycznych jej źródeł. Przedstawiony
w Radiu Maryja 25 czerwca i drukowany w "Naszym Dzienniku" 26 czerwca
2006 r. list otwarty został przedrukowany w "Niedzieli", "Naszej
Polsce" i "Głosie". Myślę, że miał swój wpływ na uprzytomnienie
czołowym politykom sfery rządzącej, jak bardzo zagmatwana i złożona jest prawda
o istocie zbrodni kieleckiej. A także o tym, jak daleka jest ta prawda od tez
sławnego umorzenia śledztwa w tej sprawie, przygotowanego przez prokuratora
K. Falkiewicza. Nieprzypadkowa w tej sytuacji wydaje się nieobecność podczas
obchodów rocznicy kieleckiej zarówno prezydenta i premiera, jak i marszałka
Sejmu. Zbyt trudne byłoby bowiem dla nich szersze wypowiadanie się w sprawie
ciągle do końca niewyjaśnionej i budzącej tak uzasadnione kontrowersje. Na
tle tak uzasadnionej "wstrzemięźliwości" zachowania władz centralnych
tym bardziej niechlubne wydaje się zachowanie władz kieleckich. Zaakceptowały
one umieszczenie na pomniku ofiar zbrodni kieleckiej napisu fałszywego i "krzywdzącego" –
jak słusznie akcentował "Nasz Dziennik". Napisu głoszącego, że zbrodni
dokonał "podburzony tłum", co było całkowicie sprzeczne z prawdą
o ogromnej roli formacji reżimowych: wojska, KBW, milicji i UB, w toku zbrodni.
Szczególnie ciężką odpowiedzialność za przeforsowanie rażącej nieprawdy w napisie
na pomniku ponosi prezydent Kielc Wojciech Lubawski, mocno wspierany przez
dość szczególne "czerwone zaplecze" (por. na ten temat wymowny tekst "Gazety
Polskiej" z 19 lipca 2006 r. pt. "Czerwone zaplecze prawicowego prezydenta").
Mam nadzieję, że mieszkańcy Kielc będą pamiętać w czasie wyborów samorządowych
o niegodnym, kaleczącym prawdę historyczną zachowaniu swego prezydenta!
W deformowaniu prawdy o wydarzeniach kieleckich z 1946 roku sporą rolę odegrały
niektóre stacje telewizyjne na czele z TVN, konsekwentnie lansując tezy o zbrodni
kieleckiej jako rzekomym efekcie spontanicznego wybuchu "polskiego antysemityzmu".
TVN "popisała się" przy tym ogłoszeniem pod wieczór 4 lipca 2006
roku przedziwnych wyników sondy przeprowadzonej przez tę stacją na temat antysemityzmu.
Aż 67 proc. uczestników sondy miało uznać, że Polacy są antysemitami, a tylko
33 proc. temu zaprzeczyło. TVN przeżyła jednak również bardzo mocną "wpadkę".
Zaprosiła bowiem 4 lipca, gdzieś ok. godz. 17.00 do skomentowania sprawy zbrodni
kieleckiej młodego historyka z IPN Jacka Żurka, autora świetnego wyboru materiałów
ze śledztw zbrodni kieleckiej. Ku straszliwej konsternacji redaktora TVN J.
Żurek okazał się całkowicie "niepoprawny politycznie". Wbrew oczekiwaniom
TVN bardzo silnie i jednoznacznie zaakcentował swe przekonanie o odpowiedzialności
NKWD i polskiej bezpieki za zbrodnię kielecką. Na próżno redaktor TVN próbował
osłabić wymowę twierdzeń Żurka, wreszcie zdesperowany wyraźnie skrócił zaplanowaną
rozmowę.
Dobrze się stało, że podczas kolejnych obchodów w Jedwabnem zabrakło przedstawicieli
najwyższych władz – poza wicepremierem R. Giertychem. Także w przypadku Jedwabnego
pozostały bowiem różne sprawy nie do końca wyjaśnione, choćby na skutek przerwania
ekshumacji. A także na skutek wyraźnej stronniczości śledztwa dyrygowanego
przez osławionego L. Kieresa, wspieranego w tendencyjności przez ówczesne najwyższe
władze na czele z prezydentem A. Kwaśniewskim. Dość przypomnieć jakże nierówne
pod względem poziomu IPN-owskie opracowanie "Wokół Jedwabnego", w
którym nie umiano zdobyć się na otwarte obalenie tak licznych kłamstw Grossa.
Czas skończyć z zafałszowaniami!
"
Nasz Dziennik" zrobił szczególnie wiele dla pokazania prawdziwych kulisów
zbrodni kieleckiej. By przypomnieć choćby wydrukowanie tak obszernego słynnego
raportu ks. bp. C. Kaczmarka z 1946 r. oraz mego pięcioodcinkowego cyklu. Z
satysfakcją mogę tu odnotować odniesienie do tego cyklu zawarte w "Tygodniku
Solidarność" z 14 lipca 2006 r. w wywiadzie dr. hab. Jana Żaryna, dyrektora
Biura Edukacji Publicznej IPN. Powiedział on m.in.: "Oczywiście, zawsze
można pytać, czy prokurator Falkiewicz wyczerpał wszelkie możliwości interpretacyjne,
czy przeprowadził właściwie ścieżkę dowodową. Prof. Jerzy Robert Nowak, który
polemizował z Falkiewiczem, bardzo krytycznie oceniając jego dokonania, ma
oczywiście sporo racji. Ale trzeba pamiętać, że historykowi łatwiej sformułować
tezę o sowieckiej prowokacji, niż prokuratorowi procesowo ją choćby uprawdopodobnić.
Natomiast, jako historyk, nie zgadzam się z kategoryczną tezą Falkiewicza,
jakoby komuniści nie mieli interesu politycznego w wywoływaniu antyżydowskich
wystąpień".
Na tle tych uwag dyrektora J. Żaryna tym bardziej groteskowe wydają się bezkrytyczne
pochwały pod adresem tekstu umorzenia śledztwa przez K. Falkiewicza, wypisane
na łamach "Tygodnika Powszechnego" z 16 lipca 2006 r. w tekście Agnieszki
Sabor. (Jak oni się kompromitują!). Dodajmy, że tydzień wcześniej – 9 lipca
– na łamach tegoż katolewicowego tygodnika ukazał się tekst dość szczególnej
debaty o Kielcach 1946 r., obfitujący w ordynarne przekłamania. Począwszy od
uwag Andrzeja Żbikowskiego, związanego z Żydowskim Instytutem Historycznym
i IPN. Stwierdził on m.in.: "Załóżmy, że w czasie pogromu było na Plantach
dwa tysiące ludzi. Jeśli dołożymy ich rodziny, to w całych Kielcach zapewne
ok. dziesięciu tysięcy ludzi było jakoś dotkniętych tym wydarzeniem".
Przecież tego typu sformułowanie dowodzi jakiejś patologii w podejściu do faktów
ze strony "naukowca" Żbikowskiego. Pan ten, pracujący w IPN, nie
zna – albo udaje, że nie zna – drukowanych w książce IPN jednoznacznych stwierdzeń
umorzenia śledztwa przez prokuratora K. Falkiewicza, głoszących, że "(…)
grupa osób znajdujących się na ul. Planty i wokół budynku Komitetu Żydowskiego
w apogeum swojej liczebności, po dojściu na miejsce robotników – liczyła nie
więcej niż 500 osób" (por. "Wokół pogromu kieleckiego", IPN
Warszawa 2006, s. 480). Kompromitująca ignorancja p. Żbikowskiego czy świadoma
zła wola?
Inny przykład z tej żenującej kłamliwej "debaty" na łamach "Tygodnika
Powszechnego" – wypowiedź socjologa Michała Bilewicza, wiceprzewodniczącego
bliżej nieznanego Forum Dialogu Między Narodami. Wspomniany socjolog próbuje
zamienić się w domorosłego historyka i z werwą piętnuje "publikacje Jerzego
Roberta Nowaka, który najpierw oskarża komunistów, gdy jednak dochodzi do wniosku,
że obwiniając ich, obwiniałby Polaków, wprowadza niejakiego Diomina, wysokiego
rangą oficera NKWD, który miał koordynować wszystkimi działaniami związanymi
z pogromem. Potem, jak twierdzi Nowak, Diomin miał działać w Tel Avivie".
Stwierdzenia M. Bilewicza są po prostu ordynarnym fałszerstwem. Cały czas pisałem
o zbrodni jako "dziele" komunistów sowieckich i polskich. Nigdy nie
usprawiedliwiam komunistów polskich, bo po prostu bardzo nie lubię współczesnej
targowicy na czele z jej takimi "tuzami" jak W. Jaruzelski. Przypomnijmy
więc to, co dobrze pamiętają Czytelnicy mego cyklu w "Naszym Dzienniku".
To nie ja wprowadziłem Diomina, lecz zrobił to były oficer LWP żydowskiego
pochodzenia Michał Chęciński w wydanej w 1982 roku w USA książce. Postać Diomina
przypominali po tym autorzy głównych książek o Kielcach 1946 roku: K. Kąkolewski
i ks. J. Śledzianowski. Poza tym wcale nie pisałem, jakoby Diomin "miał
działać w Tel Avivie". Czy ma to insynuować mi sugerowanie jakiegoś "spisku
żydowskiego"? Jak mogą tak nachalnie kłamać w redakcji "Tygodnika
Powszechnego"?!
Jeszcze jedna uwaga na koniec. Dość szczególna jest atmosfera, w której maksymalnie
nagłaśnia się zajadłego polakożercę J.T. Grossa w TVN 24, a równocześnie przemilcza
się list otwarty do premiera, ministra sprawiedliwości i prezesa IPN, podpisany
przez ponad 60 profesorów wyższych uczelni. (Istnienie listu zgodnie przemilczały
m.in. "Gazeta Wyborcza", "Rzeczpospolita" i różne media
elektroniczne, w tym zarówno telewizje komercyjne, jak i wildsteinowska telewizja
publiczna). Dodajmy, że kierownictwo telewizji publicznej całkowicie zignorowało
propozycję Mirosława Chojeckiego, aby przy okazji 60. rocznicy zbrodni kieleckiej
przypomnieć dwa leżące od lat na półkach filmy Andrzeja Miłosza poświęcone
tej sprawie: "Pogrom" i "Henio". Oba filmy jednoznacznie
dowodzą, że zbrodnia kielecka była przygotowanym pod nadzorem NKWD dziełem
bezpieki. Blokowanie tych filmów nawet teraz w TVP dowodzi zajadłego uporu,
z jakim różni decydenci telewizyjni chcą za wszelką cenę utrzymać lansowaną
przez komunistów wersję, że "mord na Kieleckich Żydach był dziełem klerykalnej
i antysemickiej tłuszczy". Pisze o tym bardzo szczegółowo Antoni Zambrowski
w tekście "Cenzura pogromu" na łamach "Najwyższego Czasu" z
15 lipca 2006 roku. Fakty te skłaniają do trochę gorzkich refleksji na temat,
czy nie nazbyt wolno zachodzą zmiany w wildsteinowskiej telewizji publicznej.
Dość przypomnieć, jak zdawkowo w tejże telewizji publicznej potraktowano (pod
koniec Wiadomości) informacje o kilkusettysięcznej XIV Pielgrzymce Rodziny
Radia Maryja na Jasną Górę 8-9 lipca 2006 roku.
prof. Jerzy Robert Nowak
