W uścisku agrokorporacji

Z Tomem Garrettem ze Stowarzyszenia
Amerykańskich Gospodarstw Rodzinnych, zajmującym się oceną negatywnych
wpływów wielkich hodowli przemysłowych na stan środowiska
naturalnego, rozmawia Marek Garbacz

Ważą się losy wprowadzenia ograniczeń stosowania nasion genetycznie modyfikowanych
(GMO) w naszym kraju. Od lat wokół tej kwestii obserwujemy wiele zawirowań,
nerwowych reakcji lobbystów pojawiających się w Sejmie, Senacie oraz Ministerstwie
Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Niektórzy naukowcy biotechnolodzy zachowują się jak
dyplomowani komiwojażerowie oferujący tandetny towar – czyżby zwietrzyli duże
pieniądze? Czy ktoś jeszcze broni polskiego rolnictwa?

– Widzimy, że w obronie polskiego rolnictwa staje wielu ludzi, m.in. Roman
Wierzbicki – przewodniczący NSZZ "Solidarność" RI, czy Jerzy Chróścikowski
(PiS), przewodniczący senackiej Komisji Rolnictwa i Ochrony Środowiska. Wiem,
że na tych polityków nieustannie wywierany jest nacisk grup lobbingowych, a
nawet obcych placówek dyplomatycznych. Co gorsza, trwa też zmasowany atak na
parlamentarzystów ze strony części świata naukowego, gdyż naukowcy, licząc
na finansowanie swoich badań naukowych, nie chcą się zgodzić na jakiekolwiek
ograniczenia stosowania GMO w Polsce. Jutro Prawo i Sprawiedliwość organizuje
ważną konferencję o przyszłości rolnictwa w Polsce. Jednocześnie Senat kontynuuje
prace nad ustawą o paszach, w której również powinny zostać zapisane ograniczenia
dotyczące stosowania GMO.

Nie jest tak, że pod wpływem zmaso wanej propagandy środowisk żywotnie zainteresowanych
uwolnieniem GMO do środowiska organizacje ekologiczne zaczynają się uginać
i cofać przed hurraoptymistycznymi zwolennikami organizmów genetycznie zmodyfikowanych?
Czy wkrótce nie stanie się tak, że to Pan okaże się polskim patriotą i będzie
Pan bronił polskiej przyrody, a niekoniecznie ci, którzy tylko mówią, że bronią?

– Dowiedziałem się niedawno od senatora Jerzego Chróścikowskiego, że w obronie
Polski przed GMO może on liczyć na wsparcie jedynie PiS i LPR. Taka ograniczona
pomoc jest zjawiskiem niepokojącym, podobnie jak to, że wiele organizacji bardzo
aktywnych do tej pory w krytyce GMO, w pokazywaniu zagrożeń płynących z obecności
GMO, dzisiaj nie jest obecnych na forum.

Czy GMO stosowane w rolnictwie nie okaże się swoistym mitem, na którym dorabia
się – czy to w wymiarze finansowym, czy politycznym – wąska grupa ludzi powiązanych
z agrokoncernami?

– Rzeczywiście, mamy do czynienia z ogromną skalą dezinformacji wokół zagadnień
GMO w Polsce. Trzeba przy tym pamiętać o jednym. Otóż założenia agrokorporacji
polegają na tym, by uzyskać kontrolę i władzę nad funkcjonowaniem rolnictwa
w waszym kraju, w Polsce. Mając pełną kontrolę nad ziarnem siewnym, można szantażować
polskich rolników. W USA farmer stosujący materiał siewny koncernu Monsanto
ziarna zebranego z własnych pól nie ma prawa użyć w jesiennych czy wiosennych
siewach. Przy każdorazowym zasiewie musi uiścić nową opłatę licencyjną. Na
przykład Monsanto używa firm ochroniarskich do kontrolowania rolników i wymuszania
stosowania bezwzględnych zasad licencyjnych. Taki system byłby katastrofą dla
polskiego rolnictwa. Pamiętajmy o jednym – nie ma wiarygodnych dowodów na wyższą
wydajność roślin GMO w porównaniu z roślinami tradycyjnymi. Nie prowadzi się
wieloletnich badań nad GMO, być może celowo. Jednak wyraźnym efektem stosowania
roślin GMO jest coraz większa konieczność stosowania środków chemicznych –
herbicydów i pestycydów – dlatego że rośliny GMO są na nie odporne. Pamiętajmy,
że w Polsce środków ochrony roślin stosuje się niewiele albo wcale. Wprowadzenie
na polskie pola takiej ilości chemii będzie zabójstwem dla polskiego produktu
żywnościowego. Ostatnio używa się wszelkich chwytów, by nieodwracalnie skazić
Polskę roślinnymi mutantami – przykładowo do zakładów tłuszczowych w Szamotułach
dotarła jakiś czas temu partia nielegalnego rzepaku modyfikowanego z województwa
zachodniopomorskiego.
Rolnik, który chciał sprzedać dużą partię takiego rzepaku, twierdził, że nie
wiedział, iż zasiał rzepak modyfikowany. Pracownikom zakładów tłuszczowych
powiedział, że nasiona kupił przypadkowo od nieznanej mu osoby. A trzeba pamiętać
o tym, że europejscy odbiorcy oleju i śruty z Szamotuł żądają towaru z czystych,
niemodyfikowanych genetycznie upraw – wprowadzenie GMO w Polsce oznaczałoby
załamanie eksportu do Europy Zachodniej, gdzie konsumenci nie chcą żywności
modyfikowanej.

Połączenie świata polityki ze światem gospodarki, jak to ma miejsce w wypadku
byłego senatora Henryka Stokłosy, w USA jest obowiązującym standardem?

– W Stanach Zjednoczonych mamy z tym ogromne kłopoty. Kilkadziesiąt lat temu
w amerykańskim rolnictwie przeważały gospodarstwa farmerskie. Jednak w tej
chwili dominują wielkie agrokorporacje, które mają bezpośrednie przełożenie
na polityków, a nawet na ministerstwo rolnictwa USA. Często chodzi tu o finansowanie
kampanii wyborczych polityków i skutek tego jest taki, że także w Polsce obserwuje
się silną próbę amerykanizacji lub europeizacji polskiego rolnictwa.
Byłoby to ogromne zagrożenie dla gospodarstw rodzinnych. Muszę podkreślić,
że przywiązanie Polaków do tradycji jest wielką przeszkodą dla ponadnarodowych
korporacji w narzuceniu wam swojej polityki w dziedzinie rolnictwa. Przywiązanie
Polaków do tradycji stanowi naturalną obronę wartości wsi polskiej. Jednocześnie
sprawa GMO jest jakby probierzem dla rządów PiS i wkrótce pokaże, na ile partia
Jarosława Kaczyńskiego kontroluje politykę rolną państwa i jakie PiS ma wpływy
w rządzie koalicyjnym. Po skutkach zmian legislacyjnych w dziedzinie GMO będziemy
mogli ocenić, na ile ten rząd jest skuteczny i wierny swym ideałom.

Niedawno był Pan w Rumunii. Czy rzeczywiście ten kraj jest poletkiem doświadczalnym
dla ponadnarodowych agrokorporacji?

– Rumunia jest krajem małych gospodarstw rodzinnych. Tam mówi się nawet o 4
milionach gospodarstw o małej powierzchni – które mają najwyżej po kilka hektarów.
Po 1995 roku zwrócono wielkie posiadłości ziemskie byłym właścicielom, którzy
najczęściej nie mieli pieniędzy na zagospodarowanie otrzymanej własności ziemskiej,
i dlatego trafiły one w końcu w ręce podmiotów zagranicznych. Parlament Rumunii
zakazał stosowania większości zmutowanych upraw, niepokojące jest jednak to,
że ten zakaz nie został wprowadzony w życie. Dlatego w przypadku koncernu Smithfield
Foods (w Polsce właściciela Constaru, Animeksu i spółki Prima) w Rumunii ogłoszono
wielkie plany, ale ja nie widziałem na fermach tego koncernu wielkiej aktywności.
Dlatego trudno ocenić, czy te wielkie zapowiedzi nie są przypadkiem tylko dymem
bez ognia.

W traktacie akcesyjnym Rumunii znalazły się zapisy zwalniające Smithfield,
znany z afery Constaru, z prawa Unii Europejskiej do końca 2012 roku…

– Podobny zapis znalazł się w traktacie akcesyjnym Polski w stosunku do duńskiego
giganta hodowlanego – Poldanoru. Minister rolnictwa Jerzy Pilarczyk oskarżył
potem ministra ochrony środowiska, zasobów naturalnych i leśnictwa Stanisława
Żelichowskiego o wprowadzenie tego skandalicznego zapisu. Co ciekawe, sam Poldanor
oświadczył, że nigdy nie ubiegał się o taki wpis do traktatu akcesyjnego. Duńska
członkini Parlamentu Europejskiego Margarete Auken skomentowała kuriozalny
przypadek obecności spółki Poldanor w polskim traktacie akcesyjnym następująco: "Słabsze
standardy ochrony środowiska w nowych krajach członkowskich mogą być tolerowane
przez rok czy dwa lata w wyjątkowych przypadkach, jeżeli miałoby to przynieść
korzyść producentom lokalnym. Ale to, co widzimy w tym przypadku, to cyniczne
wykorzystywanie słabszych regulacji ochrony środowiska w Polsce przez duńskich
hodowców świń. Operują oni w warunkach, które nigdy nie byłyby dopuszczalne
w Danii, a czynią to za pomocą rządu Danii, warunkiem udzielenia której miało
być przestrzeganie duńskich norm ochrony środowiska".

W ostatnich latach Bruksela zaczęła się uginać jeśli chodzi o możliwość wprowadzania
GMO do europejskiego rolnictwa. Czym to może się zakończyć?

– Gdyby w tej niepisanej koalicji części państw unijnych na rzecz sprzeciwu
wobec GMO zabrakło Polski, to byłby straszny cios dla takich krajów jak Grecja,
Węgry czy Austria. Bardzo trudno walczy się z Komisją Europejską, która w sprawie
GMO ewidentnie sprzedała się za garść srebrników ponadnarodowych agrokorporacji.
Komisja Europejska dla mutantów jest gotowa poświęcić europejskie rolnictwo
ekologiczne! Faktycznie niepokoi brak dostatecznie silnej reakcji polskich
organizacji społecznych oraz brak informacji poza granicami Polski o tym, co
Polska zrobiła w obronie przed GMO. W programie rolnym Prawa i Sprawiedliwości
czytamy: "Produkcja rolnicza metodą wielkoprzemysłową i zagrożenie żywnością
genetycznie modyfikowaną to dwa problemy o strategicznym znaczeniu, których
rozstrzygnięcie na progu naszej obecności w Unii Europejskiej będzie skutkować
przez dziesięciolecia". Są to bardzo ważne słowa, ponieważ poprzednie
rządy w Polsce kochały dużych i bogatych, a z polskimi chłopami pokazywały
się tylko przy okazji dożynek i wyborów.
W Brukseli mimo pięknych deklaracji chyba zapomniano, że chłop nie tylko produkuje
żywność, lecz także jest opiekunem ziemi, środowiska, tradycji. Jeśli ma na
dachu domu bocianie gniazdo, to go nie niszczy. Jeśli natomiast przyjdzie "nowoczesny" farmer,
dla którego produkcja, maszyny i chemia będą najważniejsze, to zniszczy szopę,
strzechę, gniazda jaskółek – bo one nie są mu do niczego potrzebne. On myśli
kategoriami "zaorać, przekopać, zalać betonem", by wycisnąć z natury,
zwierząt czy pracowników jak najwięcej. Jeśli polskie rolnictwo "zmodernizuje
się" w taki sposób i upodobni np. do duńskiego, to dla bocianów czy wierzb
przydrożnych nie będzie tam już miejsca. Rządy SLD, AWS i PSL nie chroniły
tradycyjnego modelu polskiego rolnictwa. Wasze władze się go wstydziły. Polska
nie negocjowała z Unią pomocy istniejącemu polskiemu rolnictwu, lecz jak najszybsze
upodobnienie go do jakiegoś tam modelu, który na Zachodzie upodobnił wieś do
biofabryki. Taki model przemysłowego rolnictwa oznacza wielką nadprodukcję
towarów niskiej jakości. A przecież nie można mówić o restrukturyzacji rolnictwa
w taki sam sposób, jak np. o zmianach w górnictwie. Jeśli polskie rolnictwo
ma wyglądać tak jak amerykańskie, gdzie jest masowe skażenie środowiska, nie
ma rynków i wspólnot lokalnych, jedzenie utraciło swój smak, to idziecie zdecydowanie
w złym kierunku.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj